2 lip 2010

First day in Seattle.

 Moje oczekiwania co do Seattle były wysokie. Było to trzecie po Nowym Jorku i San Francisco miasto, które najbardziej chciałam odwiedzić.
Nie mogę powiedzieć, żebym się rozczarowała, ale mam wrażenie, że postawiłam poprzeczkę za wysoko i miasto nie do końca sprostało zadaniu. Jak najbardziej mi się podobało, ale nie zaskoczyło mnie swoją nadzwyczajnością;).

Seattle słynie z ciągłych opadów deszczu, mimo że tamtejsza roczna suma opadów jest niższa od Nowego Jorku. To chyba tak jak z Londynem i jego mglisto-deszczową opinią, która jest bardziej stereotypem niż prawdą.
Samo miasto powinno Wam się kojarzyć z kosmiczną wieżą Space Needle.
Ci bardziej zorientowani wiedzą, że zaczynały takie zespoły jak Nirvana, Pearl Jam czy Alice in Chains, a urodził się Jimi Hendrix.
Ilość księgarni zadowoliłaby każdego miłośnika książek, to samo tyczy się coffee shopów na każdym rogu (co niekoniecznie równa się byciu miłośnikiem kawy), w końcu tutaj powstał pierwszy Starbucks.
Pod Seattle znajduje się główna siedziba Microsoft, a do niedawna miasto było również siedzibą koncernu lotniczego Boeing.

Mnie osobiście urzekła roślinność, bo zdałam sobie sprawę jak podobnie zielono jest w Polsce latem i jak bardzo ten krajobraz różni się od kalifornijskiego, do którego tak przywykłam.
Chodząc spokojnymi ulicami pełnymi uroczych domków, czując mieszankę zapachów trawy, drzew, deszczu, kwiatów, czułam się jak w domu na wakacjach.


Przyleciałyśmy do Seattle w sobotę wieczór. Było ciepło, a niebo niebieskie, niestety tak piękna pogoda już się później nie powtórzyła, choć nie było najgorzej.

Niedzielę rozpoczęłyśmy od spaceru NE 45th St, głównej ulicy University District gdzie nocowałyśmy.

Przechodziłyśmy obok restauracji, której wnętrze bardzo mi się spodobało.


Odwiedziłyśmy polecaną księgarnię podróżniczą, gdzie Jitka kupiła kilka map na jej sierpniową podróż po parkach USA.

Nie zabrakło mapy Polski...

...i mnóstwa fajnych zeszytów.

Kawałek dalej natrafiłyśmy na uroczą księgarnię dla dzieci.



Jitka przepada za książkami dla dzieci i kupiła sobie dwie.



Następny odwiedzony sklep był pełen "pierdół";).

Kupiłam sobie paczkę wąsów (tych po lewej).


Sygnalizacja świetlna, gdyby ktoś miał ochotę zabrać ze sobą do domu;).

Gigantyczny karaluch.

Poprzedniego wieczoru, w drodze z lotniska do domu couchsurfera zobaczyłam dłuuugą kolejkę do tej lodziarni, więc koniecznie musiałam ją odwiedzić następnego dnia.

Wafle domowej roboty.


Zainteresowało mnie kilka smaków, najbardziej czosnkowy! Chętnie spróbowałabym też tortu marchewkowego, ale tutaj w USA zawsze zamawiam jedną gałkę (i to dziecięcy rozmiar), bo wiem, że ciężko byłoby mi zjeść więcej;).

Gałka lodów czosnkowych z polewą w postaci waniliowego karmelu. Lody były solidnie czosnkowe, nie jakiś delikatny aromat i miałam po nich typowy czosnkowy oddech;). Były jednak dobre i myślę, że smakowałyby każdemu kto lubi czosnek.

Później natrafiłyśmy na ciężarówkę tej samej lodziarni w innej części miasta.

