25 mar 2011

Przepis na Banoffee Pie.

Deser ten poznałam, kiedy kilka lat temu pracowałam w kuchni francuskiej restauracji w Londynie i pewnie już zawsze będzie mi się kojarzył z tamtym miejscem.
Jest bardzo łatwy w przygotowaniu, wymaga niewielu składników i łączy w sobie genialne smaki bananów, toffi i bitej śmietany.

Untitled

Składniki:

Spód:
1, 5 szklanki pokruszonych ciastek digestive lub innych owsianych czy wieloziarnistych
100g miękkiego masła 

Nadzienie:
1 puszka ugotowanego wcześniej skondensowanego mleka lub gotowej masy krówkowej
1,5 szklanki śmietany kremówki
3 duże banany
1 łyżeczka olejku/esencji waniliowej


Przygotowanie:

Rozgrzać piekarnik do 180'C.

Ciasteczka wymieszać w misce z miękkim masłem, a następnie ugnieść je na niewielkiej okrągłej tortownicy lub formie do tart. Wsadzić do piekarnika na 5- 8minut po czym wyciągnąć i całkowicie ostudzić.

Pokroić banany w plasterki i ułożyć na spodzie ciasta. Przykryć banany masą krówkową, jeżeli ciężko jest ją rozsmarować, to przed smarowaniem warto jest moczyć łyżkę/szpatułkę w szklance z gorącą wodą.
Ubić bitą śmietanę z dodatkiem esencji waniliowej i sztywny krem rozsmarować  na warstwie toffi. Tutaj też przyda się szklanka z gorącą wodą, bo rozgrzana szpatułka/nóż pomoże wyrównać na wierzchu bitą śmietanę.

24 mar 2011

Average work day.

Dodałam kiedyś posta z mojego przeciętnego dnia pracy w Kalifornii, a od dłuższego czasu jestem proszona również o taki z Nowego Jorku, tylko nie chce mi się bawić w zdjęcia jak poprzednio, będzie sam tekst.

Porównując oba miejsca, to tutejszą pracę uznaję za lżejszą, mimo że tej w Kalifornii też nie uważałam za trudną. Tam na pewno minusem było to, że ciągle ktoś był w domu. Host mama pracowała w domu, mój host tata też w nim często bywał, a to utrudnia pracę, bo ciągle ktoś 'patrzył mi na ręce'.
W Nowym Jorku nie zdarza mi się pracować, kiedy rodzice są w domu, bo z momentem, kiedy wracają z pracy, ja swoją kończę. Daje mi to dużą swobodę.

Plan pracy:
poniedziałek: 8-9, 12-18
wtorek: 12-18
środa: 8-9, 12-18
czwartek: 12-18
piątek 8-9, 12-18
weekendy wolne

Trzy razy w tygodniu odprowadzam dzieci do szkoły, stąd ta godzina pracy rano, później czas wolny i dalsza część.
Przyznam, że zabieranie dzieci do szkoły jest moją najmniej lubianą czynnością pracy. Ranny autobus jest zazwyczaj zatłoczony, na ulicach są mniejsze/większe korki i żeby dojechać do szkoły na 9, muszę wyjść z domu ok 8:15. Z powrotem w domu jestem zazwyczaj o 9:15, bo tak krótko trwa droga powrotna.

Co robimy, kiedy odbiorę bliźniaki ze szkoły, to już zależy. Opcji jest kilka:
1. Robię im lunch, dzieci oglądają TV, idą spać na 1-1,5h, a kiedy wstają to jest ok 15-16. Wtedy jedzą przekąskę, czasem narysują jakiś obrazek. Średnio raz w tygodniu spotykamy się z ich znajomymi z trzeciego piętra, raz my idziemy do nich, następnym razem oni przychodzą do nas.

2. Po szkole mamy play date, czyli idziemy do domu jakiegoś dziecka z ich klasy, albo ono przychodzi do nas. Mamy grupę pięciorga dzieci, z którymi często się spotykamy, średnio trzy razy w tygodniu.
Kiedy idziemy do czyjegoś domu, to niania odpowiada za lunch, przygotowuje coś dla dzieci i opiekunki/nek
Jeżeli ktoś przychodzi do nas, to ja przygotowuję jedzenie.

3. Kiedy było ciepło, to chodziliśmy na place zabaw, do Central Parku, niedługo znowu zaczniemy. Zdarza się, że chodzimy też do biblioteki.

