25 sie 2014

Podsumowanie półrocznej podróży po Ameryce Centralnej.

Poranek jednego z pierwszych dni tego roku, pomyślałam, że sprawdzę stan swojego konta. Było na nim mniej 1000zł, a ja za trzy tygodnie wyruszałam w podróż, w której miałam zamiar przeżyć pół roku. Chociaż wiedziałam, że do dnia wyjazdu stan konta będzie wyglądał lepiej, a jakieś zaległe wynagrodzenia wpłyną jak już będę w drodze, to i tak trochę zmroził mnie ten widok. Bo na dobrą sprawę nic nie było pewne – miałam bilet w jedną stronę do Stanów, powiedziałam sobie, że zwiedzę Amerykę Centralną i jakoś przeżyję, chociaż nie wiedziałam do końca jak. Plan musiał po prostu wypalić, opcja że się nie uda nie istniała. Zresztą miałam podróżować po ciepłych krajach i wizja nie posiadania dachu nad głową nie była wcale taka straszna.

Podróż rozpoczęła się od USA, gdzie spędziłam ponad miesiąc. Najpierw był Nowy Jork, stamtąd pojechałam na kilka dni do Kanady. Dalej spędziłam dwa i pół tygodnia w San Francisco i na końcu zahaczyłam o Los Angeles. Na szczęście w każdym z tych miejsc miałam znajomych, w Kanadzie skorzystałam z Couchsurfingu, a w Mexico City większość pobytu spędziłam u kolegi, którego poznałam w jeden z pierwszych dni. W ciągu pierwszych sześciu tygodni podróży za nocleg płaciłam cztery razy.

W San Francisco niespodziewanie wpadła mi praca w kwiaciarni. W tygodniu przed Walentynkami roznosiłam bukiety po biurowcach centrum miasta, robiłam wiązanki, przycinałam kwiatki itd. 14 luty był pracą od 7 rano do 21 bez przerwy na toaletę, ale sama byłam zdziwiona jakie bukiety zdarzarzało mi się tworzyć. Chociaż pod koniec dnia na hasło "poproszę tuzin róż" chciało mi się płakać, to ogólnie praca spodobała mi się na tyle, że chyba rozejrzę się za podobną w Birmingham. No i co najważniejsze, mój budżet po 5 tygodniach w Stanach był troche wyższy niż przed rozpoczęciem podróży. Tutaj muszę podziękować też z całego serca Moni z Gotuje bo lubi, która przygarnęła mnie do siebie i zaopiekowała w stopniu niewyobrażalnym. Przez kilka dni mieszkałam też u koleżanki z Francji, którą poznałam rok temu w Brazylii.


Na etapie wylądowania w Mexico City nie za bardzo wiedziałam jaki jest dalszy plan. Wiedziałam, że za dwa i pół tygodnia będę musiała spotkać się z przylatującą do Gwatemali Bzu, więc musiałam zbliżyć się do granicy z tym krajem. Prawie do ostatniej chwilii nie wiedziałam gdzie jechać, ale w końcu padło na Puerto Escondido ze względu na miejscowość słynącą z surfing i dobre połączenie lotnicze. W Mexico City spędziłam 10dni, aż w końcu poleciałam do stanu Oaxaca.

W pierwszej godzinie w Puerto Escondido weszłam na dach hostelu, w którym poza mną były wtedy ze dwie osoby. Zobaczyłam duże fale Pacyfiku przecznicę dalej, zachwyciłam się niebieskością nieba, usłyszałam charakterystyczne odgłosy tamtejszych ptaków i poczułam, że muszę tutaj zostać na dłużej. Niedługo później zaczęłam szukać opcji wolontariatu (przez stronę Helpx, polecam też Workaway). Jedna nie wypaliła, a w międzyczasie w hostelu, w którym wylądowałam w pierwszy dzień przemieszkałam miesiąc. Płaciłam mniej niż 18zł za noc w pokoju 6-osobowym i chociaż ciężko w to uwierzyć – przez cały miesiąc (poza odwiedzinami Bzu) tylko w dwie noce na trzydzieści nie spałam sama. Wielki pokój z łazienką dla mnie, w którym miesięczny "czynsz" wyniósł mnie poniżej 600zł. Zaraz będę płacić prawie 1200zł, za ciasny pokój w paskudnym Birmingham i chyba szlag mnie trafi na samą myśl jak mieszkałam pół roku wcześniej.

