Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tasmania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tasmania. Pokaż wszystkie posty

24 lut 2013

Początek roku w buszu i pierwsze spotkanie z diabłem tasmańskim.

Po festiwalu z przyjemnością wróciłam do domu państwa Feher. Kilka dni szaleństwa, głośnej muzyki, krótkich nocy, a potem ostatnie dwa dni na Tasmanii spędzone w środku buszu.
Za drugim razem już czułam się jakbym przyjechała na wieś do rodziny.
Przed festiwalem rozmawialiśmy o kuchni węgierskiej i wspomniałam, że bardzo lubię węgierską zupę rybną halaszle. Kiedy wróciłam po festiwalu, w lodówce czekał już na mnie ugotowany przez pana Feri gar zupy, ze świeżo złowionymi rybami. Na wiadomość o tym od razu zaświeciły mi się oczy.
Za każdym razem, kiedy siadaliśmy do stołu, nie wstawaliśmy od niego przez co najmniej następne dwie godziny. Każdy posiłek kończył się odpięciem guzika w spodniach, nie było wyjścia. Pomijając pyszne jedzenie, największą frajdę miałam ze słuchania opowieści o życiu w tasmańskim buszu, które tam były codziennością, a mnie kojarzyły się prędzej z Animal Planet. Od historii związanych z dziwnymi ptakami, nietoperzami, po węże i walabie jak historia Skippy'ego.
Sama miałam szczęście, kiedy wjeżdżając któregoś razu na podwórko zauważyłam stworzenie, którego nie widziałam nigdy wcześniej. Wysiadłam z samochodu, żeby zrobić mu zdjęcie. Była nim echidna, po polsku zwana chyba kolczatką. Wygląda jak duży jeż i ma śmieszny podłużny ryjek. Miesiąc później oglądałam tego samego zwierzaka w BBC South Pacific. 
Tak mi było dobrze w tym domu, że za nic w świecie nie chciałam wyjeżdżać. Spędziłam tam wymarzony Nowy Rok. Nigdy nie lubiłam tego dnia w Polsce. Budzisz się po Sylwestrze w południe, kilka godzin przed zachodem słońca. Za oknem jest szaro albo biało i nie widać żywej duszy na ulicy. Najczęściej masz doła, bo właśnie kończy ci się przerwa świąteczna i na drugi dzień musisz wracać do szkoły lub pracy.
Ja 1 stycznia 2013 roku cieszyłam się latem w ogrodzie. Zrywałam z krzaków maliny, jagody i truskawki, które jeszcze nigdy nie smakowały tak dobrze jak wtedy. Wystawiałam twarz do słońca i śmiałam się sama do siebie, bo wszystko było dokładnie takie, jak być powinno.
Kolczatka najpierw całkowicie zwinęła się w kulkę, ale później wystawiła pyszczek i dała sobie zrobić zdjęcie.
Untitled
Untitled Wspomniana zupa rybna. Tak mi smakowała, że zjadłam ją na nawet śniadanie w dzień wyjazdu, żeby nacieszyć się smakiem na zapas.Untitled Pan Feri z wykształcenia jest winiarzem. Tego dnia otworzył do kolacji butelkę wina własnej produkcji z 93' roku, super! Nie jestem koneserką alkoholi, ale muszę przyznać, że później spróbowałam też najlepszego wina, jakie w życiu piłam. Sauvignon blanc z południa Tasmanii. Podobno trzy miejsca na świecie słyną ze szczególnie dobrego Sauvignon blanc- Nowa Zelandia, RPA i Tasmania.Untitled Najedzone poszłyśmy z panią Asią i Azą spalić trochę kalorii spacerując po buszu. Aż nie chciało mi się wierzyć, że ten dziki, zarośnięty las jest częścią posiadłości.Untitled Untitled
Untitled

