8 paź 2011

Pierwszy tydzień szkoły za mną.
Niby początkowe zajęcia to tylko wprowadzenie, ale na każdych ruszyliśmy już z materiałem.
Wszystkie lekcje rozpoczynały się od otrzymania 'przewodnika' po danym przedmiocie. Są tam omówione zajęcia na każdy tydzień wraz z tym, co trzeba po nich przeczytać, daty złożenia prac domowych, dane kontaktowe nauczyciela itp.
Semestr ma 12 tygodni i dodatkowo dzieli się jakby na dwa, bo z każdego przedmiotu w szóstym tygodniu trzeba oddać jakąś pracę. Najczęściej esej, czasem pracę grupową. Kolejne zadania będą do oddania w 12stym tygodniu i wtedy też są egzaminy z niektórych przedmiotów, ale zazwyczaj w formie testu, z niektórymi pytaniami otwartymi.
Wszyscy nauczyciele wydają się być normalni, są bardzo uprzejmi, gotowi do pomocy i mówi się do nich po imieniu niezależnie od wieku. Wszystkich bez problemów można zrozumieć, bo mówią tzw. bbc english, czego nie można już powiedzieć o studentach. Część ludzi oczywiście mówi normalnie, ale niektórzy mają tak mocny akcent, a do tego mówią tak niedbale, że rozumiem 1/3 tego co mówią;).
Obawiałam się, że otoczona 18-19sto latkami będę czuła się na tych studiach po prostu stara. Okazało się, że w grupie mam nawet ludzi starszych od siebie;).

Bardzo mi się podoba podejście szkoły do praktyk. Na pierwszym roku obejmują trzy tygodnie w czerwcu, więc to aż niewiarygodne, że mówi się o nich od pierwszego tygodnia. Mamy zresztą zajęcia, które dotyczą samych praktyk. Prowadząca przedstawiła nam dostępne  dziedziny, w zależności od zainteresowań w temacie jedzenia/konsumenta. Możliwości jest naprawdę mnóstwo, kilka przykładowych to nauczanie technologii żywienia, handel detaliczny, rozwój produktu, reklama, media. Już na koniec zajęć dostaliśmy do wypełnienia formularz czym moglibyśmy być zainteresowani, jakie mamy kwalifikacje/doświadczenie, co nam się najbardziej podoba na studiach itp. W kolejnych tygodniach będziemy pracować nad CV, później czekają nas indywidualne spotkania z prowadzącą, żeby mogła nas lepiej poznać, dowiedzieć się w czym jesteśmy dobrzy i co chcielibyśmy robić w przyszłości. Lokalizacja może być dowolna na terenie UK, a kontakty możemy wyszukiwać również sami.
Wiedząc gdzie mogłabym odbyć praktyki, wydaje mi się to najciekawszym elementem tego roku szkolnego, więc chyba mam dobrą motywację na przetrwanie pierwszego roku.

W środę rano miałam pierwsze zajęcia praktyczne w kuchni i były chyba najfajniejszymi w jakich kiedykolwiek uczestniczyłam w szkole. Tematem zajęć były zmysły w świecie kulinarnym. Najpierw nauczycielka wyświetliła prezentację, a później przygotowano dla nas dziewięć stanowisk, na których próbowaliśmy różnych rzeczy i notowaliśmy wyniki. Naszym zadaniem było np. spróbowanie wody z czterech dzbanków, która była z czymś zmieszana i opisanie jej smaku. Inne stanowisko to trzy czerwone galaretki (limonkowa, cytrynowa i czarna porzeczka) i trzeba było odgadnąć smak każdej z nich. Opisywaliśmy wygląd ciastek, ich teksturę, smak, ale nie można było używać słów prostych słów typu "dobre/niedobre/brzydkie/ładne", tylko bardziej wyszukane słownictwo. Próbowaliśmy krakersów o różnym stopniu świeżości (otwarte tego samego dnia, dzień i dwa wcześniej) i mieliśmy ocenić, które są najświeższe, a które najstarsze i wiele innych. Fajna zabawa;).
Za tydzien zaczniemy gotować. Tematem zajęć będzie wypiekanie chleba i każdy z nas będzie musiał upiec focaccię. Przepis otrzymaliśmy już w środę, ale będzie można go podkręcić według własnej inwencji i dostępnych składników. Nie mogę się doczekać!


P.S. Ponownie wystawiłam na Allegro Canona 550d.

6 paź 2011

How to live before you die.

Na krótko przed moim wyjazdem z Nowego Jorku świat obiegła informacja o rezygnacji Steve'a Jobsa ze stanowiska szefa w Apple. Następny numer amerykańskiego Newsweeka poświęcony był właśnie temu geniuszowi. Wyczytałam tam wiele informacji z jego życia, o których wcześniej nie miałam pojęcia i nawet przywiozłam ten numer ze sobą do Polski. Jeden z artykułów wspominał jego słynne wystąpienie na Uniwersytecie Stanford w 2005 roku.
Wczoraj Steve Jobs zmarł po wieloletniej walce z rakiem. Był jednym z najbogatszych ludzi na świecie, ale żadne pieniądze nie były w stanie go wyleczyć, co przy okazji przypomina o ich niewielkim znaczeniu w życiu każdego z nas...
Dzisiaj natrafiłam na video z wystąpienia Jobsa na Stanford.
Kilka zdań sprawiło, że zalałam się łzami i właśnie te fragmenty postanowiłam tutaj przytoczyć.



