11 maj 2012

Not an ordinary Easter Sunday.

W końcu nastała Wielkanoc. Obudziłam się w pierwszy dzień świąt, czego trzeci rok z rzędu zupełnie nie odczuwałam, bo po świątecznych ozdobach ani śladu, moja rodzina w całkiem innej części świata, koszyczka ze święconką na stole też nie było, ha, nawet stołu nie było. A jednak złożyło się tak, że do południa zjadłam trzy posiłki, każdy z nich był pyszny i nie miałabym nic przeciwko, gdyby moje przyszłoroczne wielkanocne śniadanie wyglądało podobnie.


Czym rozpoczęłam Wielkanoc? Mango sticky rice, wiadooomo!;) Kupiliśmy je z Champem noc wcześniej, razem z resztą słodyczy z poprzedniego posta.
Niedługo potem znajomi zadzwonili do Champa i poszliśmy na kolejne śniadanie do jednej z restauracji znajdującej się blisko budynku Champa.
Napój ze zdjęcia był nieznanym mi wcześniej napojem, ale jego nazwę zapomniałam jeszcze tego samego dnia.

Wybrałam krewetki z orzechami nerkowca. Dobre, choć zaskoczyły nas małe porcje w porównaniu do ceny.
Champ zamówił fried rice, chyba też z krewetkami.
 
Zupa jednego kolegi była pyszna.
Blok Champa.

Żaden z tych skuterów/motocykli nie należał do chłopaków, ale do ich znajomych. Większość studentów podjeżdża w ten sposób do szkoły lub ewentualnie samochodem. Uczelnia nie znajduje się daleko, ale przez upały nikomu nie chce się chodzić.

Każdy z samochodów znajomych Champa był lepszy od tego, którym jeżdżą moi rodzice;). Studia w Tajlandii są płatne i biedni ludzie raczej nie studiują na tej uczelni...

Pokój Champa po lewej (z płytami powieszonymi nad łóżkiem), a z prawej duży pokój, ze słynnym środkowym palcem, który najpierw wisiał na ścianie pokoju Champa w Birmingham;).

W mieszkaniu był typowy studencki bałagan, ale gdyby wszystko ogarnąć, to było to naprawde fajne mieszkanie. Kuchnia prezentowała się nieco gorszej, bo była tylko kącikiem ze zlewem, blatem i lodówką, na co akurat trafia się podobno często w tajskich mieszkaniach. Taniej i łatwiej jest zjeść poza domem niż gotować samemu. Champ powiedział mi, że odkąd wrócił z Birmingham jeszcze ani razu nic nie gotował.
Około południa kolejny kumpel chciał się spotkać, więc poszliśmy do restauracji słynącej z dobrej kaczki. Na zdjęciu rewelacyjna zielona herbata o smaku ryżu! Champ miał pełną lodówkę tych butelek, których zawartość szybko pokochałam.
Champ polecił mi zupę z kaczką.
Wróciliśmy na trochę mieszkania, a później kolega Champa zawiózł nas na stację metra. Bubble tea na drogę.
Kiedy staliśmy w korku, między samochodami przechodził człowiek sprzedający smażone banany. Były jeszcze ciepłe i lepsze od wszystkich jakie jadłam do tej pory.
W drodze na Chatuchak Market, gdzie mieliśmy spotkać się z Gosią.
Jest to jeden z największych targów na świecie. Trzeba być twardzielem, żeby spędzić tam cały dzień, bo zbiera mnóstwo ludzi, jest dużo do obejścia, a to wszystko w strasznym upale. Najlepiej więc wybrać się na targ z rana.
Szybkie orzeźwienie w postaci lizaków lodowych.
 Na targu znajdują się mniej lub bardziej ciekawe rzeczy, ale ilość świetnych ubrań, jakie tam widziałam, zaskoczyłaby pewnie każdego Europejczyka.
Obejrzałam tyle super t-shirtów, że nie wiedziałam, które kupić. Ceny (tak jak i sukienek ze zdjęcia) wahały się zazwyczaj między 20-30zł. Na targu można kupić naprawdę dużo ubrań, dodatków od niezależnych projektantów i przez to Chatuchak miażdży wszystkie centra handlowe pełne sieciówek. Ja tak ze wszystkim namieszałam, że ostatecznie nie kupiłam nic. Brawo Ula!
To był chyba najlepszy lód kokosowy mojego życia. Serwowany w świeżym kokosie z podważonym miąższem, żeby łatwo było go wydobyć, posypany orzeszkami ziemnymi, z galaretką kokosową....Wszyscy miłośnicy smaku kokosowego byliby w niebie!!!