Na śniadanie karmiono mnie nawet kwiecistymi kanapkami z nasturcją, którą sam Skippy bardzo lubi podjadać w ogrodzie.
Untitled Drugiego stycznia po śniadaniu, państwo Feher zabrali mnie do niedużego, prywatnego zoo niedaleko Launceston, jednego z większych miast Tasmanii.
Untitled
Przez większość życia myślałam, że diabeł tasmański to tylko legenda, ale w końcu zobaczyłam go na własne oczy. Pani Asia mówiła, że można spotkać je na ich posiadłości, ale trzeba mieć szczęście. Niestety w ostatnich kilkudziesięciu latach populacja zmalała o ponad połowę, a w 1996 naukowcy odkryli tego przyczynę. Jest nią DFTD, rak pyska diabła, który masowo dotyka ten gatunek zwierząt i nie wiadomo jak to powstrzymać. Od 2008 diabeł tasmański znajduje się na liście gatunków zagrożonych wyginięciem.
Untitled Na poprzednim zdjęciu diabeł wygląda całkiem słodko, ale w rzeczywistości jest raczej agresywny, co najlepiej zobaczyłam przy karmieniu. Obłędne dźwięki jakie wydawały wtedy diabły przypominały trochę kreskówkowego Taza.Untitled Emu i jego czerwone oko nie wyglądają zbyt przyjaźnie.Untitled Za to walabia z małym w torbie była jedną z najsłodszych rzeczy jaką kiedykolwiek widziałam. Nie mogłam przestać się zachwycać.Untitled Untitled Cudo!Untitled W zoo było bardzo dużo gatunków ptaków, których nigdy wcześniej nie widziałam, chociaż akurat taką papugę można zobaczyć pewnie w większości europejskich ogrodów zoologicznych.Untitled Zainteresowała mnie i zasmuciła historia tygrysa tasmańskiego, który dziś jest już wymarłym gatunkiem. W Australii i Nowej Gwinei wyginął ponad 2000 lat temu, ale na Tasmanii żył do XX wieku. Kiedy wyspa została na dobre zasiedlona, zaczęto traktować go jak szkodnika, który zabijał drób i ludzie na niego polowali. Był największym drapieżnym torbaczem. Ostatni tygrys zmarł 7 września 1936 roku, a dzisiaj ten dzień jest w Australii dniem zagrożonych gatunków.Untitled Z zoo pojechaliśmy pospacerować po ogrodach Launceston i terenach nad rzeką.Untitled Basen miejski, w którym miałam ochotę popływać, bo było upalnie.Untitled Untitled Untitled Byłam zaskoczona, że w mieście, całkiem blisko centrum znajduje się takie miejsce. Czułam się jakbyśmy byli w górach. Untitled Untitled Untitled Urząd miasta wynajmuje ten domek lokalnym artystom. Można przeprowadzić się tu np. na czas pisania książki i korzystać z uroków otoczenia.
Untitled
Nie jestem fanką pavlovej, ale australijska wersja smakowała mi bardziej. Do tego za każdym razem przed zjedzeniem kawałka chodziłam do ogrodu po truskawki, maliny i borówki amerykańskie i dodatkowo zapełniałam nimi talerz.Untitled W ogrodzie rosły warzywa i owoce, za płotem żyły sobie też kury.Untitled Opuszczałam ten dom ze łzami w oczach, ale miałam w głowie wypowiedziane dzień wcześniej przez panią Asię "jak przyjedziesz następnym razem...". Takie uspakające planowanie moich następnych odwiedzin, jakby ten dom nie znajdował się kilkanaście tysięcy kilometrów od miejsca w którym teraz jestem, tylko w pobliskiej miejscowości:).

To już ostatni post z Tasmanii, choć nie koniec podróży bo mam jeszcze do dodania zdjęcia z Sydney, ale na razie zrobię przerwę. W kolejnych postach pojawi się Paryż, a później Nowy Jork.

21 lut 2013

Przywitanie Nowego Roku na Tasmanii.

Organizatorzy festiwalu nie zaplanowali najlepiej programu koncertów. Od Sylwestra bardziej udana była noc wcześniej. Sobotni wieczór z koncertami zaczęliśmy około 20 i tak się roztańczyliśmy do Totally Enormous Extinct Dinsours, Sampology, Two Doors Cinema Club i kilku innych zespołów, że zatrzymaliśmy się po 3 w nocy. Nie pamiętam czy kiedykolwiek przetańczyłam 7h, ale tamtej nocy chyba odbiłam sobie za całkowicie przesiedzianą w domu jesień.
W niedzielne przedpołudnie bardzo dobrze bawiłam się przy Django Django, grali tak, że nikt nie potrafił ustać w miejscu. Angus Stone trochę mnie nudził, chociaż Katie, jego fance, podobało się bardzo. Popołudnie i sylwestrowy wieczór do tańca nie porywały. Beach House, których lubię, niekoniecznie sprawdzili się na żywo. Muzycznie usypiali i nawet te kawałki, które należą do moich ulubionych, nie nastrajały odpowiednio. Ale najgorsze nadeszło wraz z The Flaming Lips. Poza efektami specjalnymi, nie podobało mi się nic, a wokalista był po prostu straszny. Niestety to oni byli ostatnim zespołem grającym przed Nowym Rokiem. Samo przywitanie 2013 też większego wrażenia nie zrobiło, ale później było jeż lepiej. Zagrali Hot Chip, za nimi Boy&Bear a najbardziej podobał mi się ostatni koncert, SBTRKT.

Trzy dni minęły jak jeden, czułam się jakbym znała tych ludzi od lat, a w rzeczywistości było to kilka dni. Miałam niesamowite szczęście, że udało mi się spędzić Falls w tak dobrym, zgranym i wesołym towarzystwie. Chyba po raz pierwszy zdarzyło mi się coś takiego, bo znalezienie grupy znajomych w jeden dzień do łatwych zadań raczej nie należy. W San Francisco spędziłam rok, w Nowym Jorku też i miałam tam raczej pojedynczych znajomych.
Byłam trochę zła na to, że pewnie już nigdy się w takim składzie nie spotkamy. Poznałam ludzi, z którymi mogłabym spotykać się regularnie, imprezować, dzielić się wrażeniami z podróży. Były tam nawet osoby, które stałyby się moimi przyjaciółmi, gdybyśmy mieszkali w tym samym miejscu. No ale niestety, mogę najwyżej zadowolić się kolejnymi internetowymi znajomymi na innym kontynencie i liczyć, że mnie odwiedzą, ja ich, albo spotkamy się w jeszcze innym miejscu. Z kilkoma osobami na 100% nie widziałam się po raz ostatni.


