12 mar 2013

Wietnamski akcent w Paryżu.

Zaopiekowałam się kulinarną stroną tego wyjazdu, więc o przypadkowym posiłku w przypadkowym miejscu nie było raczej mowy;). Drugiego dnia pojechaliśmy na obiad do Dong Huong, wietnamskiego lokalu w Chinatown. Z pozoru niewielka restauracja, w środku okazała się całkiem spora i podzielona na kilka części. Była akurat pora lunchu w poniedziałek, a my z trudem znaleźliśmy wolny stolik, co już było dobrym znakiem. Chciałam, że ekipa spróbowała kilku potraw, więc wybraliśmy sześć różnych dań. W posiłkach jedzonych w dużej grupie uwielbiam to, że można spróbować kilku rzeczy, wydając tyle samo, ile wydaje się w pojedynkę. Jedzenie w Dong Huong było świetne, autentyczne, świeże i niedrogie, rachunek na osobę wyniósł nas ok 8€.

Untitled Klasyczna pho.Untitled Zaczęliśmy od talerza z warzywami, vermicelli i papierem ryżowym, w który zawijaliśmy świeże sajgonki i maczaliśmy w podanych sosach.Untitled Zupa z krewetkami (w menu nr T6) w której na spodzie talerza była warstwa drobno posiekanych orzeszków przebiła według mnie pho. Nie pożałowano krewetek, trochę przypominała mi laksę, a to orzechowe dno świetnie dogadało się z moim podniebieniem.Untitled Sałatka z wołowiną, makaronem ryżowym, sajgonkami (S3). Wszyscy bili się o sajgonki, a mi w ogóle bardzo smakowała całość. Na zdjęciach nie ma grillowanego kurczaka na ryżu (C4), który wydawał mi się nudną opcją, a okazał się być przepyszny i w sam raz dla kogoś, kto nie lubi eksperymentów w kuchni.Untitled Później rozdzieliśmy się na dwie grupy, ja wybrałam się z Marcinem na cmentarz, skąd zobaczyliście zdjęcia w poprzednim poście, a po wizycie na Pere Lachaise spacerowaliśmy bez większego celu.
Untitled Untitled Zajrzęliśmy też do cukierni i pochłonęliśmy deser. Untitled Untitled
Kuba, Edyta, Julia i Gosia byli po drugiej stronie rzeki, w końcu umówiliśmy się na spotkanie przy Wieży Eiffla.Untitled Trafiliśmy akurat na piękny zachód słońca więc Wieża Eiffla się obroniła!;)Untitled


Dzisiaj mogę już ujawnić czego dotyczył jeden z ostatnich postów, który opierał się o słowo AMAZING.
"Amazing to znaczy...Nowa SKODA Octavia" jest głównym hasłem kampanii, która wczoraj ruszyła w Polsce. Jej bardzo ciekawym elementem jest pierwsze w Polsce multimedialne show w formie widowiskowego videomappingu 3D na muralach w Warszawie i Poznaniu.
Jaki mam w tym udział?
W pokazie, wśród kilku innych blogerów, znalazły się dwa zdjęcia mojego autorstwa.
Jeżeli jutro między godz. 19-22 znajdziecie się w Warszawie w okolicach ul. Polnej 40 (przy metrze Politechnika) i traficie na pokaz, to chętnie usłyszę o Waszych wrażeniach, bo ja niestety nie zobaczę go na własne oczy. Miałam okazję oglądać podobne show np. na Piątej Alei w Nowym Jorku, prezentowało się świetnie, więc jestem ciekawa jak wyszło ekipie Skody.
Videomapping wyświetlany będzie również w Poznaniu, ale o tym dam znać przy okazji trailrera dodanego do kolejnego posta.

Ponadto w kolejnych dwóch tygodniach każdy z Was ma szansę zobaczyć wkomponowane w mapping swoje zdjęcie, obrazjące, co znaczy dla Ciebie "amazing". Wziąć udział w konkursie można za pomocą aplikacji na profilu Skody!

10 mar 2013

Cmentarz Père-Lachaise, Paryż.

Drugiego dnia w Paryżu, po obiedzie rozdzieliliśmy się na dwie grupy. Ja z Marcinem poszliśmy na Père-Lachaise, największy i najsłynniejszy paryski cmentarz, gdzie pochowane są takie osoby jak m.in. Oscar Wilde, Edith Piaf czy Jim Morrison. Zgaduję, że najwięcej ludzi przychodzi odwiedzić Morrisona i zresztą krążą legendy o tym co działo się przez lata nad jego grobem. Aż dziwne, że nie zmartwychwał i dołączył do którejś z odbywających się imprez.
Père-Lachaise ma świetny klimat, jeżeli byliście, to pewnie się ze mną zgodzicie. Coś fascynującego jest w starych cmentarzach, aż ma się ochotę oddać w ręce koszmaru z dzieciństwa i zostać na takim na noc. Szelest drzew na przemian z grobową ciszą i dziwnie układające się cienie wywołujące nieustanny niepokój...
Czy boisz się ciemności, czytelniku?

