Pokazywanie postów oznaczonych etykietą travel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą travel. Pokaż wszystkie posty

6 cze 2012

SEA trip resume.

Żartowałam, że relacja z azjatyckiej podróży potrwa do lata, a tu proszę, pierwszy tydzień czerwca minie za chwilę, a ja dzisiaj dodaję ostatniego posta. Zakończenie przyszło w zasadzie w dobrym momencie, bo dzisiaj dotarłam do Namibii i w kolejnym poście zobaczycie już pewnie zdjęcia z Afryki.

Wracamy jednak do Azji. Ta podróż była jedną z najlepszych jakie mam za sobą. Wreszcie udałam się na Wschód i poznałam kawałek kontynentu, którego od dawna byłam ciekawa. Chociaż podróż była dość skomplikowana od strony technicznej, zupełnie nie odczuwałam stresu i przez cały czas byłam do niej pozytywnie nastawiona. A nie powieść mogło się tak naprawdę wiele rzeczy. Do zrealizowania miałam 12 lotów w ciągu 3 tygodni, często połączonych ze sobą, a więc czasem wystarczyłoby opóźnienie lotu czy moje spóźnienie, żeby posypała się reszta. Gdyby mój bagaż został zgubiony, to nawet nie wiem gdzie by mi go dostarczono. Mimo wszystko o nic się nie martwiłam i na szczęście wszystko poszło zgodnie z planem.

Pora napisać kilka słów o kosztach. Jeśli chodzi o loty, ceny prezentowały się mniej więcej tak:

Manchester- Mediolan (Monarch) - ok 100zł
Mediolan- Singapur- Berlin, z przesiadką w Katarze (Qatar Airways) ok 1500zł
Singapur- Kuala Lumpur, Malezja (Air Asia) - 120zł
Kuala Lumpur- Clark, Filipiny (Air Asia) - 60zł
Clark- Boracay- Clark (Air Asia) - 90zł
Clark- Bangkok (Tiger Airways) - ok 470zł (ten koszt mnie ominął)
Bangkok- Kuala Lumpur (Air Asia) - 280zł

Za wszystkie przeloty zapłaciłam ponad 2100zł, nie wliczając kosztu przelotu do Bangkoku, bo pokrył go Champ. Na miejscu przez trzy tygodnie wydałam jakieś 1000-1500zł. Wliczają się w to wszystkie noclegi, przejazdy i pożywienie, a trzeba przyznać, że jeśli chodzi o jedzenie i napoje nie żałowałam sobie absolutnie niczego. Każdy posiłek jadłam w restauracjach lub na ulicy i próbowałam wszystkiego, na co tylko miałam ochotę. Była to prawie miesięczna, nieprzerwana uczta, jakiej nie doświadczyłam nigdy wcześniej.
Oczywiście mogłabym wydać połowę tego, co wydałam, ale przecież nie o to chodziło. Nie miałam zamiaru jechać na drugi koniec świata z plecakiem wypchanym pasztetem drobiowym i Gorącymi Kubkami, strona kulinarna wyjazdu była tradycyjnie bardzo ważna. Myślę, że 3500zł za podróż do Azji Południowo-Wschodniej, odwiedzenie Filipin, Tajlandii, Malezji i Singapuru, to i tak niewiele. Podobny wyjazd z biurem podróży kosztowałby kilka razy więcej.
Pytaliście też w jaki sposób zebrałam fundusze na tą wycieczkę... Chociaż ten rok był dla mnie wyjątkowo cienki pod względem finansowych, od dawna planowałam tą podróż i była moim priorytetem jeśli chodzi o cel wydawanych pieniędzy. Nie było opcji, żebym nie zdobyła na nią funduszy (tak jak z całą resztę zaplanowanych wyjazdów). Pomogło to, że sprzedałam poprzedni aparat + dwa obiektywy i ta suma wystarczyła już praktycznie do pokrycia kosztów wyjazdu.