Po totalnym wkurzeniu się na transport publiczny, zmianie kilku autobusów, długim czekaniu na przystankach, jeździe w tą i z powrotem, w końcu dotarłyśmy do Fremont. To jedna z tych "cool" dzielnic, lubianych przede wszystkim przez młodych ludzi.

Załapałyśmy się na końcówkę niedzielnego pchlego targu.






Homemade longboards;).



O 5:30 umówiłyśmy się z Mike'iem (naszym couchsurferem) w pizzerii, a że miałyśmy jeszcze trochę czasu, weszłyśmy do ciekawie wyglądającego vintage shopu.








Nazwa brzmi znajomo? Mój host tata jest współwłaścicielem tej pizzerii, a nazwa pochodzi od samej Kylie, czyli dziewczynki, którą się tu zajmuję. Cały dzień się głodziłyśmy i nie mogłyśmy się z Jitka doczekać tej darmowej kolacji;).

Zaczęliśmy od sałatki ze skrzydełek z kurczaka i sosem z sera pleśniowego oraz typowej mieszanki sałaty z innymi warzywami, octem balsamicznym i oliwą (zdjęcia brak).

Dołączył do nas Mike i Mark, współlokator i przyjaciel Mike, który jest Szwajcarem (choć jego mama jest Amerykanką). Rozmawialiśmy głównie o podróżowaniu, a przede wszystkim o wyprawie chłopaków (i dziewczyny Marka, która również jest współlokatorką Mike'a) sprzed dwóch lat. Zwiedzili wtedy wschodnią Europę (w tym Polskę), w Rosji wsiedli w kolei Transsyberyjską skąd udali się do Mongolii, a wyprawę zakończyli w Chinach.

Pizza w której specjalizuje się restauracja mojego host taty, to Chicago style deep dish pizza. Jest to rodzaj pizzy wywodzącej się z Chicago, charakteryzującej się wysokimi brzegami ciasta, większą ilością sera i sosu pomidorowego niż w klasycznej pizzy. Bardziej przypomina quiche niż pizzę, a przygotowanie jej trwa znacznie dłużej. Od złożenia zamówienia do podania należy czekać jakieś 30minut. Myślę, że nigdzie w Polsce nie można dostać tej pizzy, ale jeśli wiecie coś więcej, to oczywiście podzielcie się informacjami;).

Po najedzeniu się poszliśmy wszyscy razem na mały spacer.

Historia pomnika Lenina we Fremont jest ciekawa, a sam pomnik kontrowersyjnym tematem. Pewien Amerykanin odnalazł ten pomnik w 1989 roku na jakimś złomowisku w Słowacji i wydając fortunę na transport (pomnik waży 7 ton) zabrał go do USA pewien, że sprzeda go za dobre pieniądze. Oczywiście nikt nie chciał tego kupić i tym sposobem Lenin do dzisiaj stoi w Seattle, rzekomo wciąż na sprzedaż za 250 000$.

Chłopcy wpatrujący się we Vladimira z brązu.

Trochę sobie pożartowaliśmy na temat tego pomnika;).


W 1970 jacyś mieszkańcy tej dzielnicy określili Fremont jako "centrum wszechświata" i to hasło utrzymuje siędo dzisiaj.

Trafiłam kiedyś na Flickr na zdjęcie z pięknym widokiem na Seattle. Dodałam je do ulubionych, bo pomyślałam sobie, że jak będę w tym mieście to odnajdę to miejsce (zdjęcie było podpisane lokalizacją). I tak też zrobiłam.
Więcej zdjęć stamtąd pojawi się w kolejnych postach.

O zachodzie słońca niebo przybierało pięknych odcieni.

Pod Space Needle lądowałyśmy na okrągło m.in dlatego, że wsiadałyśmy tam w autobus 'do domu'. Na początku miałyśmy "syndrom wieży Eiffla" i podekscytowane wskazywałyśmy Space Needle palcami, później był to już praktycznie dla nas budynek jak każdy inny;).

