19 cze 2012

Mad Max.

Ciągle odkładałam prowadzenie Skody na później, ale w końcu trzeciego dnia zamieniłam się z Romkiem miejscami i zostałam za kierownicą do następnego dnia. Na zdjęciu wygląda, jakbym prowadziła z zamkniętymi oczami, więc potraktujcie to jako moje niezwykłe umiejętności;).
Księżycowy krajobraz.
Kolejnym etapem drogi był przejazd wyschniętym korytem rzeki.
Nie miałam za bardzo jak fotografować, więc aparat przejął Romek i zrobił większość zdjęć z tego posta.
Wjazd na plan zdjęciowy...
Na środku pustyni byliśmy świadkami nagrywania czwartej części filmu Mad Max.
Przy wyprzedzaniu filmowej ciężarówki całkiem niewiele brakowało, żebyśmy się zderzyli, ale jak już mieć wypadek, to chyba lepiej z takim pojazdem i w takim miejscu niż na ulicy w swoim mieście;).
Wraz z pojawieniem się asfaltu można było wreszcie zwiększyć prędkość. 
Przejeżdżając przez jakieś miasteczko, zauważyłam na ulicy kobietę Herero, rozpoznając ją po tradycyjnym stroju. Herero to grupa etniczna zamieszkująca południową Afrykę, głównie Namibię. Mają swój język i są dumnymi farmerami, mierzącymi zamożność po liczbie posiadanych krów.
Obiad zarezerwowany mieliśmy w zajeździe o niemieckim klimacie.
Menu nie odbiegało dużo od tego, co można zjeść za naszą zachodnią granicą- bockwurst z musztardą i sałatka ziemniaczana.
Popołudniu dotarliśmy do miejsca naszego ostatniego noclegu. Hotel znajdował się pośrodku rezerwatu dzikiej przyrody, a przed sobą mieliśmy safari, z którego zdjęcia zobaczycie w następnym poście.

17 cze 2012

Swakopmund.

Po kilku dniach spędzonych na pustyni, kolejną noc mieliśmy spędzić nad Atlantykiem, w oddalonym o ponad 250km miasteczku Swakopmund.

Tuż przed wyjazdem z Rostock Ritz. Dziennikarz w aucie wiadomo z jakiego magazynu.

Niedaleko hotelu przechodził zwrotnik Koziorożca.
Wśród naklejek na tylniej stronie znaku w lewym dolnym rogu dostrzegliśmy GKS Katowice, heh.
Krajobraz ciągle się zmieniał, niewiarygodne ile obliczy ma pustynia.
Przerwa na lunch.

Kokerboom (drzewo kołczanowe), to gatunek aloesu występujący w Afryce południowej, szczególnie na północy RPA i Namibii.

Woooohoooo!
Na ostatnim odcinku do Swakopmund pojawił się asfalt, ale otoczenie zrobiło się wyjątkowo ponure. Dookoła nie było nawet krzaczka trawy, tylko brązowa, nijaka ziemia i żadnego życia w powietrzu.

 I nagle z tego kompletnego pustkowia wyrósł nadmorski kurort. 40-tysięczne miasteczko Swakopmund dobrze pamięta okres kolonizacji niemieckiej, o czym na każdym kroku dawały sobie znać szyldy jak np. "Apotheke" czy "Bäckerei".
Zatrzymaliśmy się w najlepszym hotelu w mieście, zbudowanym wewnątrz i wokół całkowicie odrestaurowanego dworca kolejowego.
Pokoje miały oczywiście wysoki standard, ale hotel był jak każdy inny tej klasy i zdecydowanie brakowało mu wyjątkowego klimatu Rostock Ritz...
Po przyjeździe poszłam z kilkoma osobami na spacer po mieście.
Swakopmund pachniało jak San Francisco, lodowate powietrze też wydawało się znajome. Tutaj, podobnie jak w SF często występują mgły, bo zimne powietrze znad oceanu zderza się z gorącym kontynentalnym.
W tej części świata Atlantyku jeszcze nie oglądałam. Woda była zimna, a temperatura też niekoniecznie zachęcała do kąpieli.
Przy straganie z pamiątkami podszedł do nas Murzyn, zapytał skąd jesteśmy, a słysząc o Polsce od razu poruszył temat EURO. Pierwsze pytanie jakie zadał brzmiało "czy wasz kraj naprawdę jest pełen raistów? Oglądałem w TV program, w którym pokazywali jak bardzo nie lubicie czarnych". Chodziło najprawdopodobniej o wyemitowany niedawno program przez BBC, o którym było głośno także u nas, no i jak widać wieści dotarły nawet do Namibii. Zapewniliśmy pana, że nie jest tak źle i nie zagłębialiśmy się w szczegóły.
Swakopmund wyglądało mi trochę na amerykańskie miasteczko. Typowe dla Stanów skrzyżowania ze znakiem STOP z każdej strony i architektura przypominająca moją okolicę w Kalifornii.
Kolację zjedliśmy nad oceanem. Menu było raczej międzynarodowe, na przystawkę wybrałam wędzonego łososia.
Talerz owoców morza. Homar, krewetki, ostrygi i ryba. Bardzo smaczne, ale siedząc w restauracji stykającej się z Atlantykiem spodziewałam się jeszcze lepszej jakości owoców morza.
 
