19 lut 2013

Falls Festival, Tasmania, cz. 2

Wspominałam już o tym, że o Falls Festival dowiedziałam się przypadkiem. Tuż przed Wigilią 2011 jakimś sposobem znalazłam się na stronie festiwalu. Na widok zdjęć opadła mi szczęka. Za oknem szaro, zimno, deszcz, a tam było lato, ludzie bawiący się przy dobrej muzyce i jeszcze piękna lokalizacja. Napisałam nawet do koleżanki, że chce mi się płakać bo to musi być idealne miejsce na festiwal i że właśnie tam powinnam spędzać Sylwestra, a nie w Birmingham. Na profilu FB bloga dodałam też link do stronu festiwalu ze zdaniem "do zrobienia przed 30stką!"
Do tej pory nie chce mi się wierzyć, że rok później rzeczywiście się tam znalazłam. Kilka zbiegów okoliczności i oto Sylwestra spędzałam na Falls w Australii!

Line-up nie był powalający, ale ja porównuję go przede wszystkim z Lollapaloozą w Chicago, a to w końcu jeden z lepszych festiwali na świecie i ciężko, żeby muzyczna impreza na Tasmanii mogła mu w tej kwestii dorównać. Koncerty na Falls zaczynały się około południa i trwały do 3-4 w nocy. To akurat było lepsze niż w Chicago, tam kończyły się ok 22-23, ale lokalizacja w centrum miasta pewnie zrobiła swoje. Bawiliśmy się więc do rana i budziliśmy dość wcześnie. Namiot szybko się nagrzewał, albo po prostu budziła niewygoda. Do pryszniców była niemiłosierna kolejka, więc w drugi dzień festiwalu zamiast wody, mydła i stania w godzinnej kolejce, wybraliśmy kąpiel w lodowatym oceanie. O tak, temperatura była na tyle niska, że po wejściu do wody ciężko było w pierwszej chwili złapać oddech. Do Anarktydy jest stamtąd ok. 3tys kilometrów więc Tasmanii daleko do tropikalnego klimatu północnej Australii, ale otwarty ocean akurat nigdy nie rozpieszcza ciepłem.

Od początku byłam niestety trochę zła na to, że mając tak niewiele czasu na przygotowanie się do festiwalu nie zdążyłam/zapomniałam naładować baterii w aparacie i opróżnić kartę. Miałam zamiar nakręcić filmik z Falls, bo przy takiej liczbie osób i tylu wrażeniach, na pewno wyszedłby pozytywnie, ale wiedziałam, że nie wystarczy mi baterii więc nawet się za to nie zabierałam. Echh szkoda...

Untitled
Nasza miejscówa. Czerwony namiot był moim festiwalowym domkiem.
Untitled
Drugiego dnia dołączył do nas kolega Liama, Ted ze Szwecji, który mieszka w Sydney.
Nie napisałam jeszcze nic o Katie, która też dołączyła do ekipy kontaktując się z chłopakami przez którąś ze stron internetowych. Ma 17 lat, więc Liam musiał zostać jej opiekunem na czas festiwalu;). Czasami mieliśmy z niej ubaw, bo Katie miała czasem typowo nastoletnie reakcje. Powiedzmy grała jakaś nudnawa kapela, nikomu się nie podobało, a nagle odwracała się Katie i krzyczała "Woow!! This is the best thing I've ever seen!!" ;)

Jedno z wejść na teren festiwalu.

Scena główna w i Marion Bay w oddali <3
 Lisa, Steve, ja, Emma, Matt, Gerard.
Na zdjęciu Best Coast których bardzo chciałam zobaczyć na żywo, ale jakoś za szybko minął mi ten koncert, występowali na małej scenie i ogólnie wyszło bez szaleństwa.

Lubię First Aid Kid i na żywo dziewczyny też wypadły bardzo dobrze.
Cdn.

16 lut 2013

W drodze na Falls Festival 2012, Tasmania.