38 komentarzy:

  1. Wspaniałe zakątki, ale najbardziej urzekł mnie sklep z książkami dla dzieci :)

    OdpowiedzUsuń
  2. coraz bardziej się przekonuję, że jeśli się wybiorę na podróż do USA, to zamiast podróży z wsch n pn, wybiorę podróż w kierunku północ-południe po zachodniej części kraju :)
    marzy mi się SF, LA, Seattle właśnie, poza tym pustynia Nevada, i ciotecznego wujka w Phoenix wypadałoby odwiedzić :D

    wiem, że się czepiam, ale Polska jest w Europie Środkowej, nie Wschodniej ;)

    a transsyberyjski też gdzieś tam po głowie mi chodzi :)

    pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  3. My mieliśmy wyjątkowo pozytywne doświadczenia z miejskim transportem w Seattle. Ale z drugiej strony mieliśmy ze sobą kumpla, który zna wszystkie rozkłady jazdy na pamięć (sic!).
    Czy to miejsce to może Volunteer Park?

    OdpowiedzUsuń
  4. Jejku, w Seattle rozgrywa się akcja moich ukochanych "Chirurgów", ogromnie Ci zazdroszczę! Tą wieże od razu poznałam, bardzo często pojawia się w filmie ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ula, aż mnie skręca w środku jak czytam Twoje posty o tych wszystkich miejscach w których jesteś, a przede mną jeszcze egzaminy ;((( piękne zdjęcia! :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Bardzo ładne plastyczne zdjęcia. Jakiego obiektywu zwykle używasz?

    OdpowiedzUsuń
  7. ja też szukałam w Twoim poście śladów Chirurgów :)

    strasznie się cieszę, że założyłaś bloga i mogę z Tobą zwiedzać te wszystkie miejsca siedząc w wawie, dzięki ;)

    Marta

    OdpowiedzUsuń
  8. korzystaj z każdej godziny, bo widać, że naprawdę warto

    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  9. Za duzo szczegółu, za mało ogółu, brakowało mi panoramy miasta, lody i sklepy są wszędzie, ola

    OdpowiedzUsuń
  10. Jak zwykle rewelacyjny mini reportaż. Ula - naprawdę pomyśl, by kiedyś spisać swoje doświadczenia nabyte podczas wszystkich podróży, z dołączonymi poradami - co, gdzie, jak i kiedy.

    OdpowiedzUsuń
  11. zazdroszczę Ci jak zawsze, świetny rower w kółka i prostokąty :D

    OdpowiedzUsuń
  12. Świetna wyprawa, fajne starocie w vintage shopie i na pchlim targu :) lody czosnkowe - to na pewno coś dla mnie :D
    czekam na więcej fajnych widoczków na piękne Seattle :)

    OdpowiedzUsuń
  13. tyjesz w oczach :(

    OdpowiedzUsuń
  14. Co za sklepiki ! Chętnie wydałabym w nich fortunę ! Świetne zdjęcia. :)

    OdpowiedzUsuń
  15. ŁAAAA! Genialne sklepy, chciałabym takie w Polsce D: A wiesz może po ile był ten rower? Jest świetny! - Karolina

    OdpowiedzUsuń
  16. uwielbiam sposób w jaki przedsawiasz swoje podróże. Poczułam sie trochę jakbym była tam tak jak i ty.:) Urocze zdęcia !

    OdpowiedzUsuń
  17. seattle powinno kojarzyć się przede wszystkim z grey's anatomy <3 jak ja Ci zazdroszcze ;>

    OdpowiedzUsuń
  18. Planujesz już jakąś następną podróż?:)

    OdpowiedzUsuń
  19. Po co Ci te wąsy?;P

    OdpowiedzUsuń
  20. kurcze, ten vintage shop i pchli targ musiały być świetne :)

    pierwszym moim skojarzeniem z seattle jest jimi hendrix właśnie. a drugim starbucks haha.

    ale ta Kylie ma fajnie, hoho!

