20 maj 2014

Końcówka zdjęć z Puerto Escondido.

Ostatnim postem z Puerto Escondido będzie filmik, który z rana skończyłam montować i niedługo zacznę wrzucać online. Może to potrwać dzień, a może trzy, dlatego żeby skrócić przerwę między postami, dodaję kilkanaście niepublikowanych wcześniej zdjęć z PE.

W niedzielę wieczorem opuściłam Oaxacę i znad oceanu znowu trafiłam wysoko w góry, do San Cristobal de las Casas w stanie Chiapas. Spędzę tutaj kilka dni i dalej ruszam do Gwatemali. Po ostatnim spacerze z stacji autobusów do hostelu, z dwoma pleckami i deską na ramieniu muszę przyznać, że nie jest to szczególnie łatwa forma podróżowania i mogłabym już wracać nad ocean. W Gwatemali spędzę pewnie około tygodnia, a potem ruszę do Salwadoru w poszukiwaniu kolejnych fal. 

Untitled Większość czasu spędzonego w Osie Mariposie mieszkałam z Laure, Michealm i Blondim w domku na przeciwko hostelu. Dzieliły nas tylko zasłony, ale czułam, że mam własną przestrzeń i mieszkało mi się tam naprawdę dobrze.Untitled Untitled Z Michaelem i Laurą zaczęłam się bardziej kumplować, kiedy wyjechała para wolontariuszy z Kanady i wprowadziłam się do domku. Najbardziej zbliżyło nas wspólne oglądanie Breaking Bad, ostatni odcinek obejrzeliśmy na trzy dni przed moim wyjadem. Podobało mi się jak twórcy poprowadzili serial, zakończenie było takie jak być powinno.
Untitled Michael to typ osoby, której nie da się nie lubić, wiecznie żartujący, swoim naśladowaniem ludzi potrafił doprowadzić mnie do łez. Dzięki niemu i Laurze będę miała powód, żeby wybrać się do Sheffield, kiedy wrócę na studia do UK.
Untitled
Na okres wakacji przeprowadził się do nas rottweiler Spike. Na początku nie był pozytywnie nastawiony do nikogo, ale oswoił się, a przez ponad dwa tygodnie mieszkał z nami jego synek, którego do czasu znalezienia właściciela nazwaliśmy Vegan.
Swoją drogą nic dziwnego, że szczeniaki rottweilera trafiają do każdego szczenięcego kalendarza, są jedną z najsłodszych ras, kiedy są małe!
Untitled Zdarzało mi się brać go wieczorami do hostelu i bujaliśmy się razem w hamaku <3.
Untitled Ugotowałam w hostelu 13 kolacji, dla 6-18 osób, w zależności od dnia. Przy 30'C panujących w kuchni nie było to łatwe zadanie, ale zawsze kończyło się miłymi słowami albo brawami, więc mimo wszystko sprawiało satysfakcję.
UntitledFota z czasów odwiedzin Marcina. Siedzenie pod sklepem, jedzenie lodów na śniadanie i strojenie poważnych min do zdjęć.
Untitled Ekipa z Australii i Nowej Zelandii, z którą spędziłam trochę czasu i z niektórymi osobami pewnie zobaczę się jeszcze w Nicaragui. Untitled
Jedno z barbecue/pool party.
Untitled Untitled
Untitled
Na ostatnie śiadanie Jade zrobiła dla mnie chilaquiles. Domowej roboty chipsy z tortilli, z sosem pomidorowm, cebulą, serem Oaxaca, sadzonym jajkiem, awokado i kolendrą.

16 maj 2014

Wegańskie ciasto marchewkowe z kokosem. Najlepsze.