Kupując bilet na Falls Festival na Tasmanii miałam do wyboru opcję z campingiem we własnym zakresie, albo droższą wersję z natomiotem stawianym przez ekipę festiwalu. Stwierdziłam, że ludzie na festiwalach są tak otwarci i pozytywni, że uda mi się znaleźć na miejscu kogoś, kto podzieli się ze mna namiotem;).
Miesiąc przed wyjazdem na forum Couchsurfingu znalazłam posta z pytaniem "Kto jedznie na Falls 2012?". Odpisała jedna osoba, dopisałam się również ja. Po jakimś czasie jedna z tych osób napisała do mnie wiadomość. To był Liam, pytał jak zamierzam dotrzeć na festiwal, bo będzie jechał ze znajomymi samochodem z Sydney i mają wolne miejsce w aucie. Ja miałam na Falls dotrzeć już z Tasmanii, ale spytałam, czy nie będą może mieli jakiegoś zbędnego namiotu/miejsca w namiocie. Odpowiedział, że na pewno coś się dla mnie znajdzie i umówiliśmy się, że będziemy w kontakcie.

I tu wracamy do miejsca, w którym zakończyłam ostatniego posta. W dzień rozpoczęcia festiwalu zjadłam śniadanie u państwa Feher, ale nie miałam pojęcia jak dotrę do Marion Bay.
Zadzwoniłam do Liama z cichą nadzieją, że może akurat jadąc te 1500km z Sydney przypłynęli porannym promem z Melbourne i będą w okolicy. Okazało się, że są w Perth, czyli miasteczku położonym 40min od miejsca w którym byłam. Cud! Spytałam czy mogliby na mnie zaczekać i złożyło się idealnie, bo mieli zamiar zjeść tam lunch i zaczekać na jeszcze jedną osobę. Liam tylko spytał czy nie będę miała nic przeciwko jeżeli będę jechać na siedzeniu bez pasów, ale nie widziałam w tym problemu. Spakowałam się w 15min, dostałam od pani Asi paczkę z jedzeniem i pojechałyśmy na miejsce spotkania.
Perth okazało się być ważnym miejscem mojego pobytu na Tasmanii. Dzień wcześniej kiedy starałam się złapać stopa zatrzymał się facet i z góry powiedział, że jedzie do Perth.
–  Perth?! – odpowiedziałam zdziwiona mając w głowie duże miasto na zachodnim wybrzeżu Australii.
– Na Tasmanii też mamy Perth. – zaśmiał się.
Dotarłam więc do tego miasteczka, którego centrum były dwie stacje benzynowe, a stamtąd odebrała mnie pani Asia. Na drugi dzień poznałam się tam z festiwalową ekipą i w tym samym miejscu rozstaliśmy się kilka dni później.
Weszłam do baru w którym się umówiliśmy, a tam siedziała przy stoliku grupka osób. Przywitałam się, spytałam o Liama, ale on akurat był w toalecie. Jeden chłopak powiedział, że jest jego bratem i rzeczywiście, z twarzy jaką miałam w głowie ze zdjęć, był do niego podobny. Po chwili wyszedł Liam. Zaczęliśmy luźną rozmowę i po kilku minutach miałam już przeczucie, że będę się z nimi dobrze bawić. Po jakimś czasie weszły kolejne trzy osoby, wysoki chłopak i dwie dziewczyny. Starałam się jak najszybciej zapamiętać imiona wszystkich i nawet nieźle mi poszło.
W końcu wyszliśmy przed bar.
 – Ooo! Czyi to van? – zapytałam.
– Mój – odpowiedział Steve. – Zrezygnowałem ostatnio z pracy i podróżujemy tym vanem z Lisą po Australii.
Okazało się, że wysoka blondynka, Lisa, wyglądająca na typową Szwedkę, jest dziewczyną Steve'a. No i faktycznie pochodzi ze Szwecji.
Przed odjazdem przeszliśmy się jeszcze do monopolowego, żeby kupić alkohol. Ceny nie były za wesołe, mniej więcej trzy razy wyższe niż w Polsce. Nie można też było wwozić alkoholu na teren festiwalu, ale został dobrze ukryty.
Steve i Gerard pakowali rzeczy do aut, bo poza vanem mieliśmy jeszcze osobówkę, którą część ekipy przyjechała z Sydney.
– Ula, będzie Ci przeszkadzać, jeżeli posadzimy Cię na łóżku w vanie?
– Żartujesz?! Czyli to ma być to siedzenie bez pasów? Wooohooo!