    OdpowiedzUsuń
  21. ja mialam wysokie oczekiwania co do Pihaldelhi, ale sie nie zawiodlam :):):):) A Seattle chcialabym bardzo zobaczyc!

    OdpowiedzUsuń
  22. ten rower jest fantastyczny!

    OdpowiedzUsuń

  23. rogatek-> Polska leży w Europie Środkowej chyba głównie dla Polaków, bo to określenie brzmi znacznie wdzięcznej od Wschodu;). A tak na serio to różne są podziały, według niektórych jesteśmy Wschodem, według innych Środkiem. Ja trzymam się bardziej opcji "Wschodniej", bo kulturowo znacznie bliżej nam do Wschodu niż Zachodu, a "Europa Środkowa" poza położeniem niewiele określa.

    Gosia-> Nie, to nie był Volunteer Park, choć tam też byłyśmy.

    Anonimowy z 9:28 i Marta-> "Grey's Anatomy" to też jeden z moich ulubionych seriali, więcej o tym w kolejnych postach, choć będziecie zawiedzione tak jak ja;).

    Anonimowy z 10-> Mam tylko dwa obiektywy, tutaj wszystkie były zrobione 50mm f 1.8

    Ola-> To dopiero pierwszy post, spokojnie... Poczekaj na całość, a nie zabraknie Ci ogółu.

    Anonimowy z 13:18-> W Twoich oczach może tak, ale waga pokazuje, że chudnę.

    Anonimowy z 14:17-> Niestety nie wiem.

    Anonimowy z 14:30-> Za dwa tygodnie lecę do Las Vegas.

    Anonimowy z 14:37-> Potrzebne;)

    Weronika-> Inaczej jest, kiedy przyjeżdża się do kraju po raz pierwszy, wtedy wrażenia są znaczne silniejsze:). Gdyby Seattle było pierwszym odwiedzonym miastem po moim przyjeździe do Stanów, to na pewno podobałoby mi się jeszcze bardziej;).

    OdpowiedzUsuń
  24. Twoim faworytem Mundialowym jest Holandia?:)

    OdpowiedzUsuń
  25. Ogromnie Ci zazdroszczę i Cię podziwiam :)Można powiedzieć, że jesteś moją inspiracją i myślę o tym, żeby wyjechać do USA na studia.. Kiedyś wydawało mi się to nierealne i niemożliwe.. ale teraz? Dzięki Tobie wiem, że jeśli się tylko chce to można ;) A teraz moje pytanie: Gdybyś miała możliwość (zaczynała II kl. liceum) zdecydowałabyś się na wyjazd na studia do USA? Starałabyś się o stypendium?
    Marzy mi się Floryda.. Jednak nie wiem, czy "dotknięcie" USA nie jest inne jeśli mieszka się tam u rodziny a inne jeśli trzeba się dodatkowo uczyć.. Próbowałabyś? ;)

    OdpowiedzUsuń
  26. Ja tez mam za soba i mam nadzieje przed soba eksperymenty z deserami, jesli bedziesz w Polsce polecam pojechac do Lodzi do restauracji Locanda maja tam pyszne bazyliowe lody z pomidorami w sosie makowym. Uwielbiam czytac Twojego bloga!

    OdpowiedzUsuń
  27. chudniesz? nie mów, że się odchudzasz!
    jesteś niesamowita! :) pomyśl o napisaniu książki o Twoich podróżach, naprawdę, na pewno bym ja kupiła ;)

    OdpowiedzUsuń
  28. zapomniałam się podpisać - 21:34 - to mój komentarz - Monia.

    OdpowiedzUsuń
  29. Anonimowy z 19:20-> Cieszę się, że Brazylia odpadła, bo za dużo razy wygrali, byli faworytami, a ja lubię jak sport jest nieprzewidywalny. Dodatkowo lubię Holandię, więc nie miałabym nic przeciwko gdyby wygrali MŚ. Ciężko powiedzieć czy chciałabym, żeby właśnie oni wygrali, ale możliwe, że tak.