Jak wyglądało zaplanowanie podróży?

Zdecydowanie najwięcej czasu poświęciłam na bilety lotnicze. W końcu pierwszy bilet zakupiłam w lipcu 2011 i nie był to lot z Europy do Azji, a Malezja- Filipiny! Kupiłam go pół żartem pół serio, w końcu nie mogłam być pewna co wydarzy się za 8 miesięcy i czy coś wyniknie z tej podróży. A jednak od początku robiłam wszystko, żeby wyjazd doszedł do skutku. W listopadzie pojawiła się promocja Qatar Airways, gdzie udało mi się kupić bilet z Europy do Singapuru. Kiedy problem dotarcia z Europy do Azji miałam z głowy, dalej przerzuciłam się na azjatyckie tanie linie lotnicze i kombinowałam jak najmniejszym kosztem ułożyć dalszą podróż i połączyć wszystko tak, żeby miało sens. Spędziłam bardzo długie godziny na przeglądaniu każdego możliwego lotu, każdej istniejącej opcji po kilkanaście razy i planowaniu konkretnych dat. Jeśli ma się niewielki budżet, to czasem naprawdę potrzeba dużej cierpliwości. Ostatnie loty kupowałam na kilka tygodni przed wyjazdem. Akurat pojawiła się na przykład promocja linii Air Asia, więc nie wypadało z niej nie skorzystać. Za grosze kupiłam bilet na filipińską wyspę Boracay i wcisnęłam ją w plan podróży.

Reszta organizowania wyjazdu była już naprawdę łatwa. Nie poświęciłam na to dużo czasu, bo stwierdziłam, że wiele rzeczy wyjdzie w drodzę. Przed wyjazdem miałam zarezerwowane tylko dwa noclegi, resztą zajęłam się w trakcie podróży. Nie było sensu planować wszystkiego z góry, bo nie mogłam przewidzieć każdej minuty wyjazdu, a po drodze mogły wydarzyć się różne rzeczy. Południowo-Wschodnia Azja to nie jest Nowy Jork czy Londyn i niedrogie noclegi zawsze się znajdą, a rezerwację z dużym wyprzedzeniem można pominąć.
Moje przygotowania opierały się o to, co wyszukałam w internecie wpisując różne hasła/pytania w Google, odwiedzając kilka blogów, zerkając na Google Maps itp. Nie odwiedzam raczej forum podróżniczych, nie zasypuję innych podróżujących pytaniami, chyba wolę wyszukiwać informacji sama, nie zawracając innym głowy, jeśli nie ma takiej potrzeby.
Z biblioteki wypożyczyłam przewodnik Kuala Lumpur-Penang-Melacca i był to jedyny przewodnik jaki zabrałam ze sobą. W formie PDF miałam na laptopie przewodnik po Malezji i Singapurze, ale ich też nie przeczytałam od deski do deski. W Bangkoku zajęła się mną Gosia i Champ, więc oni byli moimi przewodnikami, a w Melace kumpel z akademika polecił mi kilka restauracji wartych odwiedzenia.

Samotne podróżowanie.

Chociaż nie był to mój pierwszy raz, po tej podróży polubiłam podróżowanie w pojedynkę jeszcze bardziej. Mogłabym nawet powiedzieć, że wolę podróżować sama niż z drugą osobą, chociaż to zależy także od charakteru podróży. Ta wolność, bycie całkowicie niezależnym...piękna sprawa. Mogłam robić co chciałam, nie musiałam się nikomu tłumaczyć ze swoich kroków, wyborów, humorów. Oświadczać, że teraz chcę zrobić zdjęcie, że chce się cofnąć i zrobić jeszcze jedno, że teraz skręcimy w lewo, albo przejdziemy przez ulicę.
Byłam sama ze swoimi myślami i było mi dobrze, a w trakcie podróży i tak zawsze poznaje się innych ludzi, więc absolutnie nie jest się skazanym tylko i wyłącznie na siebie. No chyba, że na cel podróży wybiera się jakieś odludne miejsca;).

