Wygląda na to, że Blogger uporał się ze problemami technicznymi i znowu możecie komentować.
Dodaję kilka zdjęć zrobionych Pentaxem z mojej kwietniowej wizyty w Waszyngtonie.
Na fotach pojawia się Kasia, która już nie mieszka w DC, a w Milwaukee, ale na początku sierpnia wybieramy się razem do Chicago na festiwal muzyczny Lollapalooza. Zapowiada się dużo dobrej muzyki, ale też kilka problemów. Organizatorzy nie zapewniają pola namiotowego, noclegi w hostelach już są zajęte, CS odpada z podobnych powodów, a hotele oferują na ten okres kosmiczne ceny. Trochę odechciało mi się jechać przez wydatki jakie mnie czekają albo przez wizje spania na ulicy czy w samochodzie. Nie macie może jakichś znajomych w Chicago, najlepiej mieszkających niedaleko Grant Park?;))
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Washington. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Washington. Pokaż wszystkie posty
1 cze 2011
26 kwi 2011
The White House and Ben's Chili Bowl.
To już ostatni post z Waszyngtonu.
Miasto jest całkiem fajne i pewnie wrócę tam jeszcze, żeby zrobić to, czego nie udało mi się tym razem.
Centrum DC nie mogę chyba porównać do żadnego amerykańskiego miasta, które widziałam do tej pory. Ma w sobie coś europejskiego, brak w nim wysokich wieżowców, ale odległości przypominają, że to jednak USA. Przez dużą ilość budynków rządowych, pomników, muzeów nie zabrakło u mnie wrażenia sterylności i nudy, ale klimatyczne zakątki też można tam znaleźć.

Wiosną odbywa się w mieście Festiwal Kwitnących Wiśni, na które spóźniłam się kilka tygodni. Wiśnie już przekwitły, ale niektóre drzewa jeszcze nie.

Zachciało mi się wejść na drzewo.

Jak byłam mała to uwielbiałam chodzić po drzewach. Zresztą do dzisiaj lubię, tylko już tego za bardzo nie praktykuję;).

Na jakiś czas rozstałam się z Kasią, bo musiała wrócić na chwilę do domu. Pojechałam zobaczyć Biały Dom, tutaj od strony ogrodu, która najczęściej pokazywana jest w mediach.

A to Biały Dom od strony wejścia, skąd widać go znacznie lepiej.

Wygląda na to, że pierwsze okno od prawej na pierwszym piętrze, to musi być kuchnia, bo widziałam tam krzątającego się kucharza w charakterystycznej czapce;). Gabinety Obamy znajduje się podobno w lewym skrzydle.
Strajkujący przed bramą.


Później pojechałam do najbardziej lubianej przez Kasię dzielnicy- Georgetown i mi chyba też podobało się tam chyba najbardziej. Niestety nie mogłam spędzić w niej dużo czasu, mam nadzieję, że wrócę następnym razem.

Jadąc w kolejne miejsce przejeżdżałam przez osiedle domów w Georgetown. Były piękne, ten czerwony skojarzył mi się np. ze Skandynawią.


Adres tego miejsca zapisałam sobie w telefonie jeszcze przed wyjazdem do Stanów. Wszystko przez to, że oglądałam kiedyś odcinek "No Reservations" z Waszyngtonu i wiedziałam, że będę musiała odwiedzić to miejsce.

Ben's Chili Bowl jest restauracją znajdującą się w dzielnicy Shaw, serwującą fast food od 1958 roku. Przeszła wiele w historii swojego istnienia, gościła też takich gości jak Martin Luther King Jr, Nat King Cole, Elle Fitzgerald czy Bill Cosby.
Kiedy w 1968 zamordowany został M.L.K. Jr., Waszyngton sparaliżowały zamieszki. Rozruchy obejmowały głównie rejony zamieszkiwane przez Afroamerykanów, w tym okolice restauracji. Przez trzy dni większość miejsc w stolicy była zamknięta, ale Ben's pozostał otwarty po godzinie policyjnej dla aktywistów, strażaków i ludzi próbujących zaprowadzić w mieście porządek. Po zakończeniu zamieszek, Shaw była w opłakanym stanie i restauracja musiała zostać zamknięta. Powróciła po przerwie. W latach 1975-85, dzielnica pełna była narkomanów, a Ben's ograniczyło liczbę pracowników do jednego. Kolejną napotkaną trudnością była budowa metra w okolicy na początku lat 90tych. Wszystkie okoliczne interesy upadły, a w Ben's Chili Bowl żywili się robotnicy. Z roku na rok, restauracja radziła sobie coraz lepiej, a dzisiaj jest "zabytkiem" DC i przynosi wysokie dochody.