    Anonimowy z 19:21-> Studia w USA nie są łatwą sprawą, zwłaszcza jeśli aplikujesz spoza USA. Po pierwsze kosztują fortunę, możesz dostać kredyt, ale później latami musisz go spłacać, no i jest strasznie dużo papierkowej roboty. Gdybym kończyła teraz liceum to bardziej rozważyłabym możliwość studiowania w USA, ale tylko dlatego, że trenowałam pływanie i z moimi wynikami dostałabym stypendium na którejś z amerykańskich uczelni. Nie chciałam już jednak pływać, więc pewnie nie byłabym wyjątkowo szczęśliwa.
    Floryda jest okropnie nudnym miejscem dla mnie i nie chciałabym tam mieszkać. Szczerze mówiąc to bardziej polecałabym Ci studia w Unii Europejskiej np. Anglii.

    Monia-> Nie lubię słowa "odchudzać", ale chyba na to wygląda. Ograniczyłam jedzenie i trochę więcej się ruszam. Po prostu muszę schudnąć, bo taka waga jest dla mnie niedopuszczalna i źle się ze sobą czuję.

    OdpowiedzUsuń
  30. Kurcze nie chca mi sie wyswietlac całe zdjecia,sa tylko do połowy a bardzo bym chciała je obejrzec:(

    OdpowiedzUsuń
  31. Ula dziękuję za odpowiedzieć :) Właśnie boje się, że zwiedzanie USA na np. miesiąc wakacji z powrotem do PL to jednak coś innego niż układanie tam sobie życia od całkowitego zera..

    Też trenuje pływanie :) Jak myślisz potrzebne są wygrane konkursy czy może wystarczy posiadanie karty pływackiej i młodszego ratownika? żeby to jakoś punktowało przy ew. stypendium?

    I jak myślisz wyjazd z chłopakiem to dobry pomysł? Czy jednak lepiej najpierw zaaklimatyzować się tam samemu?

    ANIA

    OdpowiedzUsuń
  32. Pojawią się zdjęcia ze spaceru:)??
    Chciałabym zobaczyć Twoją host rodzinę, no i Kylie przedewszystkim:)

    OdpowiedzUsuń
  33. Hej! Jeżeli ktoś zna książki o Nowym Jorku (nie chodzi mi o przewodniki)/ z NY w tle, bardzo proszę podajcie tytuły! Dzięki z góry!

    OdpowiedzUsuń
  34. Ania-> A co masz na myśli mówiąc "trenuję"? Konkursy, karta pływacka, czy bycie młodszym ratownikiem nie brzmi zbyt serio, a ja mówię o profesjonalnym pływaniu. Mając dobre wyniki, można znaleźć uczelnię w USA, która chętnie widziałaby Cię w swojej drużynie...
    Im słabsze wyniki, tym gorsza uczelnia i często w nieatrakcyjnych miejscach w USA. Zresztą mało jest miast w Stanach, gdzie mogłabym mieszkać. Większość jest bardzo nudna.
    Ja obstawiałabym samotny wyjazd, bo jesteś młoda, dużo przed Tobą i pewnie nie myślisz o zakładaniu rodziny z obecnym chłopakiem;). No ale to już od Ciebie zależy. Razem z drugiej strony raźniej.

    Anonimowy z 10:55-> Nie pojawią. Rzadko fotografuję moją host rodzinę no i średnio nadają się te zdjęcia na bloga. Pomyślę jednak o dodaniu czegoś w przyszłości na Twittera.

    Anonimowy z 1:14-> Osobiście gorąco polecam tą książkę: "Nowy Jork. Przewodnik niepraktyczny" autorstwa Kamili Sławińskiej.

    OdpowiedzUsuń
  35. Też sobie kupiłam wąsy ostatnio:) Ale moje są kudłate:) (z Flo)

    OdpowiedzUsuń