Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Seattle. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Seattle. Pokaż wszystkie posty

8 lip 2010

"Grey's Anatomy" disappointment.

To już ostatni post z Seattle.


We wtorek rano, zanim pożegnałyśmy się z Mikiem, zrobiłam w jego domu kilka zdjęć.

Ogród z tyłu domu i hamak, o którym Mike wspomina nawet na swoim profilu na CS.

Kuchnia zawalona brudnymi naczyniami, czyli taki mały standard u studentów, choć Mike, Moly i Mark już nimi nie są;).

Dom z zewnątrz.

A ten różowy domek znajdował się na przeciwko.

Czekając na autobus.

Pojechałyśmy do Volunteer Park, który znajdował się przy cmentarzu z poprzedniego wpisu i który odwiedziłyśmy również dzień wcześniej, ale wyczytałyśmy, że ze znajdującej się tam wieży roztacza się piękny widok na miasto.

Okazało się to być nieprawdą, bo w oknach były kraty, a centrum i przysłaniały w większości drzewa.

Z parku poszłyśmy na pieszo do second handu, obok którego przechodziłyśmy dzień wcześniej, ale był już zamknięty. Mijałyśmy kolejne ładne domy.


Weszłyśmy do Safeway kupić lunch. Nie lubię zagracać miejsca w żołądku byle czym, więc zamiast kupić suchą bułę jak Jitka, kupiłam sushi, które okazało się być najgorszym jakie jadłam. W większości wyjadłam środek, a połowę ryżu wyrzuciłam.

Grey's Anatomy to jeden z moich ulubionych seriali. Przed wyjazdem do Seattle liczyłam, że znajdę w mieście serialowy Seattle Grace Hospital, więc wyobraźcie sobie mój zawód, kiedy wyczytałam w sieci, że zdecydowana większość serialu kręcona jest w Kalifornii. Powyższy Fisher Plaza (budynek telewizji ABC) używany jest tylko do kręcenia scen na dachu szpitala, do którego pacjenci przylatują helikopterem. Poniżej scena serialu nawiązująca do zdjęcia, a w 36-38sekundzie możecie zobaczyć budynek całkiem wyraźnie. Znajdujący się na szczycie napis "SGH" jest widoczny ze szczytu Space Needle.


Wjazd na szczyt Space Needle kosztował 17$, więc z niego zrezygnowałam. Panoramę dzień wcześniej oglądałam z 78 piętra Bank Of America Tower i to mi wystarczyło. Jitka jednak chciała koniecznie wjechać na szczyt więc dałam jej swój aparat i zrobiła nim kilka zdjęć.


Ja w tym czasie siedziałam na ławeczce pod wieżą, pilnowałam bagaży i gadałam z Timem;).

Popołudniu byłyśmy już w drodze do San Francisco.

Leciałyśmy moimi ulubionymi liniami, Virgin. Odkąd leciałam do San Diego pod koniec czerwca, na pokładzie pojawiły się pewne nowości. Uruchomiono chat, który umożliwia rozmowę z każdą osobą w samolocie, a do tego stworzono klawiaturę (chowaną w siedzeniu), która pełni również funkcję pada do gier.
Poza chatowaniem z Jitką i graniem, obejrzałam też zaległy mecz Hiszpania- Portugalia;).

6 lip 2010

The best part of Seattle.

Pioneer Square to pamiętająca początki Seattle dzielnica, która spodobała mi się najbardziej ze wszystkich odwiedzonych części miasta. Miała niewątpliwie swój urok, klimat i moim zdaniem atmosferę Wschodniego Wybrzeża.
Z przeszłości przeniosłyśmy się później w świat drapaczy chmur, następnie wylądowałyśmy na cmentarzu, a dzień zakończyłyśmy pięknym zachodem słońca nad Seattle.


Pioneer Square.

Jeden z najstarszych budynków nazwany po jednym z założycieli miasta.










Wypoczywając na murku dołączyłam do śpiących obok bezdomnych.


Później przeszłyśmy się po finansowej części miasta. Po lewej najstarszy wieżowiec Seattle z 1969 roku.

Ten ciekawy architektonicznie budynek to biblioteka publiczna.

Bank of America Tower, najwyższy budynek na całym Zachodnim Wybrzeżu. Następne zdjęcie będzie z jego szczytu.

Na 73 piętrze tego wieżowca znajduje się taras widokowy.

Widok na południowy wschód.

A to północny zachód. Zatoka Elliota, centrum miasta i widać nawet (dwukrotnie niższą) Space Needle .

Po przedpołudniowym spacerze zgłodniałyśmy, ale że nie była to jedzeniowa wyprawa, to zmieniłam strategię na oszczędzenie pieniędzy na jedzeniu;). Pomidorowa z tortellini i bułka z warzywami i serem na ciepło.

Popołudniu wybrałyśmy się do innej dzielnicy, Capitol Hill. Zaczęłyśmy od tamtejszego cmentarza.


Trochę się po nim pokręciłyśmy ale w końcu udało nam się znaleźć to czego szukałyśmy.

Chyba ostatnią rzeczą jakiej się spodziewałam przed wyjazdem było to, że odwiedzę w Seattle grób Bruce'a Lee i jego syna;).

Fajnie byłoby znaleźć kiedyś taką kartkę na swoim grobie...

Uznałyśmy, że po raz drugi z rzędu chcemy wybrać się w to samo miejsce na zachód słońca. Czasu było niewiele, droga daleka i jeszcze uciekł nam sprzed nosa autobus. Idąc na pieszo mijałyśmy jednak fajne domy.


Po całym dniu chodzenia strasznie bolały nas nogi, a kiedy na naszą drogę przecięła autostrada to się trochę podłamałyśmy.

Wzgórze po prawej było naszym celem. Myślałam, że nie zdążymy, ale cofnęłyśmy się kawałek i złapałyśmy autobus do centrum, a potem trafiłyśmy na kolejny, który zabrał nas do celu.

Dotarłyśmy do Kerry Park przed zachodem i spędziłyśmy tam jakąś godzinę robiąc zdjęcia i czekając aż zupełnie się ściemni.

Kolory były piękne i zmieniały się co chwilę. Kiedy jakiś czas temu natrafiłam na to zdjęcie, aż nie chciało mi się wierzyć, że nie przeszło kolorystycznych obróbek w Photoshopie. Będąc jednak tam na miejscu i widząc jak wygląda zachód słońca w zupełnie przeciętny dzień, zrozumiałam, że stać było Seattle również na tak nieprawdopodobny wieczór. Ja żałowałam tylko tego, że było pochmurno i nie było widać w tle miasta wysokiej na ponad 4tys m.n.p.m góry/ wulkanu Rainier.




Seattle nocą...Jak na zdjęcie robione z ręki, bez statywu, to moim zdaniem wyszło mi całkiem nieźle.