14 wrz 2011

Chlebek bananowy.

Przepis na chlebek bananowy Sophie Dahl jest chyba jednym z popularniejszych na blogu White Plate.
Jadłam to ciasto wiele razy, ale nigdy nie upiekłam własnego, aż do wczoraj. Pięknie pachnie, jest wilgotne, tylko za pierwszym razem nie urosło tak jak powinno. Już wiem, że zimą chlebek będzie świetnie spełniał rolę ciasta owocowego.

banana bread

Składniki:

4 bardzo dojrzałe banany
150g  brązowego cukru (3/4 szklanki)
1 jajko
75g miękkiego masła
1 cukier waniliowy lub łyżeczka aromatu waniliowego
170g mąki (1 szklanka)
szczypta soli
1 łyżeczka proszku do pieczenia


Przygotowanie:

Piekarnik rozgrzać do 180'C.
W dużej misce umieścić rozgniecione widelcem banany, cukier, masło, jajko i wanilię i połączyć składniki.
Następnie dodać mąkę, sól, proszek do pieczenia i wszystko dokładnie razem wymieszać.
Ciasto przełożyć do wyłożonej papierem do pieczenia formy keksówki i piec 45-60min.

13 wrz 2011

Washington Mews

Przyzwyczajanie się do Polski idzie mi dużo lepiej niż myślałam. Tak jakby z chwilą przekroczenia granicy przestawiłam się od razu na model polski i nagle wydaje mi się, jakby nie było mnie tu miesiąc, a wszystko co wydarzyło się przez minione dwa lata było tylko snem.
Jestem zaskoczona, bo skoro nawet po weekendowych wyjazdach wracałam do kraju i co chwilę rzucały mi się w oczy najmniejsze różnice, to tym razem powinno być dużo gorzej. A jednak nie, też zauważam te wszystkie szczegóły, ale jestem bardziej zobojętniała. To chyba dlatego, że za półtora tygodnia i tak wyjeżdżam, zapowiada się, że najbliższych lat znowu nie spędzę w Polsce, więc mimowolnie włącza mi się podejście w stylu "niech się dzieje co chce, byle beze mnie" ;).

O wrażeniach z domu, miasta, kraju napiszę może jeszcze innym razem, a teraz wracamy do Nowego Jorku, do niedzieli sprzed tygodnia, która teraz wydaje mi się bardzo odległa.



Widok z tarasu The Metropolitan Museum of Art. Widoczność tego dnia nie była akurat najlepsza.

Upper East Side.

Katarzyna.

Do The MET chodziłam przede wszystkim zimą i wiosną, kiedy miałam darmową wejściówkę. Wtedy byłam też na głośnej wystawie Alexandra McQueena Savage Beauty, która była w fantastycznym mrocznym klimacie i zrobiła na mnie ogromne wrażenie.

Z ulubionego działu fotografii zachwyciła mnie wystawa Night Vision: Photography After Dark. Kilka zdjęć możecie obejrzeć TU.

Album Steiglitz, Steichen, Strand zamówiłam przed opuszczeniem NYC, a następnie wysłałam paczką do Polski. Dojdzie dopiero po moim wyjeździe, więc następnym razem zobaczę go na Boże Narodzenie;).

"To jest jak tajemniczy ogród. Mała furtka, zaledwie uchylona, za którą widać kawałeczek innego świata, rzeczywistości, która jest całkowicie odmienna niż to, co na zewnątrz. Szpara między kamienną furtyną a kutą kratą bramki  jednocześnie zaprasza i onieśmiela: gdyby nieproszonych gości witano tu z radością, to czy na drzwiach wisiałby łańcuch i wielka mosiężna kłódka? Czy gdyby uchylone drzwi miały zapraszać, to nie otworzono by ich szerzej? Jednak muszę tam wejść. Tuż za staroświecką furtką dostrzegam bowiem widok, którego- wiem to- nie zapomnę, bo tak bardzo tu nie pasuje, tak bardzo różni się od otaczających to miejsce ulic. Nawet przy staroświeckim, eleganckim elegancją Starego Świata Washington Square ta maleńka, zaledwie kilkudziesięciometrowa alejka, zwana Washington Mews- wydaje się dziwnym kaprysem nieznanego, bajecznie bogatego ekscentryka, lub zgoła wybrykiem natury." - Fragment rozdziału Washington Mews z książki Kamili Sławińskiej, Nowy Jork: Przewodnik niepraktyczny.