4. Czasami, kiedy bliźniaki mają wolne od szkoły, to robimy coś 'specjalnego'. Idziemy do kina, muzeum, sali zabaw itp.

Nianie, z którymi mam do czynienia, to przede wszystkim starsze kobiety, po 50tce, z różnych krajów. Dwie są z Indii, jedna z Ekwadoru, Gujany i Polski, zresztą nie tylko niania, bo mama jednej koleżanki bliźniaków jest Polką. Patrząc na wszystkie nianie ze szkoły, to narodowości jest znacznie więcej, ale z tymi powyżej spotykam się najczęściej. Wszystkie, poza kobietą z Gujany słabo znają angielski, ale wszystkie są sympatyczne.

Host rodzina.
Powiedziałabym, że trafiłam na idealną host rodzinę.
Już tą w Kalifornii bardzo lubiłam i świetnie się z nimi dogadywałam, ale kobiety to jednak zawsze wyszukają jakieś mniejsze/większe problemy. A kiedy matkę zastępuję kolejny tata, jak w tym domu, to powstaje host rodzina idealna;).
Ani razu nie zdarzyło mi się, żeby ojcowie zwrócili mi na cokolwiek uwagę, powiedzieli coś uszczypliwego, niemiłego, czy cokolwiek, co sprawiłoby, że poczułabym się źle. Na początku powiedzieli mi, że tak naprawdę, to mogę robić z dziećmi co chcę, byleby tylko były bezpieczne.
Mam wrażenie, że nic tu nie muszę, np. odkurzam czasami mieszkanie, robię pranie dzieci, składam ubrania, gotuję dla całej rodziny kolację, ale nie dlatego, że mi kazano, tylko robię to z własnej woli, co daje naprawdę duży komfort pracy.
Więcej czasu spędzam z Richem, bo Zack często podróżuje z pracy i ogólnie rzadziej bywa w domu, ale to właśnie przed nim otwieram się bardziej i mówię mu o rzeczach, które niekoniecznie powiedziałabym Richowi. Zack jest baaardzo sympatyczny, świetnie prowadzi konwersacje i nie da się go nie lubić, ale to on ma cięższy charakter. Drażnią go różne drobnostki, jest strasznym snobem, jest wredny (ale jest to raczej śmieszne niż negatywne) i ogólnie mamy z Richem mnóstwo śmiechu z niego. Dobrze, że ja znam ten typ osobowości i z góry wiem, co mogłoby go denerwować i pewnie przez to też, że nigdy nie stoję mu na drodze, tak mnie lubi.
To trochę dziwne, ale z Richem i Zackiem śmieję się tu najbardziej ze wszystkich ludzi jakie znam. Nie ze znajomymi, ale właśnie z nimi. Jak już zaczniemy się śmiać, to płaczę po kilka razy, a ostatnio się prawie posikałam;).
Fajne jest mieszkanie w miejscu, w którym się pracuje. Kiedy odprowadzam dzieci do szkoły, to wstaję 15min przed wyjściem, bo one są już po śniadaniu, ubrane i gotowe do wyjścia, a ja tylko idę do łazienki, czasami coś zjem, innym razem po powrocie do domu i jestem gotowa do pracy.
Kiedy bliźniaki mają wolnę, to wstaję z chwilą, kiedy rodzice wychodzą z domu. One oglądają rano TV, a wtedy ja jem śniadanie, ubieram się itd. Nie wymyślam im zabaw, czasami gram z nimi w gry, czytam książki, podsuwam kredki, wycinanki, papier itp, ale wychodzę z założenia, że skoro jest ich dwójka, to mogą bawić się sami, nie muszę czołgać się pod stołem;).
Właśnie zaletą opieki nad nimi jest to, że mogą oglądać TV. Zazwyczaj rodzice zakazują nianiom włączania TV, bo to ułatwienie, rodzice wolą zostawiać na czas, kiedy oni zajmują się dziećmi, albo w ogóle nie chcą, żeby dziecko oglądało telewizję.
"Moje" dzieci nie mają ograniczeń w tej kwesti, byle tylko oczywiście nie oglądały jej cały dzień.
Fajne jest też to, że Rich zawsze zostawia mi pieniądze, które mogę wydać na coś dla dzieci, do domu czy dla siebie do jedzenia. Nie muszę przynosić żadnych paragonów, mówić co kupiłam itd. Jak Rich widzi, że w szufladzie jest mniej niż 20$, to dorzuca z 40-60$.
W Kalifornii musiałam wydawać pieniądze na paliwo, jeżdżąc w czasie wolnym do San Francisco. Zdarzały się opłaty za parking czy mandaty za parkowanie w czasie czyszczenia ulic, a tutaj takich kosztów w ogóle nie mam. Co więcej, host rodzina co miesiąc kupuje mi kartę na nieograniczony transport w Nowym Jorku za 104$ i to jest z pewnością duża oszczędność.

