22 sie 2011

Lollapalooza 2011, day 2.


An Horse

Black Lips


Z koncertu The Drums najlepiej pamiętam to, że było okropnie gorąco.

Deftones.


W przerwie między koncertami zjadłyśmy pizzę w stylu Chicago, deep dish. Nie miałyśmy czasu, żeby oddalać się od parku i spróbować coś z listy, więc pizza była przeciętna. Mój host tata z poprzedniej rodziny serwuje znacznie lepszą w swojej restauracji w Seattle.

The Pretty Reckles- zespół, którego wokalistką jest Jenny z Gossip Girl. Ma dobry głos, aż byłam zaskoczona, tylko trochę przesadza z wizerunkiem. Nastolatka ubrana w czarną skórę, z bardzo mocnym makijażem kreująca się na gwiazdę rocka nie wygląda zbyt wiarygodnie...


Lykke Li. Bardzo fajny koncert, szkoda tylko, że nie zaśpiewała "Possibility".



Eminem.



19 sie 2011

Lollapalooza 2011, day 1.

Lollapalooza...

Na samą myśl mam ochotę po prostu westchnąć i odpłynąć...
Ten post będzie jednym z moich ulubionych, bo pierwszy dzień festiwalu był chyba jednym z lepszych dni w moim życiu. Tyle pozytywnych emocji, teraz już w postaci wspomnień, zostanie ze mną na dłuuugo.
Piątek był początkiem tego trzydniowego szaleństwa, niepohamowanej radości i przekonania, że to festiwal nigdy się nie skończy.
Dzień świetnych koncertów w tym Coldplay, których marzyłam, żeby zobaczyć od wielu wielu lat.
Szkoda tylko, że Muse grało w tym samym czasie i musiałyśmy ich pominąć.


A wszystko zaczęło się tak niepozornie...
Pewnego majowego dnia Kasia wysłała mi na Facebooku linka do Lollapaloozy z pytaniem czy nie chciałabym się przejechać do Chicago. Z jej strony był to żart, bo nie wiedziała nawet, że w tym czasie miałam mieć akurat wakacje i zamiar odwiedzenia Chicago zanim opuszczę Stany.
W tamtym czasie wyjątkowo dopisywał mi humor, więc po kilku dniach kupiłam bilet (215$) na trzydniowy festiwal, o którym niewiele wtedy wiedziałam.
Siepień wydawał się odległy, a w między czasie znalezienie sensownego noclegu na tą datę wydawało się niemożliwe. W głowie miałyśmy już wizję spania w samochodzie, którego ostatecznie nawet nie miałyśmy do dyspozycji, ale na 2-3 tygodnie przed festiwalem zdarzył się cud.
Będąc w Atlantic City przez przypadek poznałam w środku nocy koleżankę kolegi mojej koleżanki (a jakże!), która mieszka w centrum Chicago i zaprosiła nas do siebie na okres Lollapaloozy.
Kasia przyjechała z Milwuakee w czwartek i na resztę dni w Chicago miałyśmy już idealne warunki.
Poniżej relacja z pierwszego dnia.


Z domu wyszłyśmy przedpołudniem i na śniadanie/obiad/kolację poszłyśmy do śródziemnomorskiej knajpy. Niby była dobrze oceniana, ale jako że obie wiemy jak smakują niemieckie kebaby, to nie mogłyśmy zachwycić się tamtejszym jedzeniem.

Kasia miała w torebce wódkę przywiezioną z domu i trzeba było ją z czymś wymieszać. Do głowy przyszło mi mrożone Slurpees z 7-Eleven, o którym dzień wcześniej wspominała mi Diane.

Wymieszałam różne smaki, co może nie było najlepszym pomysłem.

Wybrałyśmy największy rozmiar kubków (1.2l), bo były najbardziej kiczowate. Mój z prawej.

Poszłyśmy nad rzekę, slurpees zamieniłyśmy w margarity i kumulowałyśmy moc na festiwal.