Ucieszyłam się, że tego dnia ulica była otwarta, bo zawsze przechodząc obok mogłam podziwiać ją tylko zza krat bramy, a tu taka niespodzianka.

Budynki należą do NYU, chyba mieszkają w nich profesorowie uczelni.





Na obiad poszłyśmy do BareBurger, dokąd miałyśmy groupona. Restauracja serwuje organiczne burgery, a ja skomponowałam swojego z bułki- brioszki, baraniny, awokado, pomidora chedaru, cebuli i sałaty. Mniam.


Drugi burger był na bułce pełnoziarnistej, z wołowiną, bekonem, serem i warzywami. Nie aż tak dobry jak mój, ale też smaczny.


Jest takie boisko przy stacji metra West 4th St, gdzie zawsze jak tamtędy przechodzę odbywają się amatorskie mecze i gromadzą dookoła wielu gapiów.

Na koniec odwiedziłyśmy sklep lomograficzny, bo musiałam wykorzystać groupon na 50$. Kupiłam kilkanaście klisz 35mm i chmurkową mini Dianę, którą widać na dole zdjęcia. Na drugim piętrze trwała wyprzedaż, ale ceny nie były za niskie. Powyższą fotę zrobiłam z lomo nakładką na Canona, ale jak widzicie, efekt był raczej słaby.

11 wrz 2011

9/11.

Chyba każdy pamięta gdzie był tego dnia, co robił, skąd się dowiedział.
Ja byłam w domu, oglądałam palące się wieże w telewizji, ale dość krótko, bo musiałam iść na popołudniowy trening.
Nie uwierzyłabym, gdyby ktoś powiedział mi, że przed 10tą rocznicą ataku na WTC, zdążę zamieszkać w Nowym Jorku i się stamtąd wyprowadzić.

Teraz oglądam w telewizji obchody 10tej rocznicy tej tragedii i patrzę na Nowy Jork już w inny sposób. Wiem w jakiej części Manhattanu stały wieże, z której strony Ground Zero znajdują się poszczególne budynki, ale momentami widzę ten Nowy Jork w CNN i znów wydaje mi się odległy, niedościgniony...Tak jak gdybym nigdy tam nie była, a marzenie o odwiedzeniu tego miasta ciągle trwało.

Na tydzień przed wyjazdem na kanale National Geographic non stop emitowano programy związane z 9/11. Rozmowy z ludźmi, którzy przeżyli, wspomnienia najbliższych, relacjonowanie poszczególnych ataków, teorie spiskowe, filmy o Bin Ladenie, Al Kaidzie i planowaniu ataku.
Niektóre były tak interesujące, że nie mogłam oderwać się od telewizora. Wypowiedź mężczyzny, który jednemu z terrorystów sprzedał bilet na samolot, wspomnienia operatora, który nigdy nie zapomni odgłosu "worków z piaskiem" uderzejących o ziemię , kiedy tak naprawde były to ciała ludzi wyskakujący z budynku. Rozmowy pilotów, terrorystów, stewardes kontaktujących się z wieżami kontrolnymi itd.
Temat ataku z 11 września zawsze mnie interesował i pozostało tak do dziś. Przy okazji nie chce mi się wierzyć, że minęło już 10 lat.

Nowy Jork jest dzisiaj pod wyjątkową kontrolą i wiem, że nawet jeśli bym tam była, nie mogłabym się zbliżyć do okolic WTC na pół kilometra. Już nie raz miałam okazję zobaczyć jak zapobiegawczo działa nowojorska policja, więc relację podobnie oglądałabym w TV.
Pytałam kiedyś Richa i Zacka jak wspominają tamte dni. 12 września 2001 miasto obudziło się ciche jak nigdy przedtem. Rich wspomniał długie kolejki ludzi ustawiajacych się przed Centrum Krwiodawstwa, gdzie pracuje, gotowych oddać krew. Starali się pomóc jak tylko mogli, chociaż wtedy już niewiele dało się zrobić.