Uważam, że Azja Południowo-Wschodnia jest bardzo dobrym miejscem, jeżeli chcecie wyruszyć poza Europę, doświadczyć egzotyki, a jednocześnie nie rzucać się na całkowicie głęboką wodę. W każdym z odwiedzonych krajów (najciężej było w Tajlandii) bez problemu można porozumieć się po angielsku. Ceny są niskie, ludzie z reguły przyjaźni, jedzenie fantastyczne i ogólnie jest bezpiecznie. Przez cały czas trwania podróży czułam się zdecydowanie pewniej, niż gdybym miała przejść się nocą po Zielonej Górze, albo przejechać nocnym pociągiem PKP;).

I chyba tyle odnośnie podsumowania azjatyckiej podróży "od kuchni". W razie czego, możecie zadać mi dodatkowe pytania w komentarzach a ja postaram się na nie odpowiedzieć, chociaż bardzo możliwe, że zrobię to dopiero po powrocie z Afryki.

22 maj 2012

Africa.

Od ponad półtora miesiąca trzymałam to przed Wami w tajemnicy, ale czas najwyższy podzielić się dobrą nowiną!

To był mój drugi dzień na wyspie Boracay, na Filipinach. Po dniu spędzonym na wylegiwaniu się na plaży, pysznej kolacji, wieczorem zasiadłam do laptopa, żeby tradycyjnie połączyć się z internetem.
Na blogowym profilu na Facebooku zauważyłam nową wiadomość. W trakcie czytania zaczęła opadać mi szczęka, a na sam koniec już łzy spływały mi po policzkach. Wydawałoby się, że życie nie mogło być już lepsze, przecież byłam na wakacjach w tropikalnym raju. Wiem, że nieszczęścia chodzą parami, ale od kiedy szczęście również?
- Zaraz, zaraz, czy to nie żart z okazji Prima Aprilis?! Niewiele brakowało, ale to był już 2 kwietnia.

Wiadomość była od Maćka, właściciela agencji interaktywnej Kalicinscy.com, a jednocześnie czytelnika mojego bloga. Poinformował mnie, że aktualnie zajmuje się projektem od SKODY, który pasowałby do profilu mojego bloga. Wyjaśnił, że SKODA organizuje wyjazd dla 14 osób (głównie dziennikarzy) do Namibii (4-10 czerwca), w ramach promocji nowego modelu auta, Skoda Yeti. Zwolniło się akurat miejsce, sprawa była bardzo pilna i musiałam szybko podjąć decyzję. Oczywiście nie zastanawiałam się ani chwili. Swój paszport wysłałam kilka tygodni temu do Warszawy, a stamtąd udał się razem z innymi do Berlina po wizę do najbliższej ambasady Namibii i z wklejoną wizą został odesłany z powrotem. Od kilku tygodni mam też w skrzynce mailowej e-ticket na lot do Windhoek, z przesiadką w RPA. Całkowity koszt wyjazdu pokrywa Skoda.
Wraz z pierwszą wiadomością, Maciek wysłał mi cały program wycieczki. Będziemy zwiedzać kraj przemieszczając się z miejsca na miejsce, Skodami Yeti- takie małe safari;). Spać będziemy w kilku różnych miejscach, m.in. hotelach, w których noc kosztuje tyle, ile wydałam na wszystkie noclegi razem wzięte podczas 3-tygodniowego pobytu w Azji. Już nie wspominam o samym kierunku wyjazdu, Namibii, która znajduje się w odległej części Afryki. Pewnie nie dotarłabym tam szybko, bo podróżowanie w tym kraju jest drogie, a tanie połączenia lotnicze praktycznie nie istnieją. W ogóle niewiele samolotów lata w te rejony.
Jaka jest moja misja na ten wyjazd? Zasadniczo taka jak zawsze, czyli czerpanie radości z podróży, robienie zdjęć, a później zrelacjonowanie wszystkiego na blogu.
Żyć nie umierać.

