13 sty 2014

Błękitne miasto- Chefchaouen.

Połączenie kolejowe z Mehdii/ Kenitry do Cechfchaouen nie istnieje, autokar z Rabatu jeździ dwa razy dziennie. Właściciel surf hostelu machnął ręką i powiedział, żebyśmy udali się autobusem do Ouzanne, miejscowości położonej w połowie drogi, a stamtąd wzięli dalej taxi.
A jednak po skomplikowanej próbie porozumienia się z grupą taksiarzy, skończyliśmy w jednym z pojazdów. I wyszło jeszcze lepiej, bo koszt taki sam jak autobusem i dwa razy krótszy czas podróży. Kolejne osoby dosiadały się do naszego starego Mercedesa, a my zastanawialiśmy się na ilu się skończy. Kierowca, na środku poduszka, na której spoczął większych rozmiarów mężczyzna, a na siedzeniu pasażera kolejny dobrze zbudowany człowiek, opierający się przez większość drogi o tego w środku. Ależ to musiało być dalekie od wygody, siedzieć jednym pośladkiem na krzywo ułożonej poduszce przez ponad 100km, jeszcze z czyimś łokciem na ramieniu.
Z tyłu nasza trójka oraz marokański nauczyciel, który z miejsca zaprosił Wojtka do znajomych na Facebooku, bo przecież nigdy nie wiadomo, czy któregoś dnia nie wpadną sobie w ramiona na środku zielonogórskiego deptaku.
Było ciasno, ale dla krótszej podroży można się przemęczyć. Trzy osoby opierały plecy o siedzenie, jedna musiała być pochylona, żeby pozostałe zmieściły barki. Co kilka minut zmienialiśmy się.
W Ouzanne przerwa na siatkę liściastych mandarynek dla mnie i dworcowe kebaby dla chłopców (nie mylić z polskimi dworcowymi). A potem władowaliśmy bagaże do kolejnej grand taxi i czekaliśmy aż szef z ołówkiem za uchem i notesem w rękach znajdzie więcej osób jadących w tą samą stronę i pozwoli nam odjechać.
Ponad 50km krętej, górzystej drogi i dojechaliśmy do Chefchaouen. W sumie za ponad 200km jazdy taxi zapłaciliśmy niecałe 30zł. I nie miałabym nic przeciwko, żeby również w Europie można było jeździć w siódemkę. Bo naprawdę miło jest od czasu do czasu znaleźć się w miejscu, gdzie nikt nie pukałby się w głowę, gdybym poprosiła o przewiezienie mnie w bagażniku. Gdzie zasady bezpieczeństwa są tak poważne, jak skórzany pasek do zamykania drzwi Mercedesa czy mocno przybrudzona tapicerka w dinozaury.

Untitled W takich chwilach nawet mając szerokokątny obiektyw trzeba się trochę pogimnastykować, żeby zrobić zdjęcie.Untitled Coraz wyraźniejsze niebieskie kolory w oddali, to musiało być Chefchaouen.Untitled Dwa dni z rzędu na śniadanie zjedliśmy naleśńiki pani Fatimy. Kosztowały mniej niż złotówkę i tylko rozbudzały moją wyobraźnię, co bym mogła w nie zawinąć, czym posypać, posmarować...Untitled A teraz moi drodzy będzie niebiesko, bo Chefchaouen z takich właśnie budynków słynie. Ponadto miasto jest też czołowym marokańskim producentem haszyszu, dlatego nie ma szans, że będąc tutaj, ktoś nie szepnie do was "hashish?" Untitled Untitled Untitled Untitled Untitled W każdej medinie można zrobić niezłe zakupy, ale Chefchaouen wydało nam się pod tym względem szczególnie atrakcyjne. Wyrabia się tu przede wszystkim wełniane i skórzane produkty i chociaż sklepów dla turystów nie brakuje, pamiątki w Maroku mają zupełnie inny wymiar. Idealnie się złożyło, że byliśmy tam przed świętami, bo na dobrą sprawę, w tym kraju można zrobić lepsze zakupy świąteczne niż w Londynie czy Nowym Jorku. Mnóstwo pięknych wyrobów ręcznych za niewielką cenę, którą jeszcze zawsze można utargować. Poza tym świetnej jakości przyprawy, dobre herbaty, olej arganowy, czyli rzeczy w sam raz do zapakowania pod choinkę.Untitled Untitled
Untitled Untitled Ta przepiękna zabudowa to nie wszystko, miasto otaczają góry Rif. Untitled Untitled Untitled Wyszliśmy z mediny drugą stroną i stwierdziliśmy, że wejdziemy na pobliskie wzgórze, żeby spojrzeć na medinę z innej perspektywy.Untitled Untitled Untitled Untitled Untitled Untitled Było coś magicznego w tym placu i nawet rzucane pod wieżyczką worki ze śmieciami nie były w stanie tego zaburzyć.Untitled Ponieważ uliczne jedzenie były bardzo tanie, ciągle coś wcinaliśmy, nawet w małych ilościach. Placek z ciecierzycy, ślimaki, orzeszki, migdały, owocowe desery, mandarynki, lody pistacjowe, herbata z miętą kilka razy dziennie itd. Czasami rezygnowałam z obiadu/kolacji, albo podjadałam coś od chłopaków. Z kolei w Chefchaouen, po kilku dniach diety składającej się z ryb i owoców morza, skusiliśmy się znowu na dwa rodzaje mięsnego tadżinu, zupę i kuskus z warzywami.Untitled
Untitled  Untitled    
Untitled Untitled Untitled Te ilości kolendry i mięty... Nie powinnam narzekać, bo kolendrę mam w ogrodzie przez większość roku, ale i tak marzy mi się, żeby i w Polsce wiejskie babcie sprzedawały obfite pęczki kolendry za grosze.Untitled Starałam się nacieszyć mandarynkami na zapas, ale wciąż nie miałam dość.Untitled Untitled

