19 wrz 2012

Bamboo forest.


Drugiego dnia w Kioto wsiadłyśmy w pociąg i pojechałyśmy zobaczyć jego zachodnią część, z dużą liczbą świątyń, starą zabudową i lasem bambusowym.
Wysiadłyśmy na stacji Arashiyama.
Las bambusowy zrobił na mnie duże wrażenie, był jednym z najładniejszych miejsc całego wyjazdu.


Świątynia Nonomiya.


Cmentarz.
Ciąg dalszy zdjęć z tego dnia w następnym poście.

17 wrz 2012

Shoji's CS House.

Jednym z najbardziej pozytywnych punktów naszej wizyty w Kioto było miejsce, w którym się zatrzymałyśmy. Na kilka tygodni wcześniej udało mi się znaleźć nocleg u Couchsurfera, który już po ilości i treści referencji na swoim profilu wydawał się dość niezwykły. Shoji, to 49-letni farmer, zna angielski na poziomie początkującym, a mimo to nic nie powstrzymuje go od nawiązywania kontaktów z ludźmi z innych krajów. Przyznał, że wiadomości od Couchsurferów tłumaczy najczęściej z Google Translate, w tym samym programie pisze odpowiedź po japońsku, tłumaczy na angielski i wysyła.
Jeżeli już samo goszczenie obcych ludzi wydaje Wam się dziwne, wyobraźcie sobie, że Shoji udostępnia dla nich cały dom. Z żoną i córkami mieszka w innym miejscu, a zamiast wynajmować drugi dom i mieć z niego dochód, zamienił go na nocleg dla podróżujących i dokłada do interesu z własnej kieszeni. Kiedy zgodził się nas ugościć, w jednej z kolejnych wiadomości dostałam wskazówki jak dostać się do CS House, z informacją, że klucz będzie przyklejony taśmą do spodu skryznki na listy.  W każdej chwilii mogą przyjechać inni Couchsurferzy, dlatego klucz pozostaje zawsze w tym samym miejscu.
Był to tradycyjny japoński dom, z przesuwanymi drzwiami, matami tatami na podłogach, meblami, materacami i łazienką w japońskim stylu. Buty zostawia się tuż przy wejściu i chodzi boso. Tylko ściany nie wyglądały zwyczajnie, bo pokryte były podpisami, rysunkami i podziękowaniami zostawionymi przez ludzi z całego świata. Ciągle zawieszałyśmy na nich wzrok i ciągle odkrywałyśmy jakieś nowe. To było chyba w tym domu najbardziej niesamowite.
 Shoji twierdzi, że od początku od kiedy gości Couchsurferów (2008 rok jeśli się nie mylę), zatrzymało się u niego ok. 1500 osób. Ma założony kalendarz, w którym zapisuje terminy i odmawia, jeśli danego dnia zatrzymuje się za dużo podróżujących. Zagląda do CS House wieczorami w dni, kiedy pojawia się ktoś nowy. Ma bardzo zabawny sposób bycia, mówi w śmieszny sposób i chyba nie zapomnimy z Bzu jego min, angielskiego brzmiącego jak japoński i reakcji w różnych sytuacjach.
Kiedy pierwszej nocy szłyśmy spać, w domu byłyśmy same, ale z rana okazało się, że późnym wieczorem dotarła jeszcze para z Kalifornii. Przegadałyśmy z nimi większość czasu spędzonego w domu, a w ostatni wieczór dołączyły do nas jeszcze dwie Niemki. Shoji wspominał, że największa liczba osób, jaka zatrzymała się w CS House, to kilkanaście osób. Nie wiem gdzie się pomieścili, chyba jedna osoba spała na drugiej, ale pewne jest, że nikt nie zapomni domu z Kioto, który znakomicie oddaje ideę Couchsurfingu.


Moja mama miała już okazję sprawdzić się jako goszcząca Couchsurferka, ale to był dla niej debiut jeśli chodzi o spanie u kogoś. Domem Shojiego była zachwycona tak jak każdy z nas.
Shoji dostał od nas Żołądkową Gorzką, a przez innych gości z Polski w przeszłości znana była mu już Żubrówka.
Bzu zadbała, żebyśmy po sobie ślad.
W kolejnych postach zobaczycie więcej zdjęć z Kioto.


15 wrz 2012

Kyoto station.

Nowoczosny dworzec w Kioto jest drugim największym dworcem w kraju i jednym z największych budynków w Japonii.
Pierwszy dzień w Kioto poświęciłyśmy na zwiedzenie starego miasta.
Napojem na który najczęściej trafiałyśmy w Japonii była herbata z prażonego ryżu. Miałam wrażenie, że woda z garnka po przypalonym ryżu smakowałaby podobnie. Raz zobaczyłam w automacie herbatę, która wyglądała jak pyszna zielona o smaku ryżu, ktorą piłam w Bangkoku, więc ucieszyłam się, że znowu jej spróbuję. Niestety po raz kolejny okazała się tą drugą. Słodkie napoje bywały miłą odmianą, zwłaszcza pyszna woda brzoskwiniowa ze zdjęcia wyżej. W ogóle zaletą japońskich napojów było to, że były mniej słodkie niż europejskie i oczywiście amerykańskie.
Konnichiwa lovers!
Ciacha wyglądały bardzo apetycznie, zwłaszcza te z zieloną herbatą, ale przeszłyśmy obok bez spróbowania, a teraz żałuję;).
Rodzina pracuje nad wyglądem ołtarzyka.
Stare miasto kryło uliczki z pięknymi starymi japońskimi domami.
Na jednym z ołtarzyków zobaczyłyśmy dwie butelki soku, jabłko, ziemniaki, a po chwili z domu obok wyjrzał serdeczny starszy pan.

Kasia oczarowała pana swoim biegłym japońskim, jak widać język gestów był zbędny.
Świetna mina i poza do zdjęcia, heh.
Odwiedziłyśmy pobliskie świątynie.

Kioto nocą.
Wieczorem na dworcu odbywał się koncert muzyki klasycznej, ale kiedy wjechałyśmy na górę zobaczyć scenę, akurat się zakończył.
Wjazd na samą górę wiązał się z pokonaniem chyba z 7 osobnych schodów ruchomych pod rząd. Dopiero tam dało się poczuć jak ogromny był ten dworzec.



Wczoraj wystawiłam na Allegro książki na temat fotografii, gotowania, przewodniki alternatywne, wszystkie przywiezione ze Stanów. Aukcja potrwa jeszcze 4 dni.