Jutro zostanie otwarty pomnik poświęcony ofiarom zamachu, przy którym odbywają się dzisiejsze uroczystości. Ja pamiętam z tamtego miejsca przede wszystkim płot ogradzający cały teren oraz pnący się w górę Freedom Tower, który tydzień temu bacznie obserwowałam, bo przybliżał mój cel biegnąc 20km w dół Manhattanu.
Co do pomnika, to uważam, że jest piękny. Ustawiony w tym samym miejscu, w którym stały wieże, spływająca woda symbolizująca przemijające życie, ale też zawalenie się budynków. Dookoła nazwiska ofiar, jako ich nagrobek.
Pewnie minie trochę czasu, zanim sama odwiedzę to miejsce, ale w najbliższym okresie i tak można spodziewać się tam ogromnych tłumów.

9 wrz 2011

New York ✈ Berlin.

Nie udało mi się dodać posta przed opuszczeniem Nowego Jorku, ale ostatnie dni były dość intensywne, zwłaszcza dzisiejszy. Dwa lata mojego życia postanowiłam spakować w dzień wyjazdu. Świetny pomysł, ale eghm... nie polecam. Chociaż pozytywna strona była taka, że nie miałam czasu na zastanawianie się nad przyszłością każdej rzeczy, więc wiele z nich skończyło w śmietniku.
Przez chwilę myślałam, że spakuję się w jedną dużą walizkę (dwie paczki i tak wysłałam już wcześniej do Polski), ale oczywiście myliłam się. Torby ledwo zapięłam, a ponieważ jedna z nich miała dużą nadwagę, to na lotnisku musiałam coś z niej wyciągnąć. Padło na najcięższe buty, także lecę w obcasach. Sytuacja przypomniała mi trochę moją przeprowadzkę z Londynu, kiedy to miałam na sobie właśnie obcasy, płaszcz, kurtkę, a na głowie dwa kapelusze. Wszystko do siebie pięknie pasowało, sami możecie sobie wyobrazić...

Jestem teraz w Amsterdamie i nawet poczułam przez chwilę na lotnisku zapach Europy! To zapach porannej kawy i wypieków, ale dość specyficzny, nie wszędzie pachnie tak samo. Ten, porównałabym konkretnie do zapachu niemieckiej piekarni;).
Z innych europejskich spostrzeżeń, to fajnie było w końcu stanąć w najkrótszej kolejce dla VIPów z paszportami EU, zamiast pocić się na widok amerykańskich urzędników, gotowych deportować z kraju za żółte zęby.
Za godzinę mam lot do Berlina, a tam, odbierze mnie z lotniska ciocia, która dogodzi mi jakimiś smakołykami, z zamówionymi Kinder słodyczami na czele.
Popołudniu przyjedzie po mnie tata. Niewidziany od dwóch lat tata! Ciężko będzie powstrzymać wzruszenie, a w domu czeka mnie kolejne. Mama + dwa psy... Ciągle się zastanawiam czy mnie rozpoznają i jeśli nie, to złamią mi serce, ale tak czy inaczej popłaczę się na ich widok.

Aha, jeszcze jedno. Myślałam, że jestem taka twarda, szorstka i pożegnanie z bliźniakami mnie nie ruszy, ale rozkleiłam się na sam koniec. Wyszły ze mną do windy, a kiedy ja wsiadłam to machały i krzyczały "Bye Ula!!!". Do teraz jak przypomnę sobie wyrazy ich twarzy i te zamykające się drzwi windy, to łzy napływają mi do oczu.
Dzień się dla mnie za bardzo nie skończył, a tu już zaczął się nowy. Oj, będzie ciężki.. Do tego wszystkiego nie chce mi się wierzyć, że jeszcze rano żegnałam się z Katarzyną, a teraz ja jestem w Amsterdamie, a ona w Las Vegas...

To jeszcze nie koniec postów o Stanach, bo mam do dodania sporo zdjęć. Najbliższe tygodnie/miesiące na blogu będą mieszanką Nowego Jorku, Zielonej Góry, Birmingham, a za tydzień wybieram się jeszcze do Warszawy;).
Teraz już się żegnam i do zobaczenia w Polsce!