48 komentarzy:

  1. Piękne miejsce, piękne kolory...

    OdpowiedzUsuń
  2. a miało być o planach na najbliższy czas.. ;p

    OdpowiedzUsuń
  3. Ula, a mnie ciekawi ten niebieski kolor. Wiesz może dlaczego dominuje on w tym miejscu?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytałam o kilku wersjach, ale w końcu nie wiem która jest tą prawdziwą, więc stwierdziłam, że nie napiszę nic na ten temat.

      Usuń
  4. pięknie i urokliwie, cudowne zdjęcia i widoki!

    OdpowiedzUsuń
  5. Piękne, piękne, piękne :D
    Takie babcie siedzą sobie we Wrocławiu w Hali Targowej,
    ale coś takiego kosztuje z pińcet złotych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no i właśnie te pińcet złotych jest najwiekszym problemem :)

      Usuń
  6. Czy ta mięta to mięta zielona czy pieprzowa? Jeśli to pierwsze to czy pachnie podobnie do zielonej orbitki?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zielona, a czy pachnie zieloną Orbit? hmmm.... wiosną-latem mam miętę w ogrodzie wiec chyba za często ją wącham, żeby mieć skojarzenia z gumą, ale wydaje mi się, że tak ;)

      Usuń
    2. W naszym klimacie normalnie rośnie tylko mięta pieprzowe, która swój smak i zapach zawdzięcza mentolowi (peppermint), a mięta zielona (spearmint) karwonowi. Nigdy nie wąchałam świeżej, ani nawet suszonej mięty zielonej, więc kojarzę ją tylko z orbit spearmint i pomadek do ust ;)

      Usuń
  7. Ciekawi mnie ile tam kosztuje, w przeliczeniu na nasze PLN, kilogram takich świeżych mandarynek? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Próbuję sobie przypomnieć... mam wrażenie, że ok 3zł.

      Usuń
  8. ohhhh Ulaaaaa nie mogę z tej relacji z Maroka, zwłaszcza że studiuję arabistykę z chińskim! Miód na moje skołatane sesją serce i 10stronicowy referat o bankowości islamskiej!

    OdpowiedzUsuń
  9. A czym się różni dworcowy marokański kebab od polskiego? Jakością mięsa czy czymś jeszcze?
    I marokańskie mandarynki od naszych? :)
    Czyli gdyby kupić tanie bilety, spać w tańszych hostelach i nie wydawać zbyt wiele na miejscu, to poza sezonem można pojechać do Maroka na kilka dni- tydzień nawet za ok. 600zł (licząc 200 na lot, 150 na hostele, koło 100 na przejazdy i ok. 150 na jedzenie? :O Cudownie! Nie liczę tu co prawda kosztów wypożyczenia deski, ale i tak na pewno wyjdzie taniej niż tydzień nad polskim morzem w sezonie :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kebab w maroku to mielone mięso pieczone na grillu. Często serwuje się w bułce, no ale z innymi dodatkami, nie żadne kapusty i sosy czosnkowe;)
      Mandarynki są trochę słodsze, no i zapewne nie zawierają chemii, którą mają nasze - dodawaną w transporcie.

      Co do Twojego pytania- tak, to jest jak najbardziej możliwe, ale jeszcze zależy w jakich miastach byś nocowała, bo np. najtańszy hostel w Chefchaouen kosztował 20zł, ale w Tangier czy Maroku to już było trochę ponad 40zł/ noc.