Od czasu do czasu wpadałam do innego hostelu, gdzie mieszkał mój kumpel. Wisiała tam kartka "szukamy wolontariusza na min. miesiąc", aż któregoś dnia zapytałam o pracę. Przeszłam przez próbne zmiany i po kilku dniach przeprowadziłam się do wegetariańsko-wegańskiego hostelu. Ceny za nocleg w Osa Mariposa były dla mnie za wysokie, żeby mieszkać tam na dłużej, ale z momentem pracy w zamian za wyżywienie i nocleg, ten problem znikał, a atmosfera Osy była bez porównania lepsza od pierwszego hostelem. Nagle i tak niewielkie wydatki zminimalizowałam prawie do zera. Powiedzmy, że dziennie wydawałam 3zł, jeżdżąc czasem do miasta, kupując od czasu do czasu lody i napoje. W Osa Mariposa przepracowałam prawie dwa miesiące. Za zmiany przy gotowaniu kolacji płacono mi 20zł, co było oczywiście śmieszną sumą za 6h pracy, ale wykonując inną pracę mogłam nie dostawać nic. A tutaj po kilkunastu zmianach nazbierała się jakaś suma, która przydała się na dalszą podróż.

Na dobrą sprawę od 18 maja rozpocząła się najdroższa część podróży, z transportem do opłacenia od Meksyku aż po Kostarykę, bez znajomych do zatrzymania się i bez pracy za nocleg czy wyżywienie. Choć na tamtym etapie miałam w planie znaleźć jeszcze jedną pracę w ramach wolontariatu, no ale niedługo potem poznałam Benjamina...


Wydatki w pojadynkę, a w grupie

Pomijając pierwsze kilka dni po opuszczeniu Puerto Escondido, prawie całe dwa miesiące przed powrotem do Europy spędziłam w towarzystwie co najmniej jednej osoby.
Benjamina, Lukasa i Martina poznałam zanim opuściłam Meksyk, a kiedy rozstałam się z nimi na okres El Salvadoru, jeszcze w drodze poznałam Sebastiana z Niemiec, z którym trzymaliśmy się razem przez kilkanaście dni w Salwadorze.

Wydatki w podróżowaniu samemu wyglądają inaczej niż w grupie. W pojedynkę ma się pełną kontrolę, również w kwestii wydawania pieniędzy. Można odmówić sobie posiłku, wybrać inną opcję transportu, wieczór spędzić w hostelu zamiast wyjścia do baru. W grupie trzeba iść na kompromisy. Czasem oczywiście zyskujesz, bo przy kilku osobach jakaś atrakcja okazuje się tańsza, ktoś coś stawia, zjadasz resztki towarzyszy, zamiast zamawiać własną porcję. Tak czy inaczej uważam, że łatwiej jest żyć oszczędnie, kiedy jest się samemu.

Wydatki zwiększyło też w jakimś stopniu to, że 6 tygodni z ośmiu po opuszczeniu Puerto Escondido mieszkałam w pokojach prywatnych. Najpierw pokój w Gwatemali z chłopakami z Austrii. Potem w Salwadorze wybraliśmy z Sebastianem “dwójkę”, bo koszt był niewiele wyższy, a standard o niebo lepszy. Później z Benjaminem wybieraliśmy też pokoje prywatne, ale szczerze mówiąc, nie zawsze 2-osobowy pokój był droższy od łóżka w dormitorium. No właśnie, w Europie różnica między pokojami prywatnymi a wieloosobowymi byłaby dużo większa, tam nie traciliśmy wiele, czasami wręcz zyskiwaliśmy.

Wspominałam chyba nie raz, że jestem nieprzeciętnie oszczędną osobą i mam bardzo specyficzne podejście do wydawania pieniędzy.. Któregoś razu gadaliśmy z Benjaminem o kosztach tej podróży i różnica między naszymi wydatkami była duża. Za kwotę, którą Benjamin wydawał miesięcznie na życie w Mexico City (studiował tam przez kilka miesięcy), ja przeżyłam połowę podróży. Na etapie wspólnego podróżowania wyglądało to już troche inaczej, ale i tak wydawałam mniej, choć czasem oczywiście też dlatego, że jak przystało na gentelmana płacił za nasze randki hehe.