Homoseksualni rodzice.
Mój pobyt tutaj jest tym bardziej interesujący, że para gejów i ich bliźniaki, to raczej niecodzienny model rodziny.
Zack i Rich są biologicznymi ojcami swoich dzieci, komórkę jajową pobrali od anonimowej kobiety, a jeszcze kto inny nosił ciążę. Z kobietą, która urodziła Madeline i Dereka są nadal w kontakcie, a dzieci wiedzą, że Chelsea nosiła ich w brzuchu. Pytań na razie nie zadają, są jeszcze za mali. Zack i Rich czasami żartują na temat tego, jak to będzie, kiedy bliźniaki zaczną pytać;).
Czy widzę jakieś różnice między "moimi" dziećmi, a takimi, które mają mamę i tatę? Żadnych.
Na Richa mówią "Dad" lub "Dada", a Zack to "Daddy". Tak, jak dzieci zazwyczaj bardziej związane są z mamą, płaczą za nią, marzą o jej bliskości, kiedy źle się czują, tak w tej rodzinie mamą jest Rich. Gdybym jednak miała wskazać, kto w tym związku jest kobietą, a kto facetem, to byłoby na odwrót. Po Richu zupełnie nie widać, że jest gejem, bo Zacku, tak.
Tutaj muszę też dodać, że moi host ojcowie są świetnymi rodzicami. Lepszymi od wielu rodzin, które miałam okazję poznać. Mimo że są bogaci, to dzieci wcale nie są rozpuszczone. Okazują im dużo miłości, bardzo dużo tłumaczą, zwracają uwagę na nieodpowiednie zachowania i nie dają sobie wskakiwać na głowę, co często zdarza się w innych domach.

Maddie, 4lata.
Jest sprytna, zwinna, w przyszłości na pewno dobrze będzie radzić sobie w sporcie. Lepiej od Dereka radzi sobie w kontaktach międzyludzkich, jest otwarta, emocjonalna, żądna przygód, odważna, ale też posłuszna. Tak jak to z dziewczynkami bywa, jest bardziej czuła. To ona gra rolę "starszej siostry" i w przyszłości pewnie będzie opiekować się Derekiem;). Wkurza mnie napadami złości/smutku, bo wtedy głośno płacze i krzyczy.

Derek.
Inteligentny, delikatny, wrażliwy, Lubić liczyć, literować wyrazy, jest w tym dokładny, często pyta mnie jak się coś się piszę. Przy okazji jest trochę 'sierotowaty'. To on płacze jak się przewróci, nie potrafi kombinować, żeby sobie poradzić. Wolnym duchem, to on raczej też nie będzie;). Wkurza mnie pyskowaniem, ale jak można się spodziewać po czterolatku, często to co mówi, nie ma żadnego sensu;).

Gdyby spytać mnie, kim jest mi się łatwiej zajmować, to powiedziałabym, że Maddie, za to w przypadku moich host ojców jest odwrotnie. Przy nich Derek jest tym "łatwiejszym dzieckiem" ;).
Bliźniaki mnie lubią, Maddie często się przytula i powtarza, że mnie kocha.
Jestem dla nich wymagająca, nie pozwalam na dużo i ogólnie trzymam w pionie;).


Tak się tu wszyscy dobrze dogadujemy, że w okresie świąt Bożego Narodzenia Rich i Zack zaproponowali mi, że jeśli dostanę się tu na studia, to jak najbardziej mogę dalej z nimi mieszkać.
W przyszłym roku bliźniaki będą chodziły do szkoły w godzinach 9-15, więc gdybym wzięła poranne zajęcia, to mogłabym przedpołudniem chodzić do szkoły, a popołudniu pracować. Mi to zdecydowanie odpowiada, bo gdybym chciała zamieszkać sama, to musiałabym się wyprowadzić kawał drogi od Manhattanu, dojeżdzać i pewnie ledwo starczałoby mi na wszystko pieniędzy. Tutaj mieszkam w centrum Nowego Jorku, w pokoju, za który normalnie musiałabym płacić miesięcznie z 1500$.
Zobaczymy więc jak to będzie, wyniki z tutejszej szkoły powinnam dostać w ciągu miesiąca.