      Usuń
  10. Próbowałaś może tadżinu? To jest przepyszne danie marokańskie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. pisała wcześniej że tak :)

      Usuń
    2. Tak, jest nawet na jednej z powyższych fot, w podpisie też ;)

      Usuń
  11. Ula, powiesz ile zapłaciłaś za bilet lotniczy do Tokio dla jednej osoby?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 1000zł, to była naprawdę niezła promocja.

      Usuń
  12. Czy w krajach muzulmanskich, jak np. Maroko, zakrywasz nogi i ramiona?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie byłam w zbyt wielu, a teraz nie było upałów, ale miałam na sobie pare razy krótkie spodenki. Choć raczej zakrywałabym, zwłaszcza w kilku szczególnych miejscach jak np. mediny (stare miasta), ale w takiej Mehdii gdzie było mało ludzi i raczej luźniejszy klimat, nie czułabym się źlę odkrywając więcej ciała, chociaż bardzo krótkich szortów i tak nie noszę i ramiona też rzadko odkrywam.

      Usuń
    2. Dziekuje za odpowiedz. Bardziej chodzilo mi o nie urazanie uczuc religijnych i wlasne bezpieczenstwo niz warunki pogodowe ;) Jakos razniej (pod wzgledem ubioru) czuje sie w krajach europejskich/czy opartych na kulturze chrzescijanskiej niz muzulmanskiej.

      Usuń
  13. wow! świetne zdjęcia! Po przeczytaniu Twoich postów tylko utwierdzam się w przekonaniu, że w tym roku MUSZĘ koniecznie tam pojechać :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Zobaczenie tego miasta dołącza dziś do listy moich marzeń podróżniczych. Bo ja jestem zafiksowana na temat niebieskiego...:)Genialne zdjęcia!

    OdpowiedzUsuń
  15. Przepiekny reportaz ! Bylam juz kiedys w Chefchaouen, ale tak pieknych zdjec jak ty nie zrobilam. W takich miasteczkach co mnie jeszcze fascynuje to wizyta w lazni miejskiej, trzeba tylko sprawdzic, kiedy kobiety a kiedy mezczyzni. Albo w pralni publicznej, gdzie jeszcze pierze się recznie w wodzie ze strumienia w towarzystwie innych kobiet i suszy na swiezym powietrzu. A nalesniki nazywaja się rghaïf, można je jeść na słodko lub slono z mięsem lub z warzywami. Polecam !

    OdpowiedzUsuń
  16. oniemiałam z zachwytu! cudne miejsce, przepiękne zdjęcia!

    OdpowiedzUsuń
  17. wory z przyprawami(?) rewelacyjne.

    OdpowiedzUsuń
  18. Nigdy tam nie byłam, dzięki tobie nabrałam ochoty tam pojechać! Na pewno odwiedze te miejsce!

    bekiandbeki.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  19. wow! genialne zdjęcia, to w sumie już wiesz ;) i te kolory, bardzo klimatyczne miejsce!

    OdpowiedzUsuń
  20. Te niebieskie uliczki wygladają niesamowicie!

    OdpowiedzUsuń
  21. Jeśli wrócę do Maroka to mam nadzieje tym razem odwiedzę piękne, błękitne miasto! Cudna relacja...

    OdpowiedzUsuń
  22. A jak wrażenia z marokańskiego haszu? :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie był palony, bo nawet chłopcy nie palą ;)

      Usuń
  23. Cudowne zdjęcia (jak zwykle z resztą u Ciebie :)), cudowne miejsca. Byłam w Maroko, ale na południu - Twoja relacja zdecydowanie zachęciła mnie do powrotu do tego kraju i przemierzenia tez północy! :)

    PS. chyba coś Ci się stało z szablonem, bo strasznie się rozjechał, a raczej "zjechał" - zdjęcia zachodzą na boczne kolumny

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! Ja z kolei muszę się wybrać na południe :)
      No właśnie niechcący przez chwilą popsułam szablon i teraz muszę na nowo ustawiać elementy...

      Usuń
  24. Jak przecudnie. Miasto wygląda jak jeden wielki obraz Matisse'a :)