Poza tym nie ukrywam też, że budżet mojej podróży uratowały dwie kampanie reklamowe, które pojawiły się na blogu. Był taki moment w Meksyku, że suma na koncie zmalała do niebezpiecznego poziomu i właśnie wtedy propozycja współpracy spadła mi jak z nieba. Gdyby nie blog, pewnie musiałabym się u kogoś zadłużyć. Dopisało mi szczęście, ale bez wiary od początku, że musi się udać daleko bym nie zajechała.



Codzienne negocjacje 

Oszczędne podróżowanie wymagało też ciągłych negocjacji, najczęściej w kwestii transportu, ale nie tylko. Czasami płaci się więcej za bycie gringo i nie ma na to rady, ale w wielu przypadkach lokalni próbują szczęścia podając kosmiczne ceny, licząc, że biały zgodzi się na wszystko. I niestety część ludzi (zazwyczaj tych z krajów anglojęzycznych) często na to przystaje, za to Europejczycy jakoś trzeźwiej potrafią oceniać sytuacje i nie dają sobie wszystkiego wmówić.
Bywa to męczące i pamiętam dni, kiedy każda sytuacja związana z użyciem pieniędzy wymagała wcześniejszych dyskusji o cenę końcową. Po takim dniu negocjowania zaczynasz zwyczajnie tęsknić za przedmiotem na półce z podaną ceną.
Pamiętam też sytuację w Kostaryce, kiedy kierowca autobusu zażądał od pary Kanadyjczyków niedorzeczną sumę jak na trasę, którą mieli do przebycia. Z krzywą miną, ale zapłacili. My z Benjaminem wsiedliśmy później i mieliśmy zapłacić na końcu. Kiedy kierowca podał jeszcze wyższą, krótko mówiąc wyśmialiśmy go, tłumacząc, że za znacznie krótszą trasę, lepszym autobusem zapłaciliśmy dzień wcześniej dużo mniej. Kierowca w końcu się wkurzył, machnął ręką i przejazd mieliśmy za free.
Na cwaniaków trafia się wszędzie, ale jest to zrozumiałe i do ominięcia. Skoro wiedzą, że mogą wyciągnąć od białego człowieka więcej – korzystają. Grunt to zachować zdrowy rozsądek, nie być naiwnym i mieć świadomość, że większość cen jest do wynegocjowania.
Inną sprawą jest zapłacenie komuś więcej, dlatego, że uważasz, że na to zasłużył, czy zwyczajnie masz ochotę go wesprzeć, zdając sobie sprawę, że poziom życia w tym kraju jest znacznie niższy niż tam skąd pochodzisz. To osobna sprawa i z pewnością nie to samo, co dawanie się nabrać na wzięte z kosmosu koszty.


Porozumiewanie się

Jednym z głównym celów jakie wyznaczyłam sobie na tą podróż i chyba jedynym, który nie wypalił było znaczące poprawienie się w hiszpańskim. Wydawało mi się, że skoro spędzę tyle czasu w krajach hiszpańskojęzycznych, to przesiąknę tym językiem chociaż w pewnym stopniu. I pewnie by tak było, gdyby nie to, że mówię po angielsku, a to ułatwia komunikację praktycznie wszędzie. Jedynym sposobem, żeby nauczyć się języka w takiej sytuacji jest otaczanie się ludźmi, z którymi nie da się porozumieć w inny sposób niż w języku, którego chcemy się nauczyć. Od czasu do czasu siadałam do lekcji z zeszytem, słuchałam kursów audio, ale mimo pewnej poprawy, mój poziom nadal jest daleki od dobrego.
Do samego przetrwania w podróży nie potrzeba wiele, przekonuję się o tym w każdym państwie, którego ludzie mówią w języku mi nieznanym. Ja z moim podstawowym poziomem przejechałam od Meksyku po Kostarykę i chociaż były sytuacje, w których lepsza znajomość byłaby przydatna, to jej brak zawsze jakoś dało się obejść. Znajomość angielskiego mieszkańców Ameryki Centralnej jest bardzo słaba, ale z uśmiechem na twrazy i podstawami hiszpańskiego nie zginiesz.
A komuś, kto nie mówi prawie wcale na pewno poradziłabym dobrze nauczyć się liczb od zera do tysiąca. Z tym akurat nigdy nie miałam problemu, a przy wszelkich transakcjach i negocjacjach było to bardzo przydatne.