Kryjówka. Untitled
Untitled
Steve włączył swoją palylistę, z której podobał mi się każdy kawałek, a jednocześnie nie znałam prawie żadnego. Później Lisa włączyła Icona Pop - I love it. Dziewczyny podkręciły głośniki i śpiewały całą piosenkę. Ja słyszałam ją wtedy coraz pierwszy, ale idealnie pasowała do drogi, letniego powietrza wpadającego przez okno i tej całej wakacyjnej atmosfery. Wiedziałam, że jeżeli usłyszę ją po raz kolejny, to będzie mi się kojarzyła z tamtymi chwilami.Untitled Kilka razy ktoś zatroskany pytał jak się miewam tam z tyłu, a przecież miałam najlepsze miejsce ze wszystkich! Leżałam i myślałam sobie, że ta podróż mogłaby się nie kończyć.Untitled
Po przejechaniu prawie 200km wjechaliśmy na polną drogę, zobaczyliśmy w oddali ocean. Przepięknie to wszystko wyglądało. Emma, Brytyjka która siedziała z przodu z Lisą i Stevem była bardzo entuzjastyczną osobą i nie kryła radości z tego co nas czeka. Śpiewała i cała podekscytowana przypominała, że jedziemy na Falls!  Untitled
Po dotarciu na miejsce rozbiliśmy obóz. Liam dał mi namiot, z którego nie korzystał więc decyzja o kupnie tamtego biletu przyniosła jeszcze więcej plusów niż się spodziewałam. Liam przyczepił flagę do vana, żebyśmy nie mieli problemu z trafieniem wśród całej reszty aut i namiotów.Untitled Rozłożyliśmy namioty w kółku, na środku postawiliśmy stół, krzesła i wieczorem już siedzieliśmy i piliśmy jak starzy dobrzy znajomi. Nie chciało mi się wierzyć, że jeszcze kilka godzin wcześniej wiedziałam o istnieniu tylko jednej z tych wszystkich osób.Untitled Wszyscy faceci byli starymi dobrymi przyjaciółmi z dzieciństwa, a Gerard był kuzynem Liama i Daniela. Mieli za sobą już niejeden udany wyjazd, nawet podróże po różnych kontynentach.Untitled Emma z Londynu też dopiero co poznała całą ekipę. Odezwała się do chłopaków na stronie typu carpool, czy nie mają wolnego miejsca, żeby się z nimi zabrać. Zapytali jej czy nie zna kogoś, kto mógłby ich przeconować w Melbourne (tam mieszka i pracuje), bo wtedy znacznie zwiększyłaby swoje szanse;). Zaprosiła ich do siebie, a na drugi dzień płynęli już razem promem.Untitled Untitled
Lisa i Gerard.
Untitled
Gerrard i Matt, który dopiero co zakończył podróż po Europie. Dwa lata temu studiował semestr w Budapeszcie, na studiach magisterskich spędził też semestr w Berlinie. Później jeszcze pojeździł sobie kilka miesięcy po naszym kontynencie i nawet zahaczył o NYC i Chicago przed powrotem do Australii, gdzie teraz już szuka pracy w zawodzie architekta.
W pierwszy wieczór nie było koncertów, ale w namiotach można było sobie potańczyć, otwarty był też cyrk festiwalowy z różnymi dziwnymi zajęciami na miarę cyrku. Przez zamiłowanie do sportów z deską, wkręciliśmy się z Gerrardem w balansowanie. Najpierw pojedyncze, później podwójne i nawet bez trzymanki dawaliśmy radę;).

Cdn...

