9 lut 2014

Miesiąc na siłowni.

Jak tylko wróciłam z Maroka i wiedziałam, że spędzę ponad miesiąc w domu, kupiłam karnet na siłownie. Podstawowym planem było wzmocnieniem się przed obecną podróżą, z myślą o surfingu. Chciałam poprawić kondycję, popracować trochę nad rzeźbą, no i ewentualnie ruszyć wagę, ale nie mam z nią ostatnio większych problemów, więc nie była priorytetem.
Dzień zaczynałam od drobnego, ale pożywnego śniadania i przed 8 lub 9 wychodziłam z domu. Najpierw chodziłam na godzinne zajęcia na sali, które obejmowały fitness, jogę, pilates lub zumbę, a później dodatkowo spędzałam 30-60min na siłowni.
Nie miałam dużych oczekiwań, bo kiedy trenowałam pływanie, spędzałam dużo czasu na siłowni i chociaż byłam ogólnie przypakowana, to nie zauważałam w rzeźbie żadnych zmian. A teraz, po raz pierwszy zobaczyłam efekty i to już po dwóch-trzech tygodniach regularnych ćwiczeń. Miałam dzięki temu dużo motywacji i już nawet z ostatnim dniem karnetu zrobiło mi się szkoda, że wyjeżdżam i muszę przerwać ten dobry cykl.
W podróży jest trochę ciężej z rugularnością ćwiczeń, ale można można połączyć bieganie z wieloma podstawowymi ćwiczeniami. W Nowym Jorku zresztą chodziłam na siłownię z Marcinem (gdzie zrobiliśmy poniższe zdjęcia), a w Kalifornii nastawiłam się na ćwiczenie na zewnątrz, ale ponieważ non-stop leje deszcz odkąd przyjechałam, udało mi się zrealizować plan na razie tylko raz.
Chyba może być już tylko lepiej.

W dni kiedy nie chodziłam na zajęcia na sali, rozgrzewałam się na trenażerze wioślarskim albo ewentualnie biegając na bieżni. Druga opcja wszystkim dobrze znana, o pierwszej mało kto wie jakim może być świetnym treningiem ogólnorozwojowym i aerobowym. Przy dobrym wykonaniu (trzeba pamiętać o prostych plecach) pracują zarówno ramiona jak i mięsnie grzbietu, bioder, nóg i brzucha. Ćwiczenie jest dobre na wyszczuplenie i może szybko poprawić kondycję.
Ja w ramach rozgrzewki "przepływam" zazwyczaj 2km w 10min.
Któregoś dnia polecono mi ćwiczenie na taśmach TRX i stwierdziłam, że są genialne. Jedno niepozorne ćwiczenie wpływa na mięśnie całego ciała, zmuszając do pracy nawet mięsnie głębokie. Można wyciskać na sztandze chore ciężary, ale przejść do podporu na TRX i nie móc wytrzymać dwudziestu sekund.
Najbardziej lubię ćwiczyć na taśmach mięsnie brzucha. Zazwyczaj robię kilka serii po 40 powtórzeń, które dzielą się na 20 naprzemienych podciągnięć nogami, 10 złączonych kolan do klatki i 10 złączonych ze skrętem tułowia.

Stare, dobre pompki na wzmocnienie ramion i klatki, ale dla utrudnienia wykonuję często "diamentowe", czyli dłonie ułożone na kształt trójkąta (lub jak kto woli- diamentu) i łokcie blisko siebie. Do innych z kolei wykorzystywałam dużą piłkę, na której opierałam stopy i pompowałam z uniesioną w powietrzu nogą.

Jedno z najlepszych ćwiczeń na mięsnie nóg i pośladków. Tutaj użyłam hantli, ale w PL nakładałam na placy 10kg wór i robiłam serie dwudziestu powtórzeń, często na przemian z przysiadem. W tym ćwiczeniu trzeba skupić się na tym, żeby tylne kolano kierowało się ku ziemi i tworzyło kąt prosty, a nie podążało za nogą z przodu.
Przysiady, to kolejny klasyk, który świetnie wpływa na uda i pośladki. Dla urozmaicenia serie wykonuję na różne sposoby, pogłębiając, przetrzymując pozycję w przysiadzie, a czasami jeszcze w seriach odstawiając i dostawiając w przysiadzie stopy.
Podobnie jak ze wszystkim, najlepszy efekt przy pracy nad mięśniami brzucha przynosi, ćwiczenie różnych partii na wiele sposobów. Jest mnóstwo wersji brzuszków, ja ostatnio często robiłam skłony do ugiętych w powietrzu kolan z jedną nogą wyprostowaną. Zmieniałam strony, obniżałam ich poziom, łączyłam kolana i tak kilkadziesiąt razy w kilku seriach.
Kilkukilogramowa piłka w rękach i skręty tułowia z naprzemianstronną praca nóg dobrze wpływa przede wszystkim na mięsnie skośne brzucha i dolne partie, które najciężej wyrobić, bo zbiera się tam najwięcej tłuszczu.
Nie zrobiliśmy zdjęć wszystkich ćwiczeń, ale pomyślałam, że pokażę Wam w poście przykłady kilku głównych, które wykonywałam.

Untitled Nigdy nie byłam drobna i wątła, bo jednak lata wyczynowego trenowania zrobiły swoje i zmieniły moją figurę na całe życie. Mięśnie "chowają się i zlewają", kiedy jestem mało aktywna i zarysowują, kiedy nad sobą pracuję. Umięśniony brzuch to jeszcze nie to samo co płaski brzuch, a mnie od tego drugiego wciąż dzieli kilka dobrych kilogramów. Niestety mam ten mało kobiecy typ figury, gdzie nic nie idzie w biodra czy pupę, tylko w pierwszej kolejności osadza się na brzuchu. Za wszelką cenę katować się nie będę, ale zobaczymy co przyniesie Meksyk i Ameryka Centralna, bo bardzo możliwe, że waga pójdzie w dół bez większego wysiłku;).

6 lut 2014

Westchester.

Zrobiłam w Nowym Jorku to, co miałam do zrobienia i w niedzielę pojechałam do Westchester, żeby ostatnie trzy dni spędzić z Marcinem, zatrzymując się w domu jego host rodziny.
Własny pokój z TV i łazienką to raczej pierwszy i ostatni taki luksus w tej podróży, ale to, co absolutnie kocham w ich domu, to kuchnia. Ogromna przestrzeń, wielka marmurowa wyspa, dużo światła, pojemna lodówka i jeszcze wszelkie gadżety, typu "wciągarka" okruchów i głośniki zamontowane w ścianach o takiej mocy, że po przesłuchaniu jednego kawałka ma się energię na cały dzień.
Obejrzeliśmy z Marcinem finał