Daniem popisowym jest tam Chili half-smoke. To hot dog z wieprzowo-wołową parówką, bułką, musztardą, cebulą i domowym ostrym sosem chili. Niestety niczego tam nie spróbowałam. Kolejka była za długa, spieszyłam się na autobus do NY i umierałam z pragnienia, a nie głodu. To jest jeden z powodów dla których muszę wrócić do tego miasta;).



Na sam koniec zatrzymałyśmy się na mrożony jogurt, a później musiałam już wracać do NY.
Miasto jest całkiem fajne i pewnie wrócę tam jeszcze, żeby zrobić to, czego nie udało mi się tym razem.
Centrum DC nie mogę chyba porównać do żadnego amerykańskiego miasta, które widziałam do tej pory. Ma w sobie coś europejskiego, brak w nim wysokich wieżowców, ale odległości przypominają, że to jednak USA. Przez dużą ilość budynków rządowych, pomników, muzeów nie zabrakło u mnie wrażenia sterylności i nudy, ale klimatyczne zakątki też można tam znaleźć.
Wiosną odbywa się w mieście Festiwal Kwitnących Wiśni, na które spóźniłam się kilka tygodni. Wiśnie już przekwitły, ale niektóre drzewa jeszcze nie.
Zachciało mi się wejść na drzewo.
Jak byłam mała to uwielbiałam chodzić po drzewach. Zresztą do dzisiaj lubię, tylko już tego za bardzo nie praktykuję;).
Na jakiś czas rozstałam się z Kasią, bo musiała wrócić na chwilę do domu. Pojechałam zobaczyć Biały Dom, tutaj od strony ogrodu, która najczęściej pokazywana jest w mediach.
A to Biały Dom od strony wejścia, skąd widać go znacznie lepiej.
Wygląda na to, że pierwsze okno od prawej na pierwszym piętrze, to musi być kuchnia, bo widziałam tam krzątającego się kucharza w charakterystycznej czapce;). Gabinety Obamy znajduje się podobno w lewym skrzydle.
Strajkujący przed bramą.
Później pojechałam do najbardziej lubianej przez Kasię dzielnicy- Georgetown i mi chyba też podobało się tam chyba najbardziej. Niestety nie mogłam spędzić w niej dużo czasu, mam nadzieję, że wrócę następnym razem.
Jadąc w kolejne miejsce przejeżdżałam przez osiedle domów w Georgetown. Były piękne, ten czerwony skojarzył mi się np. ze Skandynawią.
Adres tego miejsca zapisałam sobie w telefonie jeszcze przed wyjazdem do Stanów. Wszystko przez to, że oglądałam kiedyś odcinek "No Reservations" z Waszyngtonu i wiedziałam, że będę musiała odwiedzić to miejsce.
Ben's Chili Bowl jest restauracją znajdującą się w dzielnicy Shaw, serwującą fast food od 1958 roku. Przeszła wiele w historii swojego istnienia, gościła też takich gości jak Martin Luther King Jr, Nat King Cole, Elle Fitzgerald czy Bill Cosby.
Kiedy w 1968 zamordowany został M.L.K. Jr., Waszyngton sparaliżowały zamieszki. Rozruchy obejmowały głównie rejony zamieszkiwane przez Afroamerykanów, w tym okolice restauracji. Przez trzy dni większość miejsc w stolicy była zamknięta, ale Ben's pozostał otwarty po godzinie policyjnej dla aktywistów, strażaków i ludzi próbujących zaprowadzić w mieście porządek. Po zakończeniu zamieszek, Shaw była w opłakanym stanie i restauracja musiała zostać zamknięta. Powróciła po przerwie. W latach 1975-85, dzielnica pełna była narkomanów, a Ben's ograniczyło liczbę pracowników do jednego. Kolejną napotkaną trudnością była budowa metra w okolicy na początku lat 90tych. Wszystkie okoliczne interesy upadły, a w Ben's Chili Bowl żywili się robotnicy. Z roku na rok, restauracja radziła sobie coraz lepiej, a dzisiaj jest "zabytkiem" DC i przynosi wysokie dochody.
Daniem popisowym jest tam Chili half-smoke. To hot dog z wieprzowo-wołową parówką, bułką, musztardą, cebulą i domowym ostrym sosem chili. Niestety niczego tam nie spróbowałam. Kolejka była za długa, spieszyłam się na autobus do NY i umierałam z pragnienia, a nie głodu. To jest jeden z powodów dla których muszę wrócić do tego miasta;).
Na sam koniec zatrzymałyśmy się na mrożony jogurt, a później musiałam już wracać do NY.
22 kwi 2011
Captain White Seafood Market.
Jedym z miejsc, które najbardziej podobało mi się w Waszyngtonie nie było muzeum, pomnik czy jeszcze inna atrakcja turystyczna, był nim miejski targ ryb i owoców morza.
Pamiętałam go z "No Reservations", gdzie Anthony Bourdain wybrał się przy okazji kręcenia odcinka w Waszyngtonie.
Zrobiłam tam trochę zdjęć, więc postanowiłam poświęcić na to odrębnego posta, w sam raz na bezmięsny Wielki Piątek;).