Marchewka za marchewką wędruje do sokowirówki, Jade łączy sok ze świeżo wyciskanym z pomarańczy, dorzuca kostki lodu, blenduje całość i za chwilę rozpływam się... Idealny napój na tutejszy upał. Zanim sokowirówka zostanie opróźniona z resztek marchewki, ratuję zawartość - będzie ciasto!
Piekłam je z kilku różnych przepisów i chyba w końcu znalazłam swój ulubiony, który przy okazji jest wegański. Nie każdy podzieli mój zachwyt, bo ciasto jest ciężkie i wilgotne, ale na pewno znajdzie się ktoś o podobnych ciastowych zamiłowaniach. Nie chcę wierzyć, że to zwykły zakalec, że mała forma nie poradziła sobie z ilością ciasta i nie mogło wyrosnąć. Ta wersja jest jak najbardziej prawdopodobna, ale w takim razie gorąco zachęcam do popełnienia tego samego błędu. W zasadzie to nie musicie robić nic, ja wykonałam większość roboty. Podwoiłam ilość składników w przepisie, użyłam prostokątnej formy (jak na brownies).
Ciasto udekorowałam kremem kokosowym, który bazuje na margarynie. Nie tykam jej w kuchni, gdzie dozwolone jest masło, ale tutaj za dużego wyboru nie miałam. Mleko kokosowe nie ubija się wystarczająco sztywno, orzechy nerkowca są za drogie, polewę czekoladową wykorzystywałam do innych ciast. Mogłam więc pozostać przy cieście bez dekoracji, ale wybrałam drogę grzechu, choć nie namawiam was do podążania nią. W przepisie podałam oryginalną wegańską polewę, ale jeżeli dieta wegańska was nie obejmuje, najlepiej jeśli przygotujecie klasyczny cream cheese frosting, który też dołączyłam do przepisu.


Untitled Untitled

Składniki: 

3 szklanki drobno startej marchewki (ręcznie lub w sokowirówce)
2/3 szklanki syropu klonowego lub z agawy
1 1/2 szklanki mleka roślinnego
2/3 szklanki oleju
1 łyżka esencji waniliowej
2 łyżki startej skórki pomarańczowej
3 szklanki mąki
2 łyżki cynamonu
1 łyżka świeżo startego imbiru
1 1/2 łyżki proszku do pieczenia
1 łyżeczka soli
1 szklanka rodzynek
1/2 szklanki wiórków kokosowych

Polewa:
2 szklanki orzechów nerkowca (namoczone w wodzie przez 2h)
4 łyżki oleju kokosowego
5 łyżek syropu klonowego
4 łyżki soku z pomarańczy
2 łyżeczki esencji waniliowej

lub w wersji non-vegan
Cream cheese frosting:
225g (1 duże lub 2 małe opakowania) pełnotłustego serka Philadelphia
110g miękkiego masła
2/3 szklanki cukru pudru
1 szklanka wiórków kokosowych do dekoracji


Przygotowanie:

W średniej wielkości misce wymieszaj marchewki, syrop, mleko, olej, esencję waniliową i skórkę pomarańczową. Wymieszaj całość i odstaw na bok.
Do dużej miski wsyp mąkę, cynamon, imbir, proszek do pieczenia i sól.
Przełóż mokre składniki do suchych i wymieszaj aż wszystko dobrze się połączy. Dodaj rodzynki, wiórki, a po wymieszaniu przełóż gotową masę do natłuszczonej formy.
Piecz ok 1h* w temperaturze 180'C.

*Piekę tutaj w piekarniku wielkości mikrofalówki, dlatego cieżko mi dokładnie określić czas pieczenia. Możliwe, że ciasto będzie potrzebowało mniej lub więcej czasu.

Polewa wegańska:
Zblenduj wszystkie składniki i wylej masę na ciasto. Przechowuj w lodówce, polewa zastygnie w niskiej temperaturze.

Cream cheese frosting:
Połączyć składniki do uzyskania jednolitej masy, udekorować ciasto i obsypać wiórkami kokosowymi.


Zmodyfikowany przepis pochodzi ze strony Begin Within Nutrition

12 maj 2014

Pool Party.

Unoszę się na wodzie w bezruchu z rękami założonymi za głową, patrzę w niebo i kołyszące się liście palm. Przez zatopione uszy dochodzą mnie zniekształcone głosy i śmiechy osób zgromadzonych nad basenem. Odłączam się na chwilę, wypływam na środek, leżę i szeroko uśmiecham do samej siebie, nucąc od czasu do czasu jakąś piosenkę.
Odbijam się od ściany i wynurzam po drugiej stronie basenu. Rozmawiam z kimś, a za chwilę płynę w kierunku innej grupy osób. W przerwach woda pochłania moją uwagę i znów siedzę po turecku na dnie basenu.
Pierwsza godzina, druga, trzecia, czwarta. Ledwo zauważam zachód słońca i nastałą noc. Zaczynam odczuwać chłód, ten upragniony chłód, którego tutaj jest tak niewiele. Jeszcze jeden skok do wody, kolejny, teraz już naprawdę ostatni. Wychodzę z wody, ale najchętniej zaczęłabym wszystko od początku.