Powiedzmy, że wyjazd traktuję trochę jak nagrodę za cztery lata prowadzenia bloga, bo akurat zbliża się rocznica. Do niewielu rzeczy przykładam się tak, jak do prowadzenia tej strony, więc tym większą radość sprawiają jakiekolwiek korzyści z niej płynące. Nie jest ich wiele pod względem materialnym, ale gdybym pisała bloga dla pieniędzy, to przecież przestałabym po kilku miesiącach, bo to w moim przypadku to słaby interes;). A teraz doczekałam się dużego wyróżnienia, więc pozostaje mi się cieszyć, wręcz skakać z radości, bo taka okazja pewnie już się nie powtórzy.


Morał tego posta jest banalny, ale może warto napisać na jego temat kilka słów.
Wierzę, że przeczyta to osoba, która wkłada w jakieś zajęcie dużo serca i czeka na znak, że to co robi, jest słuszne. Może jeszcze nic nie zapowiada jego nadejścia, ale czasami trzeba być cierpliwym. Zdarza się, że czekasz miesiąc, rok, cztery lata, a może i dziesięć. W końcu się pojawia, w najróżniejszej postaci i w najbardziej niespodziewanym momencie. Po prostu rób to, co kochasz, a pewnego dnia los się do Ciebie uśmiechnie.


pic source: http://www.zastavki.com/eng/World/Africa/wallpaper-8864-2.htm
 pic source: http://www.safari-namibia.co.uk/namibia/a-guide-to-namibias-safari-parks/
pic source: http://www.globeimages.net/img-spitzkoppe-namibia-1141.htm


To co, za niecałe dwa tygodnie wskakujecie do mojego bagażu i lecimy do Namibii?
Odmowy nie przyjmuję!

29 gru 2011

January- December 2011.

Dużo się przez ten rok zmieniło i wypadałoby napisać coś na ten temat na blogu. Może wreszcie podsumuję mój pobyt w Stanach, porównam początek roku do jego końcówki, będą też plany na 2012...O tym, w ostatnim poście grudnia, a teraz zobaczmy w fotograficznym skrócie, jak spędziłam poszczególne miesiące minionego roku...

Styczeń

Brrr, nowojorska zima w pełni...Chowałam się w domu przed mrozami i przeciągami hulającymi między wieżowcami. Ciągle chodziłam zgarbiona, z twarzą schowaną w szalik i nie uważałam Nowego Jorku za atrakcyjne miejsce zimą;). Był to jednak dobry okres na przesiadywanie całych dni w kinie, zwłaszcza, że styczeń-luty to okres wyświetlania najlepszych filmów.
Niemalże każdego dnia trafiałam na swojej ulicy na hasło przypominające mi co mam w życiu robić.


Luty

 
Na początku lutego przyleciała do mnie mama i okropną zimę zamieniłyśmy na karaibskią pełnię lata. Na zdjęciu niezwykła plaża Maho Beach na St. Martin.
Pływałyśmy statkiem od wyspy do wyspy.
Z Barbados nie zapomnę plaży o najpiękniejszym piasku i kolorze wody jaki kiedykolwiek widziałam oraz soku ze świeżego kokosa i późniejszym wydłubywaniu z niego miąższu...mmm...


Marzec

Pewnego marcowego dnia wybrałam się w miejsce, gdzie kręcono Gossip Girl. Szkoda, że musiałam jechać do pracy, bo gdybym została dłużej, zobaczyłabym całą ekipę, a nie tylko Dana i Vanessę.

Nowojorczycy oczekiwali wiosny. Chociaż w zacienionych miejscach w Central Parku nadal leżał śnieg, a trawa była  zmieszana z błotem, to cieplejsze dni były już dla niektórych powodem do urządzania pikników na kocach.

