Perspektywa pakowania się przerażała mnie jak nigdy...
Pół roku w Londynie, a to jednak niesie za sobą jakieś konsekwencje;).
Do zabrania miałam ciuchy które przywiozłam z domu, rzeczy które później dowiozła mi mama i chłopak, a także mnóstwo nowych ciuchów i kilkanaście (starych i nowych łącznie) par butów. Ups...
Na szczęście to Wojtek spakował 80% rzeczy:). Oprócz naszych bagaży, mogliśmy też trochę wsadzić do walizki siostry Wojtka, która przyjechała do nas w odwiedziny.
Pare rzeczy ze względu na totalny brak miejsca zostawiłam mojej współlokatorce, a te najmniej potrzebne zostawiłam. Z pakowaniem ostatecznie było lepiej niż myślałam;).

Nie wkleiłam tego zdjęcia, żeby pochwalić swoim outfitem;))). Musiałam na siebie ubrać jak najwięcej stąd mam na sobie: spodnie, sukienke, bluze, płaszcz, oxfordy (bo więcej ważą i zajmują miejsca w walizce niz sportowe buty;P), dwa kapelusze, a w ręce skórzana kurtka;)))))).
Obok stoją torby i walizki, z którymi niełatwo było się poruszać, ale to i tak nic w porównaniu do mojej niedawnej wyprowadzki z Warszawy;))). Wtedy byłam sama, a kiedy wyszłam nocą z bloku w celu udania się na pociąg, to nie byłam nawet w stanie sie ruszyć ze wszystkim z miejsca. Rozpłakałam się potwornie, ale jakoś doczołgałam się do taksówki;))).

W nocnym autobusie, w drodze na Victorie, skąd jechaliśmy busem na lotnisko.

Samolot mieliśmy nad ranem, więc na lotnisko wybraliśmy się nocą, bo bilet na lotniskowego busa kosztował nas 2funty zamiast kilkunastu;))).
Na miejscu okazało się, że lotnisko to jedna wielka noclegownia i sporo było ludzi, którzy układali się do snu w śpiworach, czy leżeli na kocach;).
My rozłożyliśmy własny kocyk i zabraliśmy się za jedzenie pysznych kanapek robionych przez Wojtka:).

Później napiliśmy się kawy i obejrzeliśmy kilka odcinków "Batmana" w Cafe Costa:).

A to kolejna wersja mojego stroju, tuż przed wejściem do samolotu. Tym razem w kurtce którą uprzednio trzymałam w ręce, ciągle w dwóch kapeluszach i zakupionym na lotnisku Elle;))). Wiocha, ale inaczej się nie dało;).

Rodzice odebrali nas na lotnisku w Berlinie.
Zatrzymaliśmy się jeszcze w jednym miejscu, gdzie kupiłam sobie dwa kawałki mojego ulubionego niemieckiego ciasta -
Bienenstich;D.
Ostatnio rzadko trafiam na nie w Niemczech, bo coś zaczęli zmieniać przepis i cieżko trafić na ta wersje, ale ona jest najlepsza:).
Słodkie zakończenie podróży;).