    OdpowiedzUsuń
  25. "Cudze chwalicie, swojego nie znacie". Tak można określić Twój blog, ale również wiele blogów prowadzonych przez młodych poszukujących swojego "ja". Starają być cool, trendy obieżyświatami, ale bez własnych korzeni, bez stałej (nie mówię tu o pełnym etacie!) pracy i swojego miejsca na Ziemi, w końcu odrobinę przez to nieszczęśliwych.
    Jeśli chodzi o kolendrę, to proponuję przejść się na ryneczek przy ul. Owocowej, w Zielonej Góry w pewien letni poranek. Kolendry tam nie znajdziesz, ale spróbuj docenić w potrawach pietruszkę, koper i inne polskie zioła. Po inne wystarczy wyjść na łąkę;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lekko sfrustrowany patriota - właśnie w takim tonie jest Twój komentarz. Nie lubi tych, którzy dobrze czują się poza ojczyzną, no bo kto to widział, żeby lubić zupę pho, kiedy nasz rosół jest taki pyszny!
      Poza tym chyba jesteś na tym blogu po raz pierwszy, bo porada o przejściu się na rynek i spróbowaniu polskich ziół jest już całkiem nie na miejscu. Mam je w dużych ilościach ogrodzie, zimą w zamrażalniku i używam do gotowania jak całej reszty. Natomiast jeżeli wszystkie inne rosną na łące, to zaplotę któregoś letniego poranka warkocze, ubiorę sukienkę w kwiaty, wezmę wiklinowy koszyk i pójdę poszukać.

      Usuń
    2. Ula naprawde nie jestes osoba wyjatkowa. Jestes nade wszystko egoistka, ktora nawet pomogac innym jest gotowa glownie by zaoszczedzic na spaniu?jedzeniu (wpis o Twoich planach na nastepne miesiace). I do tego bezczelnie odpisujesz na spoko komentarze. Dystansu nabierz i pokory. Bo naprawde uwierzylas w swoja wyjatkowosc.

      peace
      tomik

      Usuń
  26. Czy Europa nie wraca do korzeni kulinarnych a stosowanie ziół bio łakowych w potrawach jest na topie? Specjalistką w tej dziedzinie nie jestem, jedynie uważną konsumentką z zagranicy. Jednak my, Polacy wolimy to co zagraniczne, dlatego wszechobecne "sushi bary" i nieudolne "kebaby" w Warszawie budzą we mnie już tylko ironię. Może jako fanka jedzenia, w czasie podróży rozbierałabyś na czynniki pierwsze potrawy z różnych, egzotycznych krajów? Wiem, że podróże wciągają, ale z czasem muszą one mieć również jakiś sens (jeśli dużo podróżujesz). Parę fajnych fotek na krzyż już nie wystarcza (zwłaszcza odbiorcom). Warto wykorzystać ten czas i połączyć go ze swoją pasją, na serio:)
    Wielbicielka dango i babcinego barszczu

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem czemu masz przekonanie o byciu bardziej uważną konsumentką ode mnie, bo ja widzę, że masz małe opóźnienie z tymi wszystkimi obserwacjami. Z ironią na sushi bary i kebaby patrzyło się już jakieś 5 lat temu, kulinarne smrody Warszawy są teraz gdzie indziej .
      Trend na powrót do kulinarnych korzeni również trwa już dobrych kilka lat, nie tylko w Europie, Ameryka Płn też przez to przechodzi.
      Ja w swoich podróżach widzę sens, wiem co jest moją pasją i jak ją łączyć, ale też nie planuje przeprowadzać badań na blogu i pisać posty, których tworzenie zajmowałoby mi pięć dni. Chciałabym, żeby było inaczej, ale niestety. Wystarczy, że na uczelnię muszę pisać eseje na ten temat. No więc raczej nadal będą głównie fotki, a poważniejszą część obserwacji i wiedzę będę zostawiać dla siebie, ewentualnie na dyskusje ze znajomymi.

      Usuń
    2. Hej Ula,

      lubie Twojego bloga...ale czasem smuci mnie Twoje ofensywne nastawienie do komentarzy ludzi, ktorzy nie sa negatywnie nastawieni do Ciebie i tego co robisz ale majacy konstruktywno-krytyczne podejscie. Takie zdanie "poważniejszą część obserwacji i wiedzę będę zostawiać dla siebie, ewentualnie na dyskusje ze znajomymi" pachnie mi troche brakiem szacunku dla czytelnikow bloga (jesli nawet tak myslisz to moglabys tego nie pisac). I takie nastawienie w polaczeniu z np. reklamowaniem produktow, prosbami o zlecenia o prace - robi kiepskie wrazenie...takiego instrumentalnego traktowania czytelnikow. :(((

      pozdro i powodzenia

      katia

      Usuń
  27. Podoba mi się opis ścisku w samochodzie zwieńczony adekwatną fotografią, cóż za bezcenne wspomnienie! ;)

    OdpowiedzUsuń
  28. oficjalny sprzeciw. co napiszę komentarz u Ciebie to mi go nie dodaje :(

    w każdym razie - w tej serii jestem zakochana. zaspamowałam Ci fejsbukowy profill lajkami tych pięknych niebieskich domków.

    poza tym podziwiam Cię Ula. nie daj się falom, robakom i nikomu w drodze! powodzenia!!!!

    OdpowiedzUsuń