Untitled W poprzednią niedzielę znajomy sąsiad zaprosił hostelową ekipę na pool party. Powiadomiliśmy naszych znajomych, zabraliśmy ze sobą gości i poszliśmy chłodzić się w basenie.Untitled Daniel z Norwegii. Niedawno piekłam dla niego wegański tort urodzinowy o smaku mango i czekolady.
Untitled Untitled Z czasem przyszli kumple z Australii i Nowej Zelandii.Untitled Untitled Jade zabrała się za ćwiczenia.Untitled Od lewej Blondi, Dan - mój szef i z prawej host imprezy, Brian z Kanady.Untitled Untitled Julissa i Jade.Untitled Untitled Sharon z Kanady zatrzymała się u nas na kilka dni. Ma własny biznes z wegańskimi wypiekami, a poza tym gra na gitarze i pięknie śpiewa.
Untitled Untitled Ze Svenem z NZ i jego dziewczyną Jess najprawdopodobniej zobaczę się w Nicaragui, bo podążają podobną trasą do mnie.Untitled Pod koniec imprezy Sharon i mój kumpel z Niemiec wyciągnęli gitary.Untitled Untitled Jason z Nowej Zelandii.Untitled Po imprezie przenieśliśmy się do naszego hostelu. Sharon grała i śpiewała przez następne dwie godziny, a ja nie mogłam powstrzymać łez na kilku kawałkach.Untitled
Jedna z lepszych imprez ever i najlepszy wieczór w Puerto Escondido.

9 maj 2014

San Jose del Pacifico.

To już nie jest ten sam odcinek trasy do miasta i z powrotem, którego zazwyczaj zresztą nie widzę siedząc w niebieskim namiocie colectivo.
Jedziemy na południe, oddalam sie od Puerto Escondido. Patrzę na zmieniający sie za oknem krajobraz i myśle, ze dawno nie byłam w drodze. Teoretycznie od stycznia, ale zadomowilam sie w Puerto na dobre. Zapomniałam, ze jestem w podróży i żyję z tego co mam w plecaku, a nie w szafie.

Któregoś wieczoru pomagałam w kuchni. Stałam na krześle i sięgałam po coś wysoko na półce, kiedy Wendy, nasza barmanka powiedziała do nowo przybyłych gości – my też mamy tutaj Ulę – i wskazała na mnie, a ja nie wiedząc dokładnie o co chodzi pomachalam do przybyłych gości.
Okazało sie, ze Ula, Agata i Piotrek sa z Polski. Pierwsi goście w hostelu z Polski odkąd tu jestem i pierwsi Polacy jakich spotykam od prawie trzech miesięcy.
Piotrek przez 15 lat mieszkał w Stanach, ale zdecydował się na przeprowadzkę do Polski. Zanim jednak wróci do kraju, chce powłóczyć się po świecie.
Agata - siostra Piotrka i Ula - mama, przyleciały w odwiedziny. Od razu polubiłam ich, bardzo wyluzowana rodzina, z wyjątkowo wyluzowaną mamą na czele, która zapewne dogadałaby się z moją.
Chociaż cała trójka jest z Łodzi, szybko znaleźliśmy wspólnych znajomych. Piotrek tak jak ja trenował pływanie, a kiedy powiedziałam Agacie o moim blogu okazało się, że czytają go jej znajomi.

Po kilku dniach pożegnaliśmy Ulę, a Agata z Piotrkiem mieli jeszcze kilka planów do zrealizowania przed powrotem Agaty do domu.
Wracając któregoś poranka z surfingu wpadłam na pomysł wybrania sie z nimi w góry, do miejscowości, ktora polecało mi wczesniej kilku znajomuch. To była ostatnia okazja przez wyjazdem stąd, a to pozytywne rodzeństwo było doskonałym towarzystwem na taką wycieczkę. Mój szef też uznał to za dobry pomysł i bez problemu dostałam wolne.

San Jose del Pacifico jest położonym wysoko w górach miasteczkiem. Teoretycznie nie różni sie wiele od innych mijanych w drodze do stolicy stanu Oaxaca, ale od czasu do czasu wysiada z mini vana jakiś gringo. Jednym z głównych powodów popularności San Jose są grzyby halucynogenne, które rosną w okolicy. Sezon na nie trwa przede wszystkim latem, ale zasuszona forma przedłuża okres ich dostępności.

Jak tylko wysiedliśmy na miejscu z vana, mieliśmy wokół siebie przyjaciół. Lokalne psy z radością odprowadziły nas do hostelu. Jeden z nich, kulawy Chuapito – jak nazwał go Piotrek – został z nami przez całą długość pobytu. Kiedy wstawaliśmy rano czekał za płotem, odprowadzał nas wszędzie gdzie szliśmy i wracał. Był tak dzielny, że kupiłam mu torbę kości w mięsnym.