Umówiłam się z Gosią na konkretną godzinę, więc na koniec usiedliśmy z Champem w parku, żeby ostatni raz w spokoju pogadać i pożegnać się.
Właściciel najserdeczniejszego uśmiechu z jakim chyba miałam do czynienia;).
Champ odprowadził mnie na stację metra, a tam zaczął się mały dramat, bo rozpłakaliśmy się oboje;). Podejrzewam, że jak ktoś obserwował nas z boku, to miał niezły ubaw widząc cały proces pożegnania.
Nie wiem gdzie i kiedy zobaczymy się następnym razem, ale jeżeli Champ nie przyjedzie pierwszy do Europy, to fajnie byłoby go odwiedzić w rodzinnym Phuket.
Gosia i Ali zaprowadzili mnie na jeszcze jeden targ, staroci. Nie pamiętam nazwy, ale liczę, że Gosia podpowie;).
Świetne miejsce. Mogłabym tam kupić dekoracje do własnego mieszkania (gdybym je miała), a później załadowała wszystko na statek i wysłała do Europy.

Po obejrzeniu części stoisk poszliśmy do knajpy, która z zewnątrz wyglądała jak góralska chata.


Ilość butelek piwa przybyła wraz z burzą, którą musieliśmy przeczekać wewnątrz baru.
Przesiedziliśmy tam chyba z dwie godziny, ale jak przestało padać, ruszyliśmy w drogę powrotną.

Na sam koniec Gosia kupiła fish cake'a pieczonego w liściu bananowca.
I mój ostatni wieczór w Bangkoku dobiegał końca...

56 komentarzy:

  1. świetnie sie czytalo ten post:) a mieszkszkanie maja naprawde super.

    OdpowiedzUsuń
  2. swietny post jak zwykle. Fajne polaczenie: kokos i orzeszki - mniam.

    OdpowiedzUsuń
  3. Lubię właśnie takie posty, gdzie widać Twoje emocje i relacje z ludźmi, których spotykasz :-) Więcej: czasem mi tego właśnie brakuje! Fajnie widzieć, że ktoś jest Ci bliski, kogoś lubisz, ktoś jest ważny. To naprawdę dodaje koloru każdemu wpisowi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło, że zwracasz na to uwagę. Do każdego posta podchodzę inaczej, bo wszystko zależy od jego treści, ale pisanie tego sprawiło mi dużo przyjemności i mogłam przeżyć to wszystko na nowo;).

      Usuń
  4. ajjj ten kokosowy lód! Będzie mi się teraz śnił po nocach!

    OdpowiedzUsuń
  5. mam pytanie z innej beczki z racji tego ze gotujesz. czy wszystkie storczyki są jadalne?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety nie wiem:)

      Usuń
    2. www.google.pl

      Usuń
    3. tak , google prawdę Ci powiedzą ;)

      Usuń
  6. JAKIE ZARCIE! Z dzisiejszego posta oszamalabym wszystko. A najbardziej chyba tego loda, ja chce takiego lodaaaaa! :<

    OdpowiedzUsuń
  7. Ula, tak często podkreślasz, że było strasznie gorąco, a Champ i jego koledzy są na zdjęciach w długich spodniach i zakrytych butach. Tajowie inaczej odczuwają temperatury? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, odczuwają tak samo i narzekają też tak jak wszyscy ludzie, kiedy jest za zimno czy gorąco;). Sama zwróciłam Champowi uwagę, że przecież powinni być przyzwyczajeni do takich temperatur, a jednak nie. Pytałam też dlaczego w taki upał mimo wszystko zakłada długie spodnie, ale chyba po prostu czasami ma ochotę założyć coś innego;).