 Dzień przed meczem Polska- Grecja obstawialiśmy wyniki i zrzucaliśmy się po 5 euro. Na drugi dzień zwycięzca zgarnął 55€. Szkoda, że to już koniec, podobnie jak większość Polaków, jakoś nie mogę się pozbierać po wczorajszym meczu i chciałabym, żeby dzisiaj znowu była sobota i jeszcze jedna szansa...

14 cze 2012

Rostock Ritz Desert Lodge.

Zapadł zmrok, jedziemy przez pustkowie, w pewnym momencie wyrasta przed nami duża brama wjazdowa oparta na dwóch literach "R". W każdym innym miejscu, byłaby to wyraźna zapowiedź, że tuż za bramą coś się znajduje, albo zaraz po jej przekroczeniu wyrósłby hotel, ale nie w Namibii. Tutaj wolna przestrzeń i odległości nabierają innego znaczenia. Po kilku minutach jazdy z oddali migają maleńkie światełka. Odruchowo zastanawiam się co to może być, ale głos rozsądku przypomina, że jesteśmy na pustyni, dookoła nie ma nic, więc to musi być Rostock Ritz.

Nie, żebym rozbijała się po hotelach na całym świecie, bo jak wiadomo zazwyczaj ląduję w tanich hostelach, ale to było jedno z najbardziej niesamowitych miejsc, w jakich miałam okazję spać. Położony pośrodku pustyni, otoczony bajecznymi widokami i górami Rostock, skąd wzięła się nazwa hotelu. Dwanaście tysięcy hektarów, po których spacerują sobie zebry, antylopy, oryksy. Tutaj każdy wschód słońca wart jest zrywania się o wczesnej porze, a zachód słońca aż prosi się, żeby odłożyć wszystko na bok, usiąść na tarasie, lub zboczu wzgórza i patrzeć jak słońce znika za horyzontem.

W pierwszą noc w Namibii zdałam sobie również sprawę jak ciężko jest doświadczyć głuchej ciszy.
Może łatwo schować się przed hałasem w pomieszczeniu, ale znaleźć kompletną ciszę na zewnątrz? Noc jest jej nieodłącznym elementem, a jednak miasta nigdy nie milkną. Można uciec na łono natury, ale w lesie słychać trzaski gałęzi, odgłosy zwierząt, na plaży szum morza, nawet lekki podmuch wiatru jest w stanie zakłócić największy spokój.
W środku nocy w Rostock Ritz wyszłam na swój balkon, stanęłam na murku jakbym chciała usłyszeć wszystko jeszcze wyraźniej i nie wierzyłam własnym uszom. Otaczała mnie głucha cisza. Żadnego wiatru, szelestu, odgłosów zwierząt, kompletna cisza. Tylko niezwykle piękne gwieździste niebo nad głową i pustynia, która w blasku księżyca wyglądała jak pokryta śniegiem.
Wspomnienie trafiło do worka pamięci długotrwałej.


Podejrzewam, że droga pokonana na pieszo od bramy wjazdowej do hotelu zajęłaby conajmniej godzinę.

Domki przypominały bunkry. Urządzone w afrykańskim stylu świetnie wtapiały się w otoczenie.
Poranne słońce wyłaniające się zza wzgórz.
Taras wspólny dla gości.



Na śniadniu zaskoczył mnie widok słoika Marmite. To brytyjskie smarowidło do kanapek reklamuje się dobrze trafionym hasłem "Love it or hate it". Zrobione z ekstraktu z drożdży i piwa w smaku jest tak słone i kwaśne, że ciężko pozostać wobec Marmite obojętnym. A jednak w Namibii i RPA smarowidło zdobyło wystarczającą ilość zwolenników i było obecne na każdym śniadaniu.

Restauracja.
Kiedy wszyscy jedli śniadanie, wdrapałam się na pobliskie wzgórze, żeby wykorzystać szerokokątny obiektyw pożyczony od Adama i zrobić kilka zdjęć tuż przed wyjazdem.

Domek z zewnątrz.
Wnętrze pokoju.

Balkon.

Hotelowy basen.
A to już zachód słońca i zakurzona droga po przejeździe Skodami Yeti.
"The rest is silence".