Innym razem urządziłam sobie spacer po Harlemie. Lenox Lounge istnieje od 1939r. Lokal pojawiał się w serialu "Mad Men".


Kwiecień

Trochę późno, ale z nadejściem kwietnia rozpoczęłam sezon snowboardowy. Jeden weekend spędziłam ze znajomymi w Pensylwanii, a tydzień pojechaliśmy na północ stanu Nowy Jork.
W Waszyngtonie odwiedziłam Katarzynę, a miasto zwiedzałyśmy na rowerach.


Maj

 
 Maj był świetny dzięki odwiedzinom Bzu. Spędziła u mnie dwa tygodnie i większość mojej pensji...przejadłyśmy;).

Śmiałyśmy się z absurdalnych rzeczy, urządzałyśmy w pokoju poranne karaoke i tańczyłyśmy na dachu mojego wieżowca, świętując odwołany lot powrotny Bzu.



Czerwiec


Parki zapełniły się ludźmi, powietrze zaczęło się kleić...nastało lato, kochane lato! Pomimo tej obrzydliwej wilgoci, strasznego gorąca, wody kapiącej na głowę ze starych klimatyzatorów, Nowy Jork jest o tej porze roku według mnie najfajniejszy, najwięcej się dzieje.
Czy możecie sobie wyobrazić, że kiedy na początku czerwca ściągnęłam z siebie sweter/bluzę, to następnym razem założyłam ją w NYC na początku września?! Właśnie takie powinno być lato!
Któregoś dnia wybrałam się z aparatem do Tribeci. Wracając natrafiłam na pianino na środku parku i zgromadzonych dookoła niego ludzi. Grali, śpiewali, a ja dołączyłam do nich... Piękny wieczór.


 Lipiec

Czerwcowy długi weekend spędziłam ze znajomymi na północy stanu NY, ale 4 lipca wróciliśmy do miasta i z dachu mojego wieżowca oglądaliśmy fajerwerki.

Jeden z weekendów spędziłam w Atlantic City, New Jersey. Długa noc zakończyła się łapaniem fal o wschodzie słońca, a później spałam na plaży, aż zrobiło się gorąco.
 
Temperatury w lipcu były momentami niedorzeczne. Właśnie w jeden z takich dni zwiedziałam Philadelphie. Nie obyło się bez kilku litrów wody.



Sierpień

W sierpniu miałam ponad 10dni wolnego i była to moja ostatnia podróż po Stanach przed powrotem do Europy. Zaczęłam od Bostonu, gdzie odwiedziłam moją koleżankę, Beth.
Na jeden dzień wybrałam się z Bostonu do Portland. Piękne widoki, urokliwe miasto, ale przede wszystkim wspaniałe jedzenie, dzięki bliskości oceanu.
Kierunkiem docelowym tego wyjazdu było jednak Chicago i 3-dniowy festiwal muzyczny Lollapalooza.
Ilość świetnych koncertów przytłaczała! Razem z Katarzyną bawiłam się rewelacyjne i jeśli nie powtórzmy tego festiwalu w Chicago, to będzie to dobra wymówka, żeby wybrać się na Lollapalooze do Chile.


Wrzesień 

 
W pierwszych dniach września poszłam do Central Parku pobiegać. W planie miałam jak zazwyczaj 5-10km, ale nagle nabrałam ochoty na półmaraton i tak sobie przebiegłam dużą część Manhattanu, całe południe, a później jeszcze musiałam zawrócić, żeby dobić do 20km.

 
Ostatnie dni w NY spędziłam z Katarzyną. Szwędałyśmy się po barach LES i Brooklynu, pożegnałam się z Soe, jeździłyśmy na longboardach w deszczu, no i właśnie, nie mogłyśmy uwierzyć, że pogoda na ostatnie dni tak się popsuła.