Planowanie

Mój plan na podróż od początku był bardzo luźny. Wiedziałam, że chcę odwiedzić większość krajów Ameryki Centralnej, że chcę spędzić sporo czasu nad Pacyfikiem, znaleźć pracę w ramach wolontariatu, ale przed wyjazdem nie miałam opracowanego konkretnego planu. Przewodnik trafił do moich rąk dopiero na etapie Nicaragui.
Decyzje gdzie pojechać, co zobaczyć podejmowałam na podstawie interentowego researchu, rozmów z ludźmi, którzy podróżowali podobną trasą i tego, na co miałam akurat ochotę. Starałam się nie robić nic na siłę, byleby tylko odhaczyć z listy atrakcje popularne w okolicy.


Bezpieczeństwo

O bezpieczeństwo pytaliście mnie w podróży kilka razy. Opinia o Ameryce Centralnej jest ogólnie taka, że są tam ciągłe wojny gangów narkotykowych, giną ludzie i lepiej omijać te kraje, żeby przypadkiem nie dostać kulki w łeb, nie zostać porwanym i jakie tam jeszcze są możliwości.
Nie mówię, że to bajki i takie rzeczy zupełnie nie mają miejsca, ale dopóki nie będziecie prosić się o guza, to prawdopodobieństwo, że wpadniecie w tarapaty jest naprawdę niewielkie. Przez wszystkie miesiące w żadnym z odwiedzonych krajów nie było sytuacji, w której czułabym się zagrożona. W ogóle ostatnie miejsce, w którym poczułam się w niebezpieczeństwie to Warszawa (w zeszłe wakacje), więc jak widać nie trzeba jechać po to do Gwatemali. Gdybym miała nawet porównywać kraje, to Brazylia czy Peru wydały mi się trochę mniej pewne niż odwiedzone państwa Ameryki Centralnej, no ale w żadnym miejscu nigdy nie było tak, żebym gdzieś trzęsła portkami.
Często powtarzam, że za sianie strachu w głównej mierze odpowiedzialne są media, w końcu wiadomości to przede wszystkim negatywne informacje z całego świata, wojny, kataklizmy, wyroki. Strach to jedno z najlepszych narzędzi do kontroli ludzi. Działa również w przypadku stereotypów na temat kultur, odległych i nieznanych dla nas miejsc. Możesz uwierzyć i trzymać się z dala, albo pojechać, dotknąć, porozmawiać i przekonać się, że tamtejsza ulica nie różni się zbyt wiele od twojej.


Granice

Podobnie jest z granicami. Kojarzone z przemytami narkotyów odstraszają pół świata, a ja na żadnej nie czułam się zagrożona w jakikolwiek sposób. Zazwyczaj panuje na nich lekki chaos, w pobliżu są targowiska, cinkciarze nachalnie oferują wymianę waluty, ale to tyle. Policja czy straż graniczna jest skorumpowana w tych stronach, więc może się zdarzyć, że bus z bagażami zostanie poddany dłuższej kontroli (tak miałam w Hondurasie), a jeżeli grupie się spieszy, to mogą zrzucić się na łapówkę. Nie jest to jednak reguła, a w razie takiej sytuacji trzeba się uzbroić w cierpliwość. Tak więc jedyne co mogę przyznać, to że przekraczanie granic było uciążliwe, bo wymagało kontroli paszportowej, wyciągnięcia bagaży, czasami zmiany autobusu. Docenia się wtedy zalety mieszkania w Unii Europejskiej. Ponadto w części krajów płaci się przy wyjeździe lub wjeździe, zazwyczaj kilka dolarów, chociaż najgorsza w tej kwestii była Kostaryka - 26$.

               Drzemka na granicy Nicaragua-Kostaryka w ramach czekania na autobus.