      Usuń
  8. Jej, ale zazdroszczę smaku tego prawdziwego mango!

    OdpowiedzUsuń
  9. To jedzenie wygląda pysznie! :)
    A na ten targ staroci bardzo chciałabym się wybrać. Można tam dostać tyle wspaniałych rzeczy! :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Kurka, to dziwne, że wielkanoc jest w maju! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wielkanocy to się tam w ogóle nie obchodzi, ale przecież ten post jest sprzed miesiąca, a nie teraz!;)

      Usuń
  11. Uwielbiam twojego bloga.Naprawdę cieszę się ze go odkryłam. Przeczytałam go od deski do deski. I jesteś meeeeeeega osoba ;)) I gratuluje i zazdroszczę tego wszystkiego co widziałaś ;))
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  12. Rewelacyjny post, pochłonęłam go... uwielbiam Cię Ula!!!!!!!!!!

    OdpowiedzUsuń
  13. mango sticky rice, yay ale to musi byc dobre!

    p.s. taka moja mała subiektywna uwaga odnośnie rozmiaru zdjęć, strasznie nie wygodnie ogląda się pionowe zdjęcia w tak dużym rozmiarze, fakt, że muszę przewijać stronę, że całe je zobaczyć jakoś mnie rozprasza i wiele szczegółów mi umyka... ale może mam po prostu za mały monitor ;p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już kilka osób z małymi monitorami na to narzekało, ale nie wiem czy zmienię rozmiar, zobaczymy;).

      Usuń
  14. Piękne zdjęcia, ale oczywiście najbardziej podjarał mnie widok płyt Muse nad łóżkiem Champa!:D Wszędzie rozpoznam te okładki<3
    I podpinam się pod stwierdzenie, że gdy piszesz o swoich kontaktach z ludźmi, zwłaszcza tymi, których lubisz, to notki automatycznie robią się jakieś takie ciekawsze. Poza tym nie znam Champa, ale sposób w jaki o nim piszesz, podpowiada mi, że tego człowieka nie da się nie lubić;)
    Trzymam kciuki za wasze następne spotkanie! Byleby szybko! I byleby w kolejnym fantastycznym miejscu;)

    OdpowiedzUsuń
  15. strasznie poruszają te miejsca, człowiek uświadamia sobie, że spędzanie całego życia bez dalszych podróży jakby traci kawałek tego wspaniałego żywota... uwielbiam jak to wszystko opisujesz, aż się to wszystko czuje :) jak będę planowała podróże to chyba z małą pomocą zwrócę się do Ciebie :) Pozdrawiam ciepło !

    OdpowiedzUsuń
  16. Namierzyłam nad łóżkiem płyty Placebo i Muse = Champ jest spoko ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha to jego ulubione zespoły;).

      Usuń
  17. Cudowne ubrania tam mają!!! :))

    OdpowiedzUsuń
  18. dlaczego uczelnia odebrała ci możliwość wyjazdu na erasmusa?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo uznali, że żadna z uczelni z którymi współpracuje mój uniwersytet nie ma kierunku wystarczająco podobnego do mojego...Wkurzyło mnie to bardzo, bo ludzie w innych krajach wyjeżdżając na Erasmusa w większości przypadków biorą różniące się przedmioty od których mają na co dzień i jakoś uczelnie nie widzą w tym problemu...

      Usuń
  19. O Panie, zamień się ze mną xd Dlaczego nie dostałaś się na Erasmusa? :)

    OdpowiedzUsuń
  20. omg Champ lubi Kasabian? już go kocham! ;)
    M.