Untitled Gerard, Ted, Steve, UlaUntitled Pole namiotowe.Untitled Untitled Inna wesoła grupka. Untitled Lisa i Steve poznali się podróżując po Ameryce Centralnej. Tak się w sobie zakochali, że Lisa przeniosła się dla Steve'a do Australii. Spędziła tam ponad rok, niedawno Steve zostawił pracę, do kwietnia jeżdżą vanem po Australii, a później zamierzają przenieść się do Danii, bo Lisa chce zacząć studiować, a Steve poszuka tam pracy. Powiedzieliśmy sobie, że koniecznie musimy spotkać się w Europie, najlepiej na Roskilde czy Openerze;).

 Panoramiczna fota Matta.
Untitled Untitled The Vaccines.
 

 
 Tę fotę wrzucałam już na FB, czyli ja i obcy chłopak, który ustawił się do zdjęcia, podczas gdy ja nie miałam o tym pojęcia i wyszliśmy jak para dobrych przyjaciół.
 
Matt brał mnie czasami na barana, ale raz zobaczyłam obok siebie ponad dwumetrowego chłopaka. Spytałam ile ma wzrostu, poskarżyłam się na swój i spytałam się czy pokaże mi świat ze swojej perspektywy. Posadził mnie na barkach i kuuurcze, to było COŚ! Nagle byłam najwyższa ze wszystkich zgromadzonych ludzi;) 


UntitledMyślałam, że ceny jedzenia będą kosmicznie wysokie, ale nie było tak źle, raczej przeciętnie jak na Australię. Do tego był duży wybór smacznych dań i przekąsek z różnych kuchni.
 W niedzielny wieczór do sceny głównej przeszedł korowód i było śpiewanie "Happy Birthday" z okazji 20-tej rocznicy festiwalu.

Kiedy obudziliśmy się rano w Nowy Rok padał deszcz. Wracałam z Liamem, Dannym, Gerardem, Katie i zadecydowali, że pakujemy się szybko i wyjeżdżamy, zanim zrobi się ogromna kolejka do opuszczenia campingu. Pożegnaliśmy się z resztą i ruszyliśmy.
Zabawna sytuacja spotkała nas w drodze. Siedząca obok mnie Katie w pewnym momencie zaczęła krzyczeć "Oh my god! Oh my god!!!" Spytaliśmy się co się stało, powiedziała, że dostała smsa od Angusa Stone'a. Nie wzięłam tego na poważnie, ale ekipa opowiedziała mi zaraz co się zdarzyło dzień wcześniej. Katie miała zamiar rzucić na scenę maskotkę w trakcie jego koncertu. Liam zażartował, żeby dołączyła jakąś notkę ze swoim numerem telefonu. Katie nie mogła nic wymyślić, więc Liam zrobił to za nią. (Muszę wcześniej wyjaśnić, że Angust Stone jest wegetarianinem). Katie napisała to, co podyktował jej Liam: "I want to be the one to pick the tofu from your beard..." i w trakcie koncertu tekst poleciał na scenę.
Na festiwalu nikt nie miał zasięgu w telefonach, ale wrócił, kiedy oddaliliśmy się od Marion Bay. I wtedy Katie przeczytała wiadomość "Hey, I got your note. Come and hang out backstage, Angus". Nie wiem czy był to rzeczywiście Angus czy ktoś z jego ekipy, ale za wiele osób nie miało tam wstępu, a on jest takim wyluzowanym facetem, że w sumie nie zdziwiłabym się gdyby rozbawił go ten tekst i zdecydował się poznać autorkę;).

W miasteczku w którym zatrzymaliśmy się na śniadanie był sklep z antykami a w sklepie bokser, w którym zakochałam się od pierwszego wejrzenia.

Okazało się, że to suczka, ma kilka miesięcy i należy do właściciela sklepu. Drugi bokser spał pod stołem w innym miejscu.
Przytulaniu nie było końca, a ja miałam ochotę zabrać ją ze sobą!
 W końcu dojechaliśmy do Perth gdzie wysiadałam razem z Katie, a Liam, Danny i Gerard jechali na północ, żeby zdążyć na prom do Melbourne. Przyszedł czas pożegnania.
Liam robi właśnie kurs nauczyciela angielskiego, bo ma zamiar przenieść się za jakiś czas do Meksyku. Był tam rok na wymianie ze studiów, kraj go oczarował, podróżował po Ameryce Centralnej i chce wrócić w tamte strony. Poza tym od dziecka surfuje, a Meksyk ma na to świetne warunki.
Zapowiedziałam, że spotkamy się tam któregoś dnia, no bo jak inaczej?