Untitled Untitled Untitled Untitled
Untitled Untitled Untitled Untitled Untitled Untitled Untitled Untitled Untitled
Untitled
Untitled
Untitled Grób Jima Morrisona od dłuższego czasu otoczony jest bramkami, ale patrząc na leżące na nim kwiaty, pewnie czasami ktoś zamienia je na niewidzialne.Untitled Fani na ścianie obok zostawili pamiątki, ktoś obok pił wino i palił fajki, a drzewo znajdujące się najbliżej zostało otoczone matą, bo podobno ludzie odrywali korę z drzewa.
Untitled
Untitled Z kolei stojąc przy tym grobie układałam scenariusze kim mogła być osoba, pochowana pod kilogramem kolorowego plastiku...
- Pogodna kwiaciarka, przez lata odwiedzana przez tych samych klientów, którzy po śmierci chcieli, żeby jej otoczenie było tak kolorowe jak za życia. Nie wiedzieli tylko, że nie znosiła sztucznych kwiatów.
- Francuski odpowiednik kobiety o duszy Snooki lub Joli Rutowicz, która tipsami kaleczyła niemiłe koleżanki, popełniła samobójstwo w białych kozaczkach, ale bardzo chciała, żeby jej grób był tak stylowy jak ona sama za życia.
- Oscar Wilde?!
- Starsza pani, której rodzina mieszka na południu Francji, rzadko bywają w Paryżu, a sztuczne kwiaty są przecież takie praktyczne, kwitną cały rok.

Najbardziej spodobały mi się te żarówiasto-różowe róże ze srebrnym brokatem. Gdybym niedługo umarła i ktoś z Was wybierał się na mój grób, to proszę niczego żarówiastego z brokatem nie przynosić, bo zmarła będzie wyjątkowo niepocieszona.Untitled

8 mar 2013

Un jour à Paris.

Jak dużo czasu pochłania blogowanie najlepiej zauważam, kiedy wyjeżdżam, albo po prostu mam mniej czasu niz zwykle i nagle okazuje się, że do stworzenia posta naprawde potrzeba kilku dłuższych godzin, których czasami brakuje.
Wróciłam z Nowego Jorku i  przede mną 12 intensywnych dni pod względem robienia zadań na uczelnię oraz planowania wyjazdu do Brazylii. Nie chce mi się wierzyć, że już za dwa tygodnie będę w Rio. Akurat teraz czas mógłby trochę zwolnić.

Miesiąc temu, tuż po skończonych praktykach wybrałam się na trzy dni do Paryża. Mój kumpel Marcin kupił dla siebie i kilku przyjaciół tanie bilety lotnicze i namówił mnie, żebym dołączyła do nich na miejscu. To była idealna okazja do spotkania się z ekipą.
W tamtą stronę pojechałam Megabusem za 5 funtów i chociaż podróż trwała 7h, okazała się wyjątkowo przyjemna. W Dover wsiedliśmy na prom, a półtora godziny spacerowania po pokładzie i sklepie bezcłowym skutecznie skróciło czas jazdy.
W powrotną drogę zaszalałam i wybrałam pociąg Eurostar, który trasę Paryż-Londyn pokonuje w 2:15h. Ceny dla 2kl wahają się między £29 a prawie £200, dlatego bilety warto rezerwować na długo przed podróżą. Ja nie miałam tyle czasu, ale na brytyjsko-francuskim forum znalazłam chłopaka sprzedającego bilet dokładnie na dzień, który potrzebowałam, spotkałam się z nim i odkupiłam bilet za niecałe £30.
Wyjazd był krótki, ale też nie nie wybrałam się tam z zamiarem zobaczenia jak najwięcej się da, a raczej żeby spędzić czas ze znajomymi, zjeść coś dobrego i przy okazji pospacerować po mieście. Najważniejsze turystyczne atrakcje zaliczyłam w Paryżu lata temu, więc teraz mogłam nawet opuścić miasto nie widząc na oczy wieży Eiffla.
 Untitled Dotarliśmy do Paryża o podobnej porze, więc umówiliśmy się pod mieszkaniem, które wynajęliśmy. W drodze z przystanku kupiłam bagietki, masło, sery, sałatę i kiedy okazało się, że po podróży wszyscy są głodni, Ula uzbrojona w składniki zaczęła przygotowywać kanapki.
Mieszkaliśmy na ostatnim piętrze starej kamienicy, bardzo blisko Champs Elysees, a to był nasz widok z okna.
 Jula!
Untitled Pierwszy dzień był zimny, deszczowy, wyjątkowo paskudny. Po 15min spaceru miałam ochotę wracać do domu. Nie chciało mi się wyciągać aparatu i robić zdjęć, co chyba dobrze widać po powyższej focie, zrobionej całkowicie "na odwal";).Untitled Od lewej Edyta, Julia, Marcin, Kuba, na dole ja i Gosia. Na szczęście w ekipie był Kuba, który zabrał na wyjazd swojego Nikona, umie robić ładne zdjęcia i dzięki niemu nawet ja się na kilku pojawiłam i użyłam paru do posta jak niektóre z powyższych/poniższych.Untitled Brzydkie zimowe ubranie i centrum dowodzenia Quasimodo.
Miasto musiało przyjąć na swoje barki w styczniu/lutym mnóstwo deszczu, bo Sekwana prawie się wylewała.
Untitled Zaciągnęłam ekipę na uważany przez wiele źródeł- najlepszy falafel w Paryżu, L'As du Fallfel. Kolejka może odstraszyć, ale przesuwa się szybko, w trakcie stania składa się zamówienie i nie czeka się tak naprawdę długo.
Untitled
Same kulki falafla rzeczywiście smakowały fantastycznie, idealnie pasował też pieczony bakłażan, ale jeśli chodzi o całą zawartość pity, to chyba lepszą kanpkę z falaflem jadłam w Taim w NYC.
Untitled
Poza falaflem (5€) zamówiliśmy też schwarme z kurczakiem i chyba baranią, ale jednak falafel był najlepszy.