Ta daaaaa.

Moja ładna koleżanka Kasia.

Nie dałam rady skończyć słodkiego slurpee, ale trzeba było opróżnić butelkę, więc resztę wypiłyśmy z Monsterem, napojem energetycznym.


Przed wejściem.

Pierwsze w naszym planie było The Kills i to już był bardzo dobry początek, bo koncert był świetny.



Za nami była trójka chłopaków w jeansowych szortach, każde innej długości i jakoś tam z nimi trochę pożartowałyśmy.


Na scenie Jamie Hince, świeżo upieczony małżonek Kate Moss.



Przez koncert The Kills spóźniłyśmy się trochę na Two Door Cinema Club, ale najważniejsze, że załapałyśmy się na mój ulubiony kawałek "What You Know"!

Kolejny udany koncert.

Z zaskoczenia w tłumie.

Później miałyśmy ponad godzinę do Crystal Castles, więc wraz z piwem spoczęłyśmy na trawie.

Zraszanie podgardla i bezcenna mina chłopaka za mną.


Wokalistka Crystal Castles nie czekała długo z rzuceniem się w tłum.

Na you tube nie ma jeszcze video z ich koncertu, więc dodam jak się pojawi.

Budynki otaczające park przypominały o świetnej lokalizacji festiwalu.

Ogólnie to na większości koncertów udawało nam się dopchać całkiem blisko sceny. Na Coldplay przyszłyśmy 30min przed rozpoczęciem i miałyśmy dobre miejsca przy telebimie, widząc też muzyków na scenie.

Rozpłakałam się jak dziecko po słuszeniu pierwszych nut "Lost", bo tekst tej piosenki dawał mi zawsze dużo do myślenia. Zaraz później było "Fix You" i też poleciały mi łzy. Na tym zakończyłam mazanie się, co akurat mnie zaskoczyło, bo "Clocks" również należy do poruszających mnie mocno kawałków.

Piłki w rękach tłumu.

"Every Teardrop is a Waterfall" było ostatnie, a koncert zakończył się fajerwerkami. Ich resztki miałam później we włosach;).

Koncert od 8:15 do 10 był zdecydowanie za krótki, powinien trwać całą noc;). Szkoda też, że nie zagrali "Strawberry Swing" czy "Glasses of Water", ale to tylko znak, że muszę kiedyś wybrać się na ich koncert. I wiadomo, było cudownie, na Openerze pewnie sami się przekonaliście.

Zazwyczaj puste i spokojne nocą ulice Chicago, po koncertach zapełniały się tysiącami ludzi, a mi nawet udało się na chwile porwać tłum...fajne uczucie;).

17 sie 2011

Chicago.

Chicago nie poznałam tak dobrze, jak bym chciała. Chociaż spędziłam tam większą część wyjazdu, to głównym celem była Lollapalooza i zabrakło czasu na zwiedzanie miasta w taki sposób, jaki robię to zazwyczaj. 
Pierwsze dwa dni spędziłam u Diane, która dwa lata temu, razem z Beth i Jeffem (odwiedziłam ich w Bostonie i Atlancie) uczyli angielskiego w Zielonej Górze.
Diane mieszka pod Chicago, 45 min jazdy metrem. Poznałam jej siostrę i mamę, która pochodzi z Peru, więc miałam okazję podzielić się z nią wrażeniami z zeszłorocznego wyjazdu do tego kraju.

