3 kwi 2010

On burning ground.


Aż nie chciało mi się wierzyć, że to ten sam Ocean, który widzę z ogrodu.

Ziemia była tak nagrzana, że idąc tą drogą i mając na sobie tenisówki, miałam wrażenie, że topią mi się podeszwy.


Targ rybny, czyli miejsce przy którym marzy mi się mieszkać;).

Suszone ryby.

Taki widok zawsze boli, bo za każdym razem kiedy widzę tak piękne owoce morza, mam ochotę wrócić do domu z pełnymi torbami, gotować, a później jeść.

Świeżutkie ryby, co można poznać po intensywnie czerwonym kolorze skrzel.



I jeszcze więcej ryb.

Doszłam do wniosku, że te suszone ryby są w Salwadorze bardzo popularne, bo sprzedawano je co krok.

Ta głowa rekina młota zrobiła na mnie wrażenie!


Zwijanie sieci.


Panie wracające z zakupów.

Męskie obrady nad skrzynką pełną ryb.

Fajnie odwiedzić miejsce, w którym łowi się w tradycyjny sposób.

Na tej dźwigni z hakiem spuszcza się łódki do wody.


Później poszliśmy do pobliskiej restauracji, której David znał właściciela.

Nie ma to jak Cola z lodem w upalny dzień, mieć przed sobą widok na Pacyfik...

...a nad głową palmy, egzotyczne drzewa i błękitne niebo...

Oto moi towarzysze, (od lewej) Carlos i David.

Moje danie: grillowana ryba z pastą z czarnej fasoli, limonka, chleb czosnkowy, tortilla i warzywa.

Nie spodziewałam się po tej restauracji niczego specjalnego, a była to jedna z najsmaczniejszych ryb jakie w życiu jadłam. Przypomniałam sobie jak ogromna jest różnica w smaku między najświeższą a przeciętnie świeżą rybą.

Carlos zamówił pastę z sosem z owoców morza. Spróbowałam jego dania i owoce morza były znakomite.

Carlos miał jakiś czas temu mały wypadek i drzwi od strony kierowcy były wgniecione, przez co musiał wsiadać od strony pasażera. Z jego sprawnością fizyczną każde wejście i wyjście z samochodu trwało 5minut. Pod koniec, kiedy spieszyłam się na samolot już traciłam cierpliwość;).

W drodze na lotnisko.

Żeby nie było tak pięknie, po drodze natrafiliśmy na zawalony most i musieliśmy okrążyć go najbardziej wyboistą drogą jaką w życiu jechałam;). Na 6km przed lotniskiem samochód Carlosa zaczął się psuć, więc zaczęłam się modlić, żebyśmy tylko dojechali...

Na szczęście zdążyłam na samolot (choć auto Carlosa do dzisiaj jest w naprawie). Pożegnałam się z Salwadorem i poleciałam w stronę południowej części globu, do Peru.

2 kwi 2010

Blondies z orzechami makadamia.

Orzechy makadamia wywodzą się z Australii. Są bardzo odżywcze, zawierają cenne dla naszego organizmu tłuszcze, a przy okazji są też najdroższymi orzechami na światowym rynku.
Odkąd jestem w USA, te orzechy stały się moimi ulubionymi, są tutaj popularne, choć wiem, że w Europie znacznie mniej. Jeżeli będziecie mieli problemy ze znalezieniem ich w sklepach, są dostępne na Allegro.


Składniki:

2 szklanki mąki
250g pokrojonej białej czekolady
4 jajka
szklanka cukru
1/2 szklanki masła
2 łyżeczki ekstraktu waniliowego
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
szczypta soli
250g pokrojonych orzechów makadamia


Przygotowanie:

Czekoladę razem z masłem wstawić w misce do mikrofalówki na 2minuty.
W osobnej misce ubić jajka, cukier i ekstrakt waniliowy. Po osiągnięciu jednolitej masy wlać do naczynia z czekoladą.
Mąkę należy wymieszać z proszkiem do pieczenia i solą, a następnie przesypać do czekoladowej masy. Na koniec wmieszać orzechy.
Niedużą, płytką formę (o wymiarach ok 15 x 28cm) wyłożyć papierem do pieczenia, a następnie napełnić ciastem. Piec w temperaturze 160'C ok 30-35min.
Podawać ostudzone.