Po długiej jeździe na rowerze, pierwsze co musiałyśmy zrobić kiedy dotarłyśmy na targ to napić się chłodnej lemoniady.

Krewetkom zrobiłam też zdjęcie iPhonem i razem z pozdrowieniami z D.C. wysłałam do nawiększego ich miłośnika- Tima;).

Langusty, raki, kojarzą mi się z kuchnią Nowego Orleanu.

Fajny to był pan i jeszcze przypadkowo obrócił się kiedy robiłam mu zdjęcie i spojrzał w obiektyw.

Na przystawkę zamówiłam sobie porcję ostryg.


Butelki z sosami i keczupem wbrew pozorom podpowiadały, że serwują tu dobre jedzenie.

Nieczęsto mam okazje jeść ostrygi, a te były tak świeże, że ciężko było mi ich sobie odmówić.

Na danie główne zamówiłyśmy kanapkę z krewetkami, ale o dziwo nie była to klasyczna kanapka;).

Krewetki, frytki, sosy i porcja jak dla trzech osób;). Wszystko bardzo dobre, nawet smakowało Katarzynie, z która bardzo wiele mnie łączy, ale w kwestii jedzenia całkowicie się od siebie różnimy;).

Siedziałyśmy sobie na murku nad wodą, pogoda była piękna, a mój humor świetny.

Kolejna lemoniada, tym razem truskawkowa.

Na koniec przeszłam się po targu i zrobiłam kilka zdjęć.

Wielkie krabie odnóża.


Istny raj! Cóż za piękne i ogromne krewetki...


Piękne kraby błękitne.

Podobało mi się, że cały targ był na wodzie.


Pamiętałam go z "No Reservations", gdzie Anthony Bourdain wybrał się przy okazji kręcenia odcinka w Waszyngtonie.
Zrobiłam tam trochę zdjęć, więc postanowiłam poświęcić na to odrębnego posta, w sam raz na bezmięsny Wielki Piątek;).
Po długiej jeździe na rowerze, pierwsze co musiałyśmy zrobić kiedy dotarłyśmy na targ to napić się chłodnej lemoniady.
Krewetkom zrobiłam też zdjęcie iPhonem i razem z pozdrowieniami z D.C. wysłałam do nawiększego ich miłośnika- Tima;).
Langusty, raki, kojarzą mi się z kuchnią Nowego Orleanu.
Fajny to był pan i jeszcze przypadkowo obrócił się kiedy robiłam mu zdjęcie i spojrzał w obiektyw.
Na przystawkę zamówiłam sobie porcję ostryg.
Butelki z sosami i keczupem wbrew pozorom podpowiadały, że serwują tu dobre jedzenie.
Nieczęsto mam okazje jeść ostrygi, a te były tak świeże, że ciężko było mi ich sobie odmówić.
Na danie główne zamówiłyśmy kanapkę z krewetkami, ale o dziwo nie była to klasyczna kanapka;).
Krewetki, frytki, sosy i porcja jak dla trzech osób;). Wszystko bardzo dobre, nawet smakowało Katarzynie, z która bardzo wiele mnie łączy, ale w kwestii jedzenia całkowicie się od siebie różnimy;).
Siedziałyśmy sobie na murku nad wodą, pogoda była piękna, a mój humor świetny.
Kolejna lemoniada, tym razem truskawkowa.
Na koniec przeszłam się po targu i zrobiłam kilka zdjęć.
Wielkie krabie odnóża.
Istny raj! Cóż za piękne i ogromne krewetki...
Piękne kraby błękitne.
Podobało mi się, że cały targ był na wodzie.
21 kwi 2011
Washington D.C.
Naszym sposobem zwiedzania Waszyngtonu była jazda na rowerach na mieście. Był to świetny pomysł, bo główne atrakcje turystyczne miasta, chociaż wydają się być blisko siebie, nie są.
Dzięki temu zobaczyłam więcej, miałam frajdę z samej jazdy i tylko mogły ucierpieć na tym trochę zdjęcia.
Relację podzieliłam na dwie części.

W niedziele wstałyśmy wcześnie, żeby udało mi się w końcu co nieco zobaczyć. Host mama przyniosła nam ciepłe bułeczki cynamonowe....mniam! Przy okazji może napiszę, że host mama Kasi pracuje w Pentagonie, jest majorem i lata helikopterami.