Zdrowie i ubezpieczenie

Mam całkiem mocny organizm i na szczęście choroby trzymają się ode mnie z dala. Grypy czy anginy nie miałam od czasów szkolnych, rzadko łapię przeziębienia, problemy z żołądkiem praktycznie się nie zdarzają. Chociaż na to ostatnie mam teorię, że wystawiłam swój organizm już na tyle różnych flor bakteryjnych, jadałam tak dziwne rzeczy, że mój żołądek nie ma wyjścia i musi wiele tolerować.

Do ubezpieczenia nie przykładam zbyt dużej wagi, może dlatego, że nigdy do niczego mi się nie przydało i wiem, że zawodzi wtedy, kiedy jest najbardziej potrzebne. Od kilku lat korzystam z ubezpieczenia studenckiej karty ISIC, choć na ten rok (uwzględniając podróż) wybrałam najdroższą opcję, upewniając się, że będę ubezpieczona nawet od wypadków związanych z surfingiem. Dla porównania Benjamin miał znacznie lepsze ubezpieczenie i faktycznie przydało mu się kiedy spędził kilka dni w szpitalu w Mexico City, ale moje na szczęście po raz kolejne zostało niewykorzystane.


Bagaż

Nie mogłam opuścić Europy z bardzo lekkim plecakiem, bo wyjeżdżałam zimą i pierwsze dwa tygodnie spędzałam w temperaturach dochodzących do -20'C. Z wszystkiego wybierałam jednak lżejsze opcje. Lekka zimowa kurtka, lekkie buty, skupiłam się na "docieplaczach" typu rajstopy czy podkoszulka. Na etapie San Francisco uznałam, że pozbędę się kilku ciepłych rzeczy i zostawiłam je u Moni z zapowiedzią, że któregoś dnia po nie wrócę, albo wymyślę inny sposób (ostatecznie odebrał je mój przyjaciel Marcin i przywiezie do PL). Po miesiącu w Meksyku wiedziałam, że będę mogła oddać kilka rzeczy odwiedzającej mnie Bzu, no więc na pozostałe cztery miesiące zostałam z jedną parą długich spodni, jedną bluzą i jedną bluzkę z długim rękawem, trzema parami szortów, t-shirtami, spódniczką i sukienką. Zabrałam też z Europy krem z filtrem, bo wiedziałam, że na miejscu będzie drogi. Przez cały czas woziłam też ze sobą worek z przyprawami i przekąskami typu orzechy, którą nosiłam ze sobą zawsze, kiedy szłam gotować coś w hostelowych kuchniach. Niektórych ludzi zaskakiwało, że wożę ze sobą przyprawy, a dla mnie to absolutnie niezbędnik długiej podróży. Mój plecak ważył ok 10kg, mniejszy z przodu ze 2kg co nie jest szczególnie uciążliwe, ale przez większość czasu doskwierał upał. Dodatkowo w Meksyku doszła jeszcze deska surfingowa i z zawieszoną na ramieniu miałam do przejechania ponad 2,500km.

Nad jeziorem Atitlan w Gwatemali, czyli jedno z wielu miejsc, w których deska się nie przydała, ale nie było wyjścia i trzeba było ją targać.


Koszty

To, co interesuje wiele osób najbardziej, to ile wydałam na całą podróż. Nigdy nie robię dokładnych rozliczeń, ale starłam się zwracać uwagę na przychody i wydatki, żeby na końcu wiedzieć, ile mniej więcej kosztowała mnie ta podróż.
Nie wliczając biletów, wygląda na to, że przez te pół roku wydałam około 7500-8000zł.
Średnio to jakieś 1300zł na miesiąc. Suma chyba nie jest zbyt wysoka, bo niejedna osoba nie zmieściłaby się w takiej kwocie żyjąc w jednym z polskich miast.

Z kolei ceny biletów lotniczych wyglądały mniej więcej tak:
Bilet Berlin-NYC – ok 880zł Norwegian
NYC- San Jose/ San Francisco – ok 320zł Delta
Los Angeles – Mexico City – ok 350zł Alaska Airlines
Mexico City- Puerto Escondido – ok 200zł Viva Aerobus
San Jose, Kostaryka - Fort Lauderdale , USA– ok 450zł Spirit Airlines
Fort Lauderdale- Frankfurt – ok 1170zł

Ceny noclegów
Średnie ceny za łóżko w pokoju wieloosobowym to ok 20-25zł, w prywatnym dwuosobowym 25-30zł. Kostaryka była droższa i tam łóżko w dormitorium kosztuje ok 35-40zł, ale poza sezonem można zmieścić się w 30zł.
Najtańszy nocleg jaki nam się przytrafił, to 12zł/os w pokoju dwuosobowym (Ometepe Island, Nicaragua) choć nie był to raczej pokój, w którym z przyjemnością spędzilibyśmy więcej niż jedną noc.