Hostel polecił mi Ben, bo sam odwiedził to miejsce w jednej ze swoich podróży i miał do niego spory sentynemt. Nazywanie Casa de Catalina hostelem to może i nawet przesada, ale dobrze wpasował sie w klimat miejsca. Drewniana chata o wnętrzu, które spokojnie mogłoby należeć do Włóczykija i jego ziomów.
Weszliśmy do środka. Pod oknem na przedłużonym parapecie leżały koce i poduszki, gdzie w dzień spały koty, a wieczorem ludzie. W kuchni gotowało posiłek kilka osób. Skierowali nas do Fernando, który po chwili się odnalazł i zaprowadził na górę, żeby sprawdzić czy są wolne miejsca. Znalazły się dla nas dwa łóżka. Jedno wystarczająco duże, żebym mogła dzielić je z Agata i pojedyncze dla Piotrka w drugiej chatce. Naszymi współlokatorami był dziwny, w pozytywnym tego słowa znaczeniu Australijczyk i jeszcze dziwniejszy Meksykanin, któremu nie zamykały sie usta, a palona kilka razy dziennie trawa nie ściągala uśmiechu z ust. Tito ciagle mówił do nas po hiszpańsku, zreszta w zawrotnym tempie, ale jednocześnie używał prostego języka i ciagle był gotowy wyjaśniać to, czego nie rozumielismy. A rozumieliśmy zaskakująco duzo i szybko doszłam do wniosku, ze po tygodniu spędzonym sam na sam z Tito, mój hiszpański wskoczyłby na kolejny poziom. Pewnie miałabym też ochotę zakneblować mu usta po pierwszych dwóch, ale dla dobra mojego hiszpańskiego postarałabym się o cierpliwość. Tito przyjechał ze świeżo zakupioną w San Christobal niebieską gitara i marzył o podróży do Indii.
Z kolei Neil z Australii podróżował z grubym zeszytem, a kartki zapełniał rysunkami krajobrazów, które zainspirowały go w podróży. Na jednej stronie znalazł sie widok z tarasu hostelu. Byliśmy ponad chmurami, które nieustannie wędrowały zmieniając wygląd otoczenia co kilka minut.


Pierwsza przesiadka.
Banany o różnych barwach, rozmiarach i kształtach, a wszystkie trzy razy smaczniejsze od tych z naklejkami.
Zamiast kanapki z pasztetem, kiść bananów na drogę.
Przerwa na posiłek.

Casa de Catalina.
Nasz pokój. Po dwóch miesiącach upału w Puerto Escondido dziwnie było założyć coś z długim rękawem, spać pod dwoma kocami i w ogóle odczuwać zimno. A w nocy naprawdę nie było ciepło, wysokość 2500 m.n.p.m zrobiła swoje.
Gitara Tito.

W hostelu zatrzymała się hippie rodzina z Urugwaju, a pierwszego wieczoru dojechała Belgijka z synem, którego zamiłowanie do wędzonych ryb podpowiedziało mi, że już niejedno widział, niejedno jadł i musi być hippie dzieckiem jak jego koleżanka z Urugwaju.
Neil i zeszyt podróżny.
Nudna zupa z krewetkami i fasolą + sucha tortilla.
Centrum miasteczka.
Widok z hostelu.
Nasz taras.

Wieczór w hostelu.
Drugiego dnia zapisaliśmy się na Temazcal, tradycyjną saunę parową. Don Navarro jest osobą, do której mieliśmy się zgłosić. Zaprowadził nas do swojego domu, a Chuapito oczywiście poszedł z nami.
W garnku parzyła się już herbata ziołowa.
Weszliśmy do czegoś na kształt iglo, a Don Navarro po chwili przyniósł gorące kamienie, które za pomocą związanych gałązek okrapialiśmy naparem z ziół.

Po kilku seriach w saunie i zimnym prysznicu czekała na nas ziołowa herbata. W sezonie grzybowym Don Navarro podaje herbatę z grzybami halucynogennymi, a potem można być radosnym i hasać po łące na terenie jego posiadłości.
Powrotny spacer do miasteczka.

Piotrek i Agata.
Po dwóch dniach pożegnałam Piotrka i Agatę. Oni pojechali w stronę Oaxacy, a ja z powrotem nad ocean. Z rana byłam wysoko w górach, a w obiad już surfowałam.