Image and video hosting by TinyPic
Od lewej: Rich, moja mama, Zack.

23 mar 2011

3191 Miles Apart.

Stephanie i Maria (podpisująca się jako Mav) prowadzą lubianego przeze mnie bloga 3191 Miles Apart. Obie mieszkają w Portland, jednak po dwóch stronach kraju, na zachodzie w Oregonie i Maine, na wschodnim wybrzeżu. Spotkały się ze sobą tylko raz, a poznały w internecie, dzieląc podobne zainteresowania, miłość do uwieczniania ulotnych chwil, szczegółów, samotności i spokoju. Stąd powstał blog 3191 Miles Apart, którego nazwa wzięła się z dzielącej je odległości. Stephanie i Maria uaktualniają bloga zazwyczaj w piątki. Nie konsultują wcześniej swoich pomysłów, zdjęć, a kiedy dodają wspólnie zdjęcia, to autorką zdjęć po lewej jest zawsze Mav, a po prawej Steph.
Książka A Year of Mornings to fotograficzny zapis z wybranych poranków z całego roku (rozpoczęty 1 stycznia 2007), poranna 'rozmowa' dwóch mieszkających daleko od siebie kobiet. Obie podkreślają, że lubią wstawać wcześnie i z różnych powodów poranki są ich ulubioną częścią dnia.
W 2009 autorki wydały również książke 3191 Evenings.

















21 mar 2011

"Bill Cunningham New York"

 Bill Cunningham to 82 letni fotograf mody, który fotografował modę uliczną w czasach, kiedy The Sartorialist chodził w pieluszkach, a Face Huntera nie było jeszcze na świecie.
Oscar de la Renta powiedział, że nikt nie zna się na historii mody Nowego Jorku, tak jak Bill.
Zaczynał od projektowania kapeluszy, pisał o modzie, ale od lat ten uroczy starszy pan, który do każdej młodszej (ale nawet 50 letniej) osoby, zwraca się per "kid" (dzieciak), jeździ po NYC swoim niezniszczalnym rowerem i poluje na ciekawie ubranych ludzi. Podkreśla, że nie interesują go gwiazdy, które dostają darmowe suknie, liczą się same ubrania. Mimo że większość zdjęć, które robi nigdy nie zostają opublikowane, to przegląd jego fotografii, co tydzień można znaleźć w The New York Times. Od jakiegoś czasu, na potrzeby internetowego wydania magazynu, montowane są też krótkie video z jego zdjęciami, do których autor nagrywa swój komentarz.

Image and video hosting by TinyPic
Bill Cunningham- source

W środę byłam na premierze filmu dokumentalnego "Bill Cunningham New York". O wydarzeniu dowiedziałam się w lutym z bloga The Sartorialist i w ten sam dzień kupiłam bilety.
Pokaz odbywał się w niezależnym kinie Film Forum, które funkcjonuje od 1970 roku. Niewielka sala została wypełniona po brzegi, bo bilety zostały wyprzedane na długo przed premierą. Ekran był wielkości kilku telewzorów, a miejsce bardzo klimatyczne.