13 lut 2013

Poznajcie Skippy'ego.

Mój wyjazd na Tasmanię od początku zakładał odwiedziny u pani Asi, koleżanki mojej najbliższej cioci. Znają się od dzieciństwa i do dzisiaj utrzymują regularny kontakt, a ja "od zawsze" o tej znajomości wiedziałam. Pani Asia mieszkała w Zielonej Górze niedaleko nas, później wyjechała na studia na Węgry. Tam poznała swojego przyszłego męża, urodziła dzieci, a po latach przeprowadzili się całą rodziną do Australii. Mieszkali w kilku miastach, ale parę lat temu wybrali się na wakacje na Tasmanię i tak im się spodobało, że zdecydowali się kupić dom i przenieść tam na stałe. Wiedziałam, że dom otacza busz, widziałam zdjęcia, ale to, co zobaczyłam przeszło moje oczekiwania. Zakochałam się w tym miejscu od pierwszych minut, ale do tego wrócę jeszcze po relacji z festiwalu, bo właśnie tam spędzałiam ostatnie dni na Tasmanii i był to ważny przystanek w mojej podróży.
Wyobraźcie sobie, że przyjeżdżacie do kogoś, a na podwórku zamiast psa i kota widzicie psa i...kangura. No dobra, tak naprawdę to walabię, ssaka należącego do rodziny kangurowatych, tak jak i poprzednie, które widzieliście na zdjęciach, a ja podciągałam ich nazwę pod kangura;).

Niecałe półtora roku temu, pani Asia znalazła w ogrodzie małego wychudzonego wallaby, który musiał zostać porzucony przez mamę. Zaopiekowała się nim razem z mężem i nazwali go Skippy. Pani Asia uszyła torbę, w której nosiła małego po domu i ogrodzie, a na noc wieszała ją na krzesło, gdzie Skippy z przyjemnością sobie spał. W torbie lubił przesiadywać przez mniej więcej pierwsze sześć mięsięcy i podobno wskakiwał do niej czasem w tak zabawny sposób, że można było boki zrywać. Zresztą jak każdy niezdarny maluch, przysparzał wiele radości. Kiedy trochę podrósł przestał spędzać czas w domu i teraz już w nim nie mieszka. Teren państwa Feher jest ogromny, więc Skippy bez opuszczania posiadłości ma co robić. Czasami znika na kilka dni, wraca, żeby coś zjeść, innym razem wyleguje się na słońcu przy domu. Zaczepiać uwielbia go również Aza, młoda wilczurka, która traktuje Skippy'ego jak kompana do zabawy, chociaż jego trochę to irytuje.
Miałam szczęście, bo kilka dni przed moim przyjazdem Skippy nie pokazywał się przy domu, a w momencie w którym wjechałyśmy na podwórko siedział już przy szopie wcinając jabłko. Nie lubi, kiedy głaszcze się go po głowie, ale można po brzuszku, choć oczywiście jest to wciąż częściowo dzikie zwierze i nie nadaje się do tulenia i sadzanie na kolana. Skippy jeszcze nie osiągnął pełnych rozmiarów, nadal rośnie i mam nadzieję, że kiedy będę na Tasmanii następnym razem, zobaczę się z nim ponownie!

Untitled Untitled Untitled Pan Feri obserwował wszystko z okna i śmiał się z tego jak Skippy pozował do zdjęć, bo podobno normalnie nigdy tego nie robi;).
Untitled Wybaczcie ilość zdjęć Skippy'ego, ale nie mogłam się powstrzymać.
Untitled Untitled Najsłodziej wyglądał, kiedy mył pyszczek łapkami.Untitled W ten sam dzień, w którym zrobiłam zdjęcia z poprzedniego posta, kilka godzin później i 200km dalej podróży na stopa dotarłam do państwa Feher, a w zasadzie do pobliskiej miejscowości i pani Asia odebrała mnie stamtąd. To było pare dni po świętach, synowie państwa Feher tym razem nie przyjechali do domu na święta, ale nie zabrakło choinki.Untitled Po kilku dniach średniego jedzenia zostałam ugoszczona jak królowa. Nie zdążyłam zrobić zdjęć kolacji, ale nie pominęłam deseru. Były nim lody waniliowe z kawałkami pysznego, słodziutkiego mango i czerwonej porzeczki z ogrodu. Pełnia szczęścia. Jak wstawałam od stołu, to myślałam, że pęknę, ale nie był to ostatni raz w tym domu, kiedy tak się czułam;).