Ceny transportu
Ceny transportu wahały się od złotówki za lokalne colectivo w Meksyku, przez kilka złotych za chickenbusy i busy na krótkich odległościach, do nawet 150zł za dobrej klasy autokary na dłuższych trasach, czy shuttle rezerwowanych w agencjach turystycznych, kiedy opcja lokalnego transportu nie istniała albo była wyjątkowo długa i skomplikowana. Ja niestety często płaciłam dodatkowo za przewóz deski surfingowej, choć zazwyczaj nie było to więcej niż kilka zł.

  Transportowanie deski na dachu chicken busa.


Ceny jedzenia
W większości przypadków bardziej opłacało się jeść na mieście niż kupować produkty i gotować samemu, zwłaszcza kiedy często zmienialiśmy lokalizację. Wybór w supermarketach daleki był od tego, co mamy w Europie, dlatego często tęskniłam za jakimiś produktami.
Ciężko powiedzieć gdzie było najtaniej, ale Meksyk, Gwatemala i Nicaragua należały do najtańszych krajów. Poza Mexico City (i pomijając hostel w którym pracowałam) jedzenie praktycznie nigdzie nie było ekscytujące, przeważał ryż, fasola, kukurydziane tortille. Na ulicy można było czasem najeść się za kilka złotych, chociaż tanie jedzeniowe opcje to prędzej 10-20zł.

Nasza ulubiona restauracja ze wszystkich, w których jedliśmy w Ameryce Centralnej, gdzie serwowano wspaniałe ryby i owoce morza w bardzo niskich cenach. San Juan del Sur, Nicaragua.

21 sie 2014

Benjamin w Warszawie.

Pierwsza wizyta Benjamina w Polsce rozpoczęła się od Warszawy. Przed przyjazdem powiedziałam mu, żeby pomyślał nad swoimi oczekiwaniami co do naszego kraju, a potem porównał je z rzeczywistymi odczuciami. Nie dowiedziałam się niczego nadzwyczajnego, przyjechał z pozytywnym nastawieniem i z takim samym wyjechał. Nie mieliśmy za dużo czasu, ale udało nam się w niezłym stopniu zwiedzić Warszawę i wybrać do kilku miejsc na kulinarnej mapie miasta, na których mi zależało.