"Sometimes life hits you in the head with a brick. Don’t lose faith.  I’m convinced that the only thing that kept me going was that I loved  what I did. You’ve got to find what you love. And that is as true for  your work as it is for your lovers. Your work is going to fill a large  part of your life, and the only way to be truly satisfied is to do what  you believe is great work. And the only way to do great work is to love  what you do. If you haven’t found it yet, keep looking. Don’t settle. As  with all matters of the heart, you’ll know when you find it. And, like any great relationship, it just gets better and better as the years roll on. So keep looking until you find it. Don’t settle."




Tutaj możecie obejrzeć 15minutowy fragment z wystąpienia. Oglądajcie, słuchajcie i inspirujcie się, a dla tych, którzy nie znają angielskiego- Gazeta Wyborcza przetłumaczyła całość.



"Your time is limited, so don’t waste it living someone else’s life.  Don’t be trapped by dogma – which is living with the results of other  people’s thinking. Don’t let the noise of other’s opinions drown out  your own inner voice. And most important, have the courage to follow  your heart and intuition. They somehow already know what you truly want  to become. Everything else is secondary."







3 paź 2011

“The present in New York is so powerful that the past is lost.”

Deszczowa aura w przeddzień mojego wyjazdu z Nowego Jorku.

Stojąc na dachu lubiłam wychylać się przez barierki i czasami nawet przez kilkanaście minut obserwowałam z lotu ptaka życie na  2nd Avenue. Samochody wydawały się zabawkami, a ludzie postaciami z The Sims, które z pomocą kliknięcia myszki mogłabym podnieść i postawić w innym, dowolnym miejscu.
Słuchałam odgłosów syren, klaksonów, potężnych ciężarówek trzęsących ziemią, obserwowałam ludzi siedzących na zewnątrz restauracji i brawurową jazdę taksówkarzy.
Wypatrywałam odległych niebieskich świateł ekspresowych autobusów nadjeżdżających z Bronxu.
Potrafiłam nawet zgłodnieć, kiedy 23ego piętra dosięgał zapach wypiekanego chleba z piekarni na 78th St. Wodziłam wzrokiem za samolotami przecinającymi niebo nad Manhattanem, podziwiałam najpiękniejsze zachody słońca, a nocą na marne wypatrywałam gwiazd, które zawsze bledły oślepiane światłami nieskończonej liczby wieżowców.
Brakuje mi tej wielokrotnie przeklinanej Drugiej Alei i dachu, na którym tyle razy wyznawałam miłość Miastu...


The Sims.

2 paź 2011

Sik Gaek.

Nie mogę uwierzyć, że jeszcze miesiąc temu byłam w Nowym Jorku. Czuję się jakby minął rok i jakbym w Anglii była od co najmniej miesiąca, a nie tygodnia.
Mam jeszcze dużo zdjęć ze Stanów, które nigdy nie ujrzały światła dziennego, więc szykujcie się na krótkie wizyty w NYC.
Dzisiaj o koreańskiej kolacji, którą zaliczyłyśmy z Kasią w jej ostatni wieczór, a było to równo miesiąc temu. Echhh...to był piękny tydzień, prawie każdego dnia jadłam w restauracjach, o czym teraz mogę tylko pomarzyć;).
Wybrałam Sik Gaek, która poza dobrymi recenzjami wyróżniała się potrawą w postaci żywej ośmiornicy w kawałkach. Domyślam się, że w większości uznacie to za obrzydzliwe/ zasmucające / oburzające. Pierwszy raz usłyszałam o tym daniu od Tima, który pokazał mi video z ruchomą zawartością swojego talerza podczas jednej z kolacji w Korei. Nie ukrywam, że razem z Kasią planowałyśmy zamówić właśnie ośmiornicę, ale wyrzuty sumienia minęły z chwilą, kiedy kelner oświadczył nam, że nie ma ich w menu, bo sezon zacznie się dopiero za miesiąc.

Zdjęcia wrzuciłam przez Bloggera i chociaż psuje trochę ich jakość, to nie mam teraz zbyt wielu opcji...


Restauracja znajduje się na Queens, gdzie metro jeździ już oczywiście nad ziemią, hałasując przy tym strasznie.

W oddali było widać Manhattan.
Zamówiłyśmy seafood pancake, koreańskiego naleśnika z owocami morza, za ktorym przepadam.

Oczywiście jak zwykle stół zastawiony był dodatkami do dań, dzięki czemu można spróbować wielu koreańskich przysmaków podczas jednej kolacji.

Zupy to kolejny powód dla którego kocham tą kuchnię. Powyższa z tofu, owocami morza i kimchi.


Na koniec podano nam sok z ogórka. Orzeźwiający, słodki, ale nie mogłabym chyba wypić więcej niż tą szklankę.
Ciekawe kiedy następnym razem będę miała okazję zjeść tak dobrą koreańską kolację. W 2011 to jużna pewno się nie uda;).

Adres:
Sik Gaek
49-11 Roosevelt Ave
Woodside, NY 11377