    OdpowiedzUsuń
  21. Świetny post. Naprawdę dobrze się to czyta. :)

    OdpowiedzUsuń
  22. cudowny post, chyba jeden z lepszych relacjonujących tę podróż. rany, z każdym kolejnym wpisem stajesz się jeszcze bardziej pozytywna i inspirująca. :)
    + mieszkanie Champa jest chyba jednym z fajniejszych studenckich "kwater", jakie widziałam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mój poziom pozytwności zależy chyba od treści posta, bo na co dzień chodzę teraz raczej ponura w związku z tym ile mam do zrobienia do szkoły;).

      Usuń
  23. Ten ryż z mango zachwyca mnie za każdym razem jak go widzę. I te lody kokosowe - cudowne!
    Z tymi ciuchami to Cię rozumiem - ja byłam zachwycona biżuterią w Tunezji z której niedawno wróciłam i wybór był taki, że w końcu nie wzięłam nic...
    A Champ... widać, że to chodząca "pozytywna wibracja". Takich ludzi jak najwięcej w codziennym życiu życzę sobie i Tobie i sobie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! Ja czasowo to wszystko źle rozegrałam i przez to wyszłam z targu z niczym;).

      Usuń
  24. Nie mam pojecia jak sie to miejsce nazywa, my na nie mowimy 'vintage market' albo 'train station market' i nikt nigdy nie wie o co chodzi:-)Widze,ze zupa z fishballs. Nie lubie okrutnie, bo zazwyczaj jest to 'pot noodle' czyli czyste msg. Z cukrem. Bylam dzis na Chatuchak i zaluje,ze nie mam 150 cm:-) Wszystkie napoje, ktore pokazalas moglyby dla mnie nie istniec (tak jak desery):-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No przecież mówiłaś mi nie raz o swojej miłości do fish balls!:D Tylko nie o nie tutaj chodzi, bo sama zupa i nudle były super. I w ogóle to niedawno zrobiłam mały research na temat fish balls i nie znalazłam nic tak złego jak się spodziewałam. Nie było też na ich temat wyjątkowo dużo informacji więc dalej pozostają dla mnie małą zagadką.

      Usuń
    2. Zup nie lubie. No moze blood soup od czasu do czasu, ale te moglyby dla mnie nie istniec. Fish balls sa rowniez podstawa diety w Chinach. Ja juz widze te fabryczne odpadki mielone gdzies na zapleczach:-)

      Usuń
  25. Ula... czy Ty się czasem nie podkochujesz w tym Champie... :):):)?
    Jakoś tak to czuć z tego posta:)?
    Pozdrawiam:)
    A.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, ale przed wyjazdem Champa do Tajlandii byliśmy sobie bardzo bliscy...

      Usuń
  26. cześć Ula!
    wspominałaś kiedyś, albo nie, ale coś takiego pamiętam, że dodajesz tutaj zdjęcia z Flickr...
    mogłabyś napisać, jak to działa? bo załadowałam tam parę zdjęć, ale nie umiem ich zamieścić na blogu...
    dzięki dzięki dzięki !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dodawałam do czasu przeprowadzki do Anglii bo tutaj miałam przez większość roku zablokowany dostęp do Flickr, ponadto skończył mi się okres płatnego konta i mam już ograniczoną liczbę zdjęć, które mogę dodać. Jeśli więc nie masz zamiaru wykupić konta PRO, to polecam jednak dodawać zdjęcia przez Bloggera, tak jak robię to ja.

      Usuń
  27. Ula, naprawdę inspirujesz !
    niecałe 2 lata temu natknęłam się na Twojego bloga, czytam go regularnie i coraz bardziej spodobał mi się Twój tryb życia (w sumie to trochę przypomina mój - życie od podróży do podróży, nauka z konieczności na szarym końcu.. :D) tyle że ja jak narazie pozwalałam sobie na latanie po Europie.
    Dzięki Tobie dowiedziałam się o Cultural Care, wiele nie myśląc odłożyłam pieniądze które dostałam na 18stke, wypełniłam aplikację, a w lipcu wyjeżdżam do USA, rodzinka już znaleziona! Będę mieszkała bardzo blisko Nowego Jorku, także nie zdziw się jeśli od czasu do czasu napiszę do Ciebie wiadomość z pytaniem czy prośbą o informacje odnośnie różnych miejsc, sytuacji itp.. :)
    Obyś w dalszym ciągu spełniała swoje marzenia i inspirowała jeszcze więcej ludzi, dzięki!