Po dwóch latach wróciłam do domu i czułam się jakby nie było mnie tam miesiąc. W ogrodzie czekały na mnie owoce i warzywa, więc obżerałam się pomidorami przed nadejściem jesieni;).


 Październik

 
Przeprowadzka do Birmingham i nieciekawe rozpoczęcie roku. Później rozkręciła się szkoła i przestałam płakać nad brakiem kredytu na ten rok szkolny. Ponadto wybrałam się z Eweliną do Manchesteru.

 Listopad

W listopadzie odwiedziłam Stratford Upon Avon, gdzie urodził się Szekspir.
 
Po 2 latach i kilku miesiącach zobaczyłam się w końcu z bratem w Londynie i poleciałam na 10dni do Polski. Po powrocie do Anglii poszłam z Champem na koncert The Drums i mogłam przypomnieć sobie Lollapaloozę...

Grudzień

Udana końcówka roku. Spędziłam kilka dni w Rzymie, w szkole zgromadziłam dobre oceny, a w połowie grudnia zaczęło się trzy tygodnie wolnego od uczelni...mmm...
Trzecie Boże Narodzenie spędzone poza domem okazało się równie fajne jak dwa poprzednie. Pnadto rozleniwiłam się strasznie i chodzę spać o 4-5, a wstaję o 11, spędzam dużo czasu ze znajomymi i próbuję 'nacieszyć' się Champem zanim wróci za tydzień do Tajlandii;).
Zobaczymy jak uda się Sylwester!

21 gru 2011

Last day in Rome.

Chociaż uważam Rzym za piękne miasto, to ilość turystów trochę mnie przytłoczyła. Podobno grudzień jest miesiącem, w którym jest ich najmniej, ale jakoś nie odczułam tego i boję się pomyśleć co się tam dzieje latem.
Pod tym względem miasto skojarzyło mi się z Barceloną, która na dobrą sprawę też nie zrobiła na mnie tak dużego wrażenia jakie często robi na innych.
Myślałam, że to Nowy Jork jest pełen turystów, ale teraz widze, że tam było dużo łatwiej się od nich uwolnić, nawet na Manhattanie. W Rzymie można chować się w zacisznych, wąskich, uliczkach, ale nie na długo.
Niby nie wypada być w tym mieście i odmówić sobie zobaczenia największych atrakcji tylko z powodu tłumów przyjezdnych, ale kościoły, zamki, fontanny i tak nie oddają prawdziwego klimatu miasta. Zobaczyłam, to, co powinnam, chociaż poza wejściem na kopułę bazyliki pominęłam płatne atrakcje. Niektóre miejsca zrobiły na mnie większe wrażenie, inne mniejsze. Natomiast to, co irytyowało mnie najbardziej, to imigranci wciskający różne 'duperele'. Rozumiem, że w ten sposób zarabiają, ale jeśli chciałabym paskudną chustę, albo podróbę Louis Vuitton, to poszukałabym jej sama. Naprawdę nie trzeba podstawiać mi pod nos parasolki, nawet wtedy, kiedy pada deszcz.

 W niedzielę przeszłam pewnie z kilkanaście kilometrów, bo na zwiedzaniu Watykanu nie zakończyłam dnia. Miła niespodzianka czekała mnie za to wieczorem- spotkanie z dwiema czytelniczkami bloga! Relacja poniżej, a w następnym poście dodam filmik z Rzymu oraz adresy miejsc w których jadłam oraz info o hostelach, bo kilka osób dopytywało się o wskazówki noclegowe.