W filmie, kamera towarzyszyła Cunninghamowi w jego codzienności, przygotowaniu do pracy,  fotografowaniu ulic Nowego Jorku, późniejszym wyborze zdjęć do kolumny w magazynie.
Bohater filmu okazał się być niezwykłą osobowością, od której możnaby się wiele nauczyć. Jest prostym, skromny człowiekiem, który swoją plastikową deszczową pelerynę skleja taśmą izolacyjną tłumacząc, że skoro podrze się ponownie, to po co kupować nową? Odznakę francuskiego Ministerstwa Kultury za swój wkład w sztukę, odbierał w charakterystycznej dla niego, niebieskiej "marynarce", która okazała się być ubiorem ulicznych robotników.
Ludzie nie wiedzą o nim za wiele, nawet znajomi nie potrafią powiedzieć co robi w czasie wolnym, czy czuje się samotny, szczęśliwy itp. Jest samotnikiem i raczej nie opowiada innym o sobie.
Bill przez 60 lat mieszkał w budynku filharmonii Carnegie Hall, która od ponad stu lat oferowała mieszkania dla artystów, pamiętające niejedno wielkie nazwisko. W filmie przedstawieni są ich ostatni mieszkańcy. Poza Billem, jego przyjaciółka, 96 letnia Editta Sherman, która również spędziła w Carnegie Hall ponad 60 lat. Była zarówno modelką jak i fotografem, a w latach 70tych nawet muzą Andy'ego Warhola.
Mieszkanie Cunninghama ciężko nazwać mieszkaniem, bo jest to pomieszczenie wypełnione szafami, szufladami ze zbiorem jego twórczości, na których wisi kilka wieszaków z ubraniami, udających faktyczną szafę. Półki zapełnione są książkami o modzie, a łóżko stoi na nogach zrobionych z modowej literatury, co zresztą widać na trailerze. Artysta korzystał z łazienki na korytarzu i nigdy nie miał swojej kuchni.
 Niestety w ostatnich latach większość mieszkań została zamieniona na biura, obecnie ma tam powstać szkoła muzyczna, więc w 2010 ostatnich pięciu mieszkańców musiało się wyprowadzić. Miasto zagwarantowało im nie byle jakie 'cztery ściany', bo np. Bill dostał mieszkanie z widokiem na Central Park, ale ludzie na sali kinowej i tak kręcili z żalu głową, w tym ja.
Obejrzyjcie zresztą to video, w którym Cunningham opowiada o historii Carnegie Hall artist studios. Zaznacza, że to miejsce nie miało nic wspólnego z normalnością i było jedyne w swoim rodzaju. Wspomina muzykę, śpiew, zapach farby olejnej roznoszący się po korytarzu. Kobietę jeżdżąca po holu na monocyklu z psem na głowie, półnagich artystów, drzwi otwarte dla wszystkich, Marylin Monroe wpadająca do mieszkania Billa między zajęciami, żeby przymierzyć jego kapelusze. Prawdziwa bohema i klimat nie do wyobrażenia...
Rozbawił mnie też fragment o Edittcie Sherman, którą pasjonował balet do tego stopnia, że sama nauczyła się tańczyć i występowała dla własnej przyjemności. W tamtych czasach nie było ochrony na każdym kroku jak teraz,  więc artyści z Carnegie Hall schodzili do sali głównej i Editta tańczyła na scenie "Umierającego Łabędzia".

Image and video hosting by TinyPic
 Editta Sherman w swoim stuio w Carnegie Hall- source

Koniec filmu nie był końcem wrażeń, bo na scenę wszedł reżyser Richard Pres wraz producentem Philipem Gefterem, a na sali siedziało więcej osób z ekipy filmowej, w tym postaci z filmu, z Editta Sherman na czele!
 Twórcy opowiadali o swoim projekcie, a na koniec widownia zadawała im pytania.
Od razu na początku wspomnieli, że Bill nie planuje zobaczyć dokumentu. Spotkali go w dzień premiery w redakcji The New York Times, a on wspomniał, że widział w gazecie recenzję, pogratulował im, ucieszył się z ich sukcesu i to na tyle.
Na pytanie, ile czasu zajęło im nakręcenie filmu, odpowiedzieli, że 10 lat. Przez 8 lat namawiali Cunninghama, żeby się zgodził, a przez dwa lata faktycznie kręcili i to też tylko od czasu do czasu, kiedy bohater, zgodził się, żeby mu towarzyszono.
W filmie jest fragment, kiedy ekipa mówi do Billa, że jadą z nim do Paryża na Tydzień Mody, a on w to zupełnie nie wierzy. Reżyser później wyjaśnił, że rzeczywiście polecieli do stolicy Francji osobno, ale na miejscu fotograf był mocno zdziwiony obecnością filmowców;).

Mogłabym tak pisać o tej postaci w nieskończoność, podawać przykłady jaki z niego normalny człowiek, w jaki niesamowity sposób podchodzi do swojej pracy i streścić Wam cały film, ale na tym zakończę. Jeżeli tylko będzie mieli okazję go obejrzeć, to koniecznie to zróbcie.
Ten człowiek pokazał mi, że można odnieść sukces w świecie mody, nie będąc częścią tego całego fałszu, który otacza modę, a sam film był dla mnie chyba najbardziej inspirującym filmem dokumentalnym, jaki widziałam.

Z całego filmu, najbardziej zapadły mi w pamięć pewne słowa. Artysta przyznaje się, że nie bierze pieniędzy za swoją pracę, bo w ten sposób nikt nie może mu powiedzieć co ma robić i o to w tym wszystkim chodzi, po czym dodaje "Money is the cheapest thing, freedom is the most expensive one".
Mimo że jeszcze dwa miesiąca nie wiedziałam o tym człowieku prawie nic, to od kilku dni Bill Cunningham jest w gronie moich autorytetów.