 Untitled Pierwszym przystankiem był Bar Prasowy w ramach zapoznania z historią barów mlecznych.Untitled Deszczowa aura na zewnątrz pasowała do tego, co miałam w planie zjeść. Na leniwe czekaliśmy wyjątkowo długo, ale nie zawiodły, trzymają poziom!Untitled Stare Miasto zrobiło na nim największe wrażenie. Untitled Untitled
O kawie w Relaks słyszałam dużo dobrego od kilku osób, ale dopiero tym razem tam dotarłam.Untitled Zmokliśmy spacerując po Mokotowie, a to było dobre miejsce na przerwę i ogrzanie się.Untitled Untitled Pierwsze dni spędziłam u Bzu, a z Benjaminem przeniosłam się do Eweliny i Pawła. W pierwszy wieczór wyprawili dla mnie powitalne party!Untitled Ewelina i Marysia to jedna z jaśniejszych stron początków moich studiów w Birmingham. One były tam na półrocznej wymianie, a ja rozpoczynałam swoje studia.Untitled Na koniec Paweł upewnił się, żeby zapoznać Benjamina z żużlem i dokładnie wytłumaczył o co w tym sporcie chodzi. Dwa dni później wybraliśmy się na finał Mistrzostw Polski w Zielonej Górze. Zachwycony był, że ludzie w Polsce doceniają jakiś sport motorowy.Untitled
Nie zrobiłam dużo zdjęć tego dnia, ale dzięki Vertuilo przejechaliśmy całe miasto i zobaczyliśmy więcej niż udałoby się przy pomocy transportu publicznego.
Untitled
Untitled Wizyta Benjamina była dobrą okazją, żeby w końcu wybrać się do Solca44. Miał przed sobą spróbowanie kilku tradycyjnych dań, więc "modern polish cuisine" jaką oferuje Solec44 wydała mi się w sam raz. Solec to przede wszystkim lokalne, sezonowe składniki, menu zmienia się tam regularnie. Zamówiłam kanapkę ze smażonym wędzonym serem z Wiżajn, burakami, sałatą, dymką, na maślano-pomarańczowej bułce. Brakowało mi jakiegoś sosu, który wyrównałby suchość bułki, ale i tak byłam zadowolona z wyboru.
UntitledStir-fry z kaszy gryczanej z dorszem, wędzonym boczkiem, siekanym jajem, dymką i natką. Proste danie, ale świetne połączenie smaków, chociaż tutaj też brakowało nam jakiegoś soczystego składnika/ odrobiny dressingu czy sosu. Byłam ciekawa lodów z kaszy gryczanej, ale ostatecznie deser pominęliśmy. Chętnie wrócę tu w przyszłości, to taki rodzaj kuchni, którą można się zainspirować, a potem odtworzyć coś w domu. Zdecydowanie polecam.
Untitled Przystanek przy Temacie Rzeka, a dzień zakończyliśmy raviolo con uovo z Mąki i Wody- pierwsze danie w restauracji w Polsce, które przyprawiło mnie o gęsią skórkę i szklanki w oczach. Opowiadałam o nim Benjaminowi jeszcze w Nicaragui i obiecałam, że go tam zabiorę. Smakowało mu najbardziej ze wszystkiego co zjedliśmy.
Kolejnego dnia wsiedliśmy w pociąg do Zielonej Góry, ale w domu nie wyciągnęłam aparatu. Mama przywitała nas wybitnym bigosem, którym Benjamin jadał potem nawet na śniadanie. Pobyt w domu był jeszcze krótszy niż ten w Warszawie, ale wystarczyło, żeby Benjamin pokochał moich rodziców, a oni jego, haha.

18 sie 2014

Gastroturystyka warszawska.

Przynajmniej raz w roku muszę zjawiać się w Warszawie. W minionym udało się nawet dwa razy, bo przy okazji przerwy świątecznej i Sylwestra, ale żadna, nawet najłagodniejsza zima nie przebije lata, wiadomo.
Otworzenie oczu o poranku w bzowym łóżku chyba już zawsze będzie przypominało mi lipiec 2013, kiedy pomieszkiwałam u Bzu, jeździłam na praktyki w Nat Geo, a na popołudnia i wieczory obmyślałyśmy mniej i bardziej doskonałe plany.
Od tamtego czasu sporo się zmieniło, najwięcej w tych ostatnich miesiącach. Po raz pierwszy uścikałam Bzu, nie jako pracownika korpo, a panią z Kukbuka. Jeszcze wiosną ani ja, ani Bzu nie spodziewałyśmy się, że praca marzeń zapuka do jej drzwi tak szybko. Skończone studia, dwa lata lekkiej męki w branży reklamowej, a teraz w pracy pije wino, testuje pizze i sędziuje na zawodach burgerów. I nawet ja na tym wszystkim korzystam, bo uprawianie gastroturystyki z panią z Kukbuka u boku pięknie usprawiedliwia chociażby wiszenie nad talerzem z aparatem. Zdjęcia to już nie na jakiegoś tam bloga, a na potrzeby poważnego magazynu kulinarnego hehe.