Przepis pochodzi z książki Nigelli Lawson "How to Be a Domestic Goddess"




1 kwi 2010

El Salvador.

Mój pobyt w Salwadorze, choć krótki, był pełen przygód.
Lecąc do Limy miałam 7-godzinną przesiadkę w San Salwadorze. Mogła być krótsza, ale jeśli już udaje mi się gdzieś być, to staram się zrobić wszystko, żeby jak najwięcej zobaczyć z danego miejsca.
Tak ułożony lot był strzałem w dziesiątkę i wiedziałam o tym zaraz po opuszczeniu lotniska, pędząc taksówką do stolicy.  Uśmiechałam się od ucha do ucha i co tu dużo mówić, życie było piękne.
W mieście czekał na mnie couchsurfer- David. Szybko doszłam do wniosku, że jego 63letnie życie byłoby niezłym materiałem na film, a on sam był bardzo barwną postacią.
Po odwiedzeniu kilku miejsc dołączył do nas przyjaciel Davida, 75letni Carlos i w takim składzie zostaliśmy do końca;).
Jak spędziłam tych kilka godzin w Środkowej Ameryce w towarzystwie dwóch starszych panów, dowiecie się z relacji poniższej oraz jutrzejszego posta.


Taksówka (25$) była najszybszym transportem do oddalonego ok. 45min San Salwadoru.

Pożyczyłam od taksówkarza telefon i zadzwoniłam do Davida, żeby poinformować go, że jestem już w drodze do miasta.

Umówiliśmy się przed kawiarnią, David już tam czekał. Wypiłam mrożone cappuccino i wysłuchałam historii o II Wojnie Światowej, Holocauście i Polsce z lat 80tych, w której David przez jakiś czas przebywał i ruszyliśmy dalej.

Pojechaliśmy do muzeum, gdzie moja wiedza na temat Salwadoru znacznie się powiększyła. Laura była moim przewodnikiem i opowiedziała mi o najstarszych dziejach tego kraju, aż po wydarzenia aktualne. Było naprawdę ciekawie.
.

Salwador to najmniejszy kraj Ameryki Łacińskiej. Przyznajcie szczerze, czy ktoś z Was (kto tam nie był) potrafiłby wskazać to państwo na mapie?:)
Zbroja, czyli prosty przykład dlaczego rdzenna ludność nie miała szans w walce z Hiszpanami

Produkty powstałe z drzewa balsamicznego.

Kawa to jedna z głównych uprawianych roślin.

Wyroby ręczne, których jest niestety coraz mniej.

Z muzeum odebrał nas Carlos i zanim pojechaliśmy nad Ocean, zatrzymaliśmy się w (podobno) niebezpiecznej dzielnicy, gdzie Carlos musiał załatwić jedną sprawę. David zaproponował, żebyśmy zostali w samochodzie, ale Ula musiała zrobić zdjęcia, więc on sam do mnie dołączył;).




Obok znajdował się 'dworzec' autobusowy.

Na drogach widuje się głównie stare amerykańskie autobusy, warte kilka dolarów, a jeśli kierowca chce mieć pracę to musi sam swój autobus naprawić;).

W cieniu babcia cerowała spodnie, a obok rozkręcał się rodzinny biznes.



Tych drzew z różowymi kwiatami widziałam całkiem sporo, ale niestety nie wiem co to za gatunek.

Zabawnie skonstuowany sklepik. Maleńkie wejście, niski sufit i świeże bułeczki za ladą.

Czy to ambulans, nie wiem szczerze mówiąc, ale gdybym wiedziała, że w Peru będę jeździć jeszcze bardziej zapchanymi pojazdami, to pewnie odpuściłabym sobie to zdjęcie;).

Przydrożny zakład stolarski.

Dotarliśmy do położonej nad Pacyfikiem miejscowości La Libertad. Po wyjściu z samochodu myślałam, że się roztopię. To było jedno z najgorętszych miejsc w jakich w życiu byłam.

Cdn...