Całe szczęście, że odwiedziłam "Wietrzne miasto" latem, bo zimy są podobno okropne,  a cały rok pogoda bardzo nieprzewidywalna, o czym zresztą przekonałam się sama. Odpowiedzialność za to ponosi jezioro Michigan nad którym leży miasto.
Myślę, że centrum Chicago najbardziej ze wszystkich amerykańskich miast przypomina Manhattan, z tą różnicą, że jest tam więcej przestrzeni, podczas gdy w Nowym Jorku wszystko jest bardzo ściśnięte.
To, co jeszcze dzieli oba miasta to fakt, że Nowy Jork nigdy nie śpi, na ulicach zawsze można kogoś spotkać, zjeść śniadanie o 3 w nocy, iść na zakupy w niedzielę wieczorem. Ulice Chicago wieczorami świeciły pustkami, a sklepy, które tutaj czynne są 24h, tam zamykano w niedzielę popołudniu, czy nawet na cały dzień.
Przyznaję też, że przywiozłam stamtąd cudowne wspomnienia, ale to przede wszystkim za sprawą Lollapaloozy, o której napiszę w następnych postach.


Centrum miasta i Grant Park w którym za dwa dni miała rozpocząć się Lollapalooza.

Lokalizacja i kształt przypomina Central Park.

Popularny Millenium Park jest częścią Grant.

Jay Pritzker Pavilion, muzyczna scena na której występuje orkiestra symfoniczna.


Trafiłyśmy na koncert, więc usiadłyśmy, żeby posłuchać.

Cloude Gate nazywana częściej The Bean, czyli fasolką. Zainspirowana rtęcią, w jej odbiciu widać panoramę miasta.



Teraz to już sama nie potrafię wskazać w którym miejscu stałyśmy.


Był upał, więc dzieciaki pluskały się w fontannie. Jak się przyjrzycie, to zobaczycie w niej twarz.



I
Te dwa brzydkie budynki były kiedyś najwyższymi aparatamentowcami na świecie.

Nad rzeką.


Tył wiadomo czyji.

W budynku Chicago Tribune.



Plaża przy Navi Pier. Nie tylko ja, ale Diane również była zaskoczona tym miejscem, a przede wszystkim kolorem wody, który na innych plażach nie jest podobno tak ładny.
Budynek z dwiema wieżami widziany w oddali to John Hancock Center, który liczy 100 pięter i jest czwartym najwyższym w Chicago, a szóstym w USA;).


Pomoczyłyśmy nogi w jeziorze Michigan, odpoczęłyśmy i poszłyśmy dalej.


Wielki sklep Hershey's, znacznie przereklamowanej czekolady.

Desery w Ghirardelli kusiły bardziej, ale na ich oglądaniu się skończyło.

Byłam podekscytowana restauracją, w której miałyśmy zjeść. XOCO pamiętałam z programu telewizyjnego na Cooking Channel, prowadzi ją słynny w Stanach szef kuchni- Rick Bayless.  Wiedziałam, że zamówię tam kanapkę, z której to miejsce niemalże słynie;).

Ahogada była  kanapką z wieprzowiną, czarną fasolą, sosem chili, piklowaną cebulą, zanurzoną w dość ostrej pomidorowej zupie. Była rewelacyjna!


Diane wybrała Chicken Tinga z kurczakiem, czarną fasolą, piklowaną cebulą, awokado, rukolą, serwowaną z  pomidorowym sosem. Jej kanapka też była pyszna, chociaż moja wygrała;).

Na deser churros z gorzką czekoladą. Te nie były już nadzwyczajne, ale po całym posiłku i tak byłam w doskonałym humorze.


Diane.

Jak nie wychodzi się dobrze na zdjęciach od przodu, to czasami warto jest się odwrócić :P.


Wnętrze budynku, którego nazwy nie pamiętam.



Jednym z bardziej charakterystycznych elementów Chicago były dla mnie zawsze tory kolejowe w centrum miasta, Loop Subway.

Biblioteka.


Budynki przy Michigan Avenue i Grant Park.

Każdy może się zmierzyć.

Wieczorem wróciłyśmy do miasteczka Diane i jak przystało na typową Amerykę, a tym bardziej Midwest, stacja i tak znajdowała się z 20min drogi od domu Diane i nie dałoby się tam dotrzeć nie mając samochodu;).