Panteon.
Panini z prosciutto, marynowanymi karczochami i serem scamorza. Żałowałam, że nie ma ze mną Wojtka, żeby pomógł mi ją zjeść, bo rozmiar trochę mnie przerósł.
Campo de'Fiori był małym rozczarowaniem. Jadąc do Rzymu liczyłam na odwiedzenie włoskiego targu z prawdziwego zdarzenia. Słynny Campo de'Fiori opisywany był jako miejsce, gdzie kupują zarówno miejscowi jak i turyści. Pomyślałam sobie, że najwyżej będzie w stylu barcelońskiego Boqueria, który pomimo popularności wciąż ma dużo do zaoferowania.
Na Campo de'Fiori było tylko kilka warzywnych stoisk, reszta to kolorowe makarony, ozdobne buteleczki limoncino i co gorsze- szmaty, także z napisem "I <3 Rome". Nie chciało mi się nawet robić zdjęć.
Nie zawiodły mnie natomiast miejsca z jedzeniem dookoła targu, które spisałam sobie przed przyjazdem.
W piekarni blisko targu kupiłam tartę z ricottą i czekoladą. Yum!
A to już Trastevere. Moja ulubiona dzielnica z poznanych. Jest tam trochę turystycznych uliczek, ale też wiele starych budynków mieszkalnych.
W piątek dostałam wiadomość od Magdy i Ani, czytelniczek mojego bloga.
Okazało się, że Magda mieszka w Rzymie, a jej przyjaciółka Ania była akurat u niej w odwiedzinach, więc zdecydowały się do mnie napisać. Umówiłyśmy się na kolację i ucieszyłam się, że nie muszę ostatniej nocy spędzać sama.
O 20 miałyśmy spotkać się przed restauracją, na której odwiedzeniu zależało mi od pierwszego dnia, więc świetnie się złożyło, że miałam z kim tam pójść.
Na przystawkę zamówiłyśmy talerz włoskich wędlin z mozzarellą. Świeży chleb i butelka oliwy z oliwek dobrej jakości wzmocniły doznania....mmm.
Mozzarella była genialna...
Zamówiłam spaghetti carbonare, jedno z typowo rzymskich dań makaronowych. Włosi uważają, że prawdziwy przepis nie zawiera śmietanki i tak właśnie przyrządzone było danie.
Na zdjęciu z prawej- Ania.
Ravioli z ricottą i szałwią Magdy.
Ania zamówiła rigatoni all'amatriciane, z ostrym sosem pomidorowym, także wywodzące się z kuchni regionu.
Każde danie z osobna i wszystkie razem były rewelacyjne. To było najlepsze miejsce w jakim jadłam podczas mojego pobytu w Rzymie. Myślę, że podobnie byłoby z Roma Sparitą w pierwszy dzień, ale tam nie miałam okazji spróbować tylu dań, ile w Le Mani In Pasta.
Po kolacji poszłyśmy dziewczynami do pubu, w którym pracuje Magda. Będąc małą dziewczynką Magda mieszkała we Włoszech. Chciała przypomnieć sobie język, więc wzięła na rok dziekankę i przyjechała popracować do Rzymu. Po włosku mówi pięknie.
Dziewczyny są najlepszymi przyjaciółkami od wielu lat. Obie studiują w Krakowie i w sumie śmiesznie się złożyło, że Ania odwiedzała Magdę akurat wtedy kiedy ja byłam w Rzymie. To była wspólnie nasza ostatnia noc, bo rano obie wracałyśmy do domu.
Magda poczęstowała nas belgijskim piwem St Benoit. Nie przepadam za piwem, nie piję go dla przyjemności, ale St Benoit było całkiem słodkie i jak na piwo, smaczne.
Pub jak widać przygotowany na Boże Narodzenie;).
Magdę i Anię polubiłam od pierwszej chwili, świetnie nam się rozmawiało i jeszcze raz dziękuję, że do mnie napisałyście, bo dzięki Wam moja końcówka pobytu w Rzymie była super!
O 1 w nocy wracałam do hostelu. W drodze zaczęłam żałować, że to tylko 10-15 min na piechotę. Cisza, spokój, pustki na ulicach, nastrój, którego wcześniej mi brakowało... Doszłam do wniosku, że Rzym najbardziej lubię późną nocą...