Untitled Recenzje na stronę Kukbuka same się nie napiszą, trzeba odwiedzać lokale i jeść. Jeden z przykładów ciężkiej pracy Bzu, w której zmuszona byłam pomóc kilka razy. Untitled DOM na Żoliborzu można łatwo minąć nie zauważając, że wewnątrz znajduje się restauracja i że nie jest to dom jak inne w okolicy.
Późny obiad rozpoczęłyśmy od kremu z porów i z wędzonym pstrągiem. Jestem pewna, że zimą będzie taki dzień w którym będę o niej rozmyślać.Untitled Kurczak na soczewicy z zielonym kalafiorem wypadł blado przy reszcie dań. Drób był przyrządzony przeciętnie, w soczewicy nie było żadnego ekscytującego smaku, porcja była za mała, a cena za wysoka.
Untitled Natomiast gnocchi z boczniakiem, świeżymi pomidorami i gran padano jak najbardziej zaspokoiło nasze podniebienia. Cudowne kluchy ze świeżymi pomidorami, odrobiną lekko śmietanowego sosu. Na deser zamówiłyśmy sernik kozi i tartę z gruszką i migdałami. Bzu stwierdziła, że poziom sernika poszedł w dół, ja nie miałam porównania. Chociaż nie było foodgasmu na deser, to Untitled
UntitledNajedzone poszłyśmy do kina na szwedzką komedię "Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął". Pierwsza połowa filmu była dobra, sporo absurdalnych momentów, z których mogłyśmy się śmiać, kiedy nie śmiał się nikt, ale w drugiej części przeważał pospolity humor.
Untitled Przeszłyśmy się kawałek dalej na Plac Zbawiciela, żeby pochłonąć lody naturalne z Sucre. Niektóre smaki choć bardzo w porządku, miały zbyt wodnistą konstystencję. A poza tym 5zł za jedną (nie aż tak dużą) porcję to zdecydowanie za drogo.
 Untitled
Weekend rozpoczęłyśmy od spotkania z Jezierą. Do Baru Studio w Pałacu Kultury chodzi się głównie wieczorami, w sobotnie przedpołudnie lokal świecił pustkami, ale śniadanie było zaskakująco dobre. Joasia zamówiła owsiankę, a my z Bzu deskę z twarożkiem, jajkiem w koszulce, rukolą, piklami i gravelaxem marynowanym w burakach. Duża porcja i przyzwoita cena (17zł).
Untitled Joasia przywitała nas dwoma bukietami kwiatów, przez co nasz stół śniadaniowy wyglądał znakomicie.Untitled Po kieliszku Prosecco wsiadłyśmy na rowery.Untitled Untitled Ja ostatecznie na bagażniku Bzu się nie przejechałam, wypożyczyłam Vertuilo i pojechałyśmy na Żoliborz. Celem główny były lody z Ulicy Baśniowej.Untitled Miałam mieszane uczucia co do smaków, niektóre były po prostu dobre, Mascarpone pyszne, a ciemna czekolada nie smakowała mi zupełnie. Wystrój kawiarni w stylu lodziarni z późnych lat 90tych, ale mimo wszystko można tutaj wpaść będąc w okolicy.Untitled Nie wiem czy tpogoda i pragnienie wpłynęły na moje odczucia, ale od lodów lepsza była robiona na miejscu arbuzada. Mało słodka i orzeźwiająca.Untitled <3Untitled Niedaleko odbywał się Targ Śniadaniowy. Kilka minut jazdy na rowerze i byłyśmy na miejscu.Untitled Pozdrowienia dla czytelniczki, która podeszła do mie pogratulować bloga, kiedy robiłam powyższe zdjęcia!Untitled Stoisko Kukbuka i lemoniada, która była jedynym co kupiłyśmy, bo na jedzenie nie miałyśmy już miejsca. Untitled Z targu przejechałyśmy się w okolice pobliskiej cytadeli.Untitled Most na którym siedziałyśmy skojarzył mi się w z filmem "The Kings of Summer". Untitled Całkiem świeży kłosowy tattoo Bzu, który idealnie odzwierciedla jej miłość do wszelkich kasz. Następnym powinien być twaróg. Czekamy na pomysły, jak najlepiej zaprezentować go w formie tatuażu.Untitled Untitled
Untitled
Przejażdzki rowerowej ciąg dalszy, Bzu zabrała mnie na Plac Słoneczny.Untitled A jak już pozbyłam się Vertuilo, przeszłyśmy się po Parku Skaryszewskim, który bardzo polubiłam, kiedy biegałam tam w zeszłym roku. Untitled Untitled Przed powrotem zahaczyłyśmy jeszcze o Dwa Osiem na Pradze. Kawiarnia połączona ze sklepem i serwisem rowerowym. Proste dania, różnego rodzaju napoje i przekąski. Tego dnia w menu były przede wszystkim kasze z warzywami, wybrałyśmy też tartę z porami. Plusem są niskie ceny, za co w dużym stopniu odpowiedzialna jest zapewne lokalizacja.Untitled Untitled