Untitled Byliśmy też blisko cukierni do której chciałam zajrzeć, więc namówiłam resztę, żebyśmy się tam przeszli. Meert to popularna cukiernia z Lille, której jedną ze spacjalności są prasowane gofry. W głowie przewijał mi się obraz czegoś ciepłego, chrupkiego z zewnątrz i puchatego wewnątrz, z kremowym, lejącym się nadzieniem... Untitled Gofry (2,50€) okazały się dużo mniejsze niż wydawały mi się na wcześniej widzianych zdjęciach, ale mimo wszystko kupiłam na spróbowanie dwa nadziewane masą pralinkową i wanilią z Madagaskaru.Untitled Untitled W tym czasie reszta ekipy siedziała już w kawiarence obok.Untitled Przy wejściu stało ozdobione płatkami róży ciasto.Untitled Kawiarenka była małą, klimatyczną paryską kafejką, która wyglądała jakby od wielu lat należała do starszego pana, który nas obsługiwał.Untitled Każdy z nas zamówił kawę, spróbowaliśmy też gofrów z Meert. Przypominały trochę holenderskie stroopwafles, chociaż były miękkie, a nie chrupiące. Nadzienie było dobre, ale ich rozmiar nie pozwalał nacieszyć się całością i pozostałam rozczarowana.UntitledDeszcz nie przestawał padać, a nam odechciało się marznięcia i niedługo po przerwie na kawę wróciliśmy do ciepłego mieszkania.

So many AMAZING things I've seen.

Amazing jest jednym ze słów najlepiej wyrażających zachwyt i dość często wplątuję je w konwersacje (po ang). Najczęściej hasło pada na widok czegość niezwykłego, wspaniałego smaku, ludzi robiących ponadprzeciętne rzeczy, czy w sytuacjach w których jestem pozytywnie zaskakiwana. W podróży amazing pada z moich ust wyjątkowo często - przy pierwszym (drugim, trzecim yy...) kęsie, spojrzeniu na paraliżująco pięknem miejsce, a czasami nie mam wyjścia i po prostu sama przed sobą muszę przyznać "what an amazing life I have"...

Malezja, Cameron Higlands. Schodziliśmy ze szczytu góry, mijaliśmy kolejne pagórki i nagle niespodziewanie za zakrętem wyłoniły się plantacje herbaty...Amazing!
Miasta cierpiące na bezsenność jak Nowy Jork czy Tokio poznawane nocą potrafią zrobić większe wrażenie niż za dnia.
 Cała podróż przez Nową Zelandię, bycie w drodze i widoki, które roztaczały się na wszystkie strony... Chyba każdy z kierowców z którymi jeździłam stopem wypowiedział lub usłyszał ode mnie AMAZING, kiedy rozmawialiśmy o tym kraju.

Spacer jednym z najsłynniejszych mostów świata, Brooklyn Bridge, zwłaszcza kiedy słońce chowa się za budynkami Manhattanu też idealnie wpasowuje się w definicję słowa amazing...

A wspominając o definicji, to przytoczę wytłumaczenie z Urban Dictionary, które w zabawny sposób bije wszystkie inne na głowę:
"Over used word. Usually by teenage airhead girls. Amazing was once a word to describe something outstanding and wonderful. Now, teenage girls have overused the word. And have ruined it all.
Girl 1- OMG *squeal* "That lime green skirt a AMAZING".
Girl 2- OMG thanks, no YOU'RE AMAZING.
Girl 1- OMG WE'RE BOTH JUST SO AMAZING."

Ten, kto ogląda GIRLS w tym miejscu powinien pomyśleć o Shoshannie mówiącej "OMG this place looks amaze!" Haha;)

Za kilka dni dowiecie się co kryje się za tym wpisem, a dzisiaj wieczorem zapraszam w końcu na posta z Paryża.