Untitled
Z rana kiedy wstałam czekało już na mnie śniadanie. M.in. jajecznica z grzybami, sałatka z awokado, sałatą, pomidrokami, naturalny miód, pyszne masło i chleb. A na widok truskawek i malin z ogrodu miałam ochotę skakać z radości!
Untitled To był dzień, w którym rozpoczynał się festiwal. Bilety na autobusy były wyprzedane, nie było za bardzo żadnej innej opcji transportu, a ja nie miałam pojęcia jak tam dotrę. To był kolejny dzień z rzędu, który pomimo założenia pewnych planów nie miałam pojęcia jak się skończy. Wszystko działo się tak szybko, że przestałam nadążać. Miałam ochotę na jeden dzień, w którym mogłabym poleniuchować i przygotować się do festiwalu, ale nie było na to czasu, bo popołudniu miałam się znaleźć w Marion Bay, ponad 200km dalej na południe.
Jak się potoczyła reszta dnia? Zobaczycie w następnym poście!

8 lut 2013

Bay of Fires, Tasmania.

Przez kolejne dwa dni na Tasmanii najeździłam się na stopa tyle, że przy ostatniej przejażdżce cieszyłam się, że to już koniec. Z Coles Bay do St. Helens do przejechania miałam ponad 100km. Niedługi dystans, ale okazało się, że musiałam go pokonać w kilku odcinkach. Zabrałam się z dwiema starszymi paniami i Norwegiem, który żyje tak, jak żyć się powinno, a w każdym razie jak należałoby spędzić przynajmniej jeden rok swojego życia. Wiosnę-lato spędzać w Europie, a na szare, zimne i krótkie dni przenosić się na półkulę południową, np. do Australii. Jestem pewna, że pomijanie jesieni i zimy może przedłużyć życie o kilka lat!;)
Do St. Helens ściągnęła mnie pobliska Bay of Fires wybrzeże pełne pięknych plaż, charakteryzujące się czerwonymi skałami, choć nie stąd wzięła się jego nazwa. Miejsce idealnie nadaje się na camping, wręcz prosi się o to, żeby przy jednej z plaż rozbić namiot i chłonąć uroki otoczenia.
Ja do wyboru miałam tylko hostel, więc noc spędzałam kilkanaście kilometrów od celu, a nad ocean dotarłam na pieszo/ stopa.

Untitled Po przejściu kilku kilometrów zatrzymałam staruszka, który podróżował ze swoim uroczym cocker spanielem. Psiak przez cały czas domagał się głaskania, a jak tylko przestawałam, to szturchał mnie przypominając dlaczego zgodził się na dzielenie miejsca;).Untitled Starszy pan pokazał mi miejsce z widokiem na część wybrzeża, po czym zawiózł mnie na plażę, chociaż wcale nie było mu po drodze. Kolejny przemiły kierowca!Untitled Ścieżka do raju.Untitled Untitled
Untitled
Untitled
Untitled Tekst jest zbędny, niech przemówią zdjęcia.Untitled Untitled Untitled Untitled Świetny kolor i kształty skał...Untitled
Untitled
Untitled Zdjęcie zrobił kolega samowyzwalacz.

Jadę jutro do Paryża na 3dni spotkać się ze znajomymi i zjeść kilka dobrych croissant zagryzanych bagietką z solonym masłem, popijanych winem. Dieta cud.
 Foty najszybciej pojawią się na Instagramie, zapewne wrzucę coś na Facebooka, ewentualnie możecie śledzić też Twittera.