John Lennon- skomentowała Katarzyna.

Kasia pakowała się na swoją wyprawę do Kalifornii.

Podobał mi się jej pokój, to połączenie różu z mocnym odcieniem niebieskiego fajnie ze sobą współgrało.

Metrem dojechałyśmy do stacji z rowerami.

Naszym planem było wypożyczenie rowerów na cały dzień za 5$, Kasia takim sposobem pokazywała Waszyngton mamie. Na drugi dzień okazało się, że z naszych kart potrącone zostało 75$, bo jeśli chce się zapłacić tylko 5$, to trzeba zmieniać je co 30min (stacji w całym mieście jest bardzo dużo). Kasi się to wcześniej nie przytrafiło, ale zadzwoniłyśmy do Capital Bikeshare i powiedziano nam, że jeśli o tym nie wiedziałyśmy, to zwrócą nam pieniądze i żeby w przyszłości nie zrobić już tego błędu. Podoba mi się, jak w Stanach wyjątkowo łatwo jest o reklamacje, z czym nie spotkałam się w żadnym innym kraju.

Trasą rowerową przejeżdżałyśmy obok lotniska i jechałyśmy wzdłuż rzeki.

Zabrałyśmy wszystko z domo, bo Kasia zna muzeum, w którym można zostawić w szafkach rzeczy na cały dzień, aż do zamknięcia muzeum.

Kapitol, siedziba Kongresu USA, czyli amerykański parlament.



Pomnik Waszyngtona, upamiętniający prezydenturę George'a Washingtona.

Żałowałam, że nie wzięłam filtra polaryzacyjnego, bo zdjęcia wyszłyby dużo lepiej.


A to z kolei Pomnik Lincolna.

Wewnątrz znajduje się jego posąg.

Jeden z moich niewielu sposobów, żeby korzystnie wyjść na zdjęciu. Tak się składa, że obrót przez prawe ramię zawsze u mnie działa;).
Katarzynie oczywiście nie chciało wchodzić się po raz kolejny po schodach, żeby zobaczyć posąg, więc zaczekała na mnie na dole, wcinając Haribo;).
Dzięki temu zobaczyłam więcej, miałam frajdę z samej jazdy i tylko mogły ucierpieć na tym trochę zdjęcia.
Relację podzieliłam na dwie części.
W niedziele wstałyśmy wcześnie, żeby udało mi się w końcu co nieco zobaczyć. Host mama przyniosła nam ciepłe bułeczki cynamonowe....mniam! Przy okazji może napiszę, że host mama Kasi pracuje w Pentagonie, jest majorem i lata helikopterami.
John Lennon- skomentowała Katarzyna.
Kasia pakowała się na swoją wyprawę do Kalifornii.
Podobał mi się jej pokój, to połączenie różu z mocnym odcieniem niebieskiego fajnie ze sobą współgrało.
Metrem dojechałyśmy do stacji z rowerami.
Naszym planem było wypożyczenie rowerów na cały dzień za 5$, Kasia takim sposobem pokazywała Waszyngton mamie. Na drugi dzień okazało się, że z naszych kart potrącone zostało 75$, bo jeśli chce się zapłacić tylko 5$, to trzeba zmieniać je co 30min (stacji w całym mieście jest bardzo dużo). Kasi się to wcześniej nie przytrafiło, ale zadzwoniłyśmy do Capital Bikeshare i powiedziano nam, że jeśli o tym nie wiedziałyśmy, to zwrócą nam pieniądze i żeby w przyszłości nie zrobić już tego błędu. Podoba mi się, jak w Stanach wyjątkowo łatwo jest o reklamacje, z czym nie spotkałam się w żadnym innym kraju.
Trasą rowerową przejeżdżałyśmy obok lotniska i jechałyśmy wzdłuż rzeki.
Zabrałyśmy wszystko z domo, bo Kasia zna muzeum, w którym można zostawić w szafkach rzeczy na cały dzień, aż do zamknięcia muzeum.
Kapitol, siedziba Kongresu USA, czyli amerykański parlament.
Pomnik Waszyngtona, upamiętniający prezydenturę George'a Washingtona.
Żałowałam, że nie wzięłam filtra polaryzacyjnego, bo zdjęcia wyszłyby dużo lepiej.
A to z kolei Pomnik Lincolna.
Wewnątrz znajduje się jego posąg.
Jeden z moich niewielu sposobów, żeby korzystnie wyjść na zdjęciu. Tak się składa, że obrót przez prawe ramię zawsze u mnie działa;).
Subskrybuj:
Posty (Atom)