    Agata

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Świetnie, dzięki za podzielenie się!
      Wczoraj dostałam maila od Ewy, która jest już w Stanach jako au pair, bardzo jej się podoba i właśnie w dużej mierze mój blog przyczynił się do jej decyzji. Ponadto z Polski leciała jeszcze jedna dziewczyna i też powiedziała Ewie, że m.in dzięki mnie zdecydowała się na bycie au pair. Haha;)

      Usuń
  28. Jesteś dla mnie inspiracją.... :)
    Ostatnio przeglądałam stare posty i natrafiłam na postać Tima, czy masz z nim jeszcze jakiś kontakt? Wydawało się, że nadajecie na tych samych falach:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Aniu:).
      Mam z Timem kontakt, ale nie piszemy do siebie często. I zgadza się, nadawaliśmy na tych samych falach:).

      Usuń
  29. Ula, pytanie z zupełnie innej beczki. Lecę w czerwcu do Azji i przy rezerwowaniu biletów, wiadomo taniej z przesiadką. Skyscanner daje mi 1h 15min na tranzyt w Rzymie (wiadomo to samo lotnisko, ale trzeba odebrać bagaż, nadać go znowu etc.) Myślisz, że to wykonalne? Nie chcę się stresować, wydaje mi się to dosyć krótki okres czasu, a może linie lotnicze (w tym wypadku Alitalia) załatwiają to za Ciebie?

    Byłabym bardzo wdzięczna za szybką odpowiedź :) Pozdrawiam cieplutko!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to wykonalne, samej zdarzało mi się robić podobnie, tylko oczywiście nie może być na drodze przeszkód typu opóźnienie lotu, duże kolejki do security gates.
      A co to za linie poza Alitalia? Bo rozumiem, że nie chodzi o przesiadkę w tej samej linii, jako jeden bilet?

      Usuń
    2. No właśnie oba loty to Alitalia więc miałam nadzieję, że może oni po prostu zajmą się bagażem bo przecież jedna kontrola powinna wystarczyć. Wiem, że pytanie może trochę dziecinne, ale nie mogłam znaleźć informacji na stronie :P

      Duże dziękuję za odpowiedź!

      Usuń
    3. Aaaaaa, to luuuuz! Przesiadając się na jednym bilecie bagaż odbierasz dopiero na samym końcu podróży. W takiej sytuacji nie masz się czym stresować, bo nawet gdybyś spóźniła się na drugi lot z powodu np. spóźnienia pierwszego samolotu, to linie za darmo umieszczą się na kolejny;).

      Usuń
    4. Zresztą gdyby linie uważały, że 1:15h nie wystarczy Ci na transfer, to nie stworzyłyby opcji takiej przesiadki;).

      Usuń
    5. Suuuper! Ulka, strasznie Ci dziękuję! :) Już się stresowałam bo za nic nie mogłam znaleźć lotów, przy których opcja przesiadki nie obejmowała by albo około godziny albo od razu nocy na lotnisku!

      Wielkie dzięki :) I pewnie się jeszcze odezwę bo też się wybieram do Japonii w tym roku i chętnie wymienię wskazówki/porady :)

      Pozdrawiam,

      Buka

      Usuń
  30. To niesamowite, że zaczęłaś niedawno studia a już zdążyłaś w swoim życiu zwiedzić tyle niesamowitych miejsc. Zazdroszczę.
    Jednocześnie czytając Twojego bloga można choć poczuć namiastkę twojej przygody :)

    OdpowiedzUsuń
  31. Świetna relacja z podróży, naprawdę bardzo przyjemnie się to czyta, no i oczywiście ogląda:) a do tego te jedzenie - wygląda bardzo pysznie! Zazdroszczę odwagi i konsekwencji w dążeniu do realizacji marzeń:) Myślę, że też tam się kiedyś wybiorę... Pozdrawiam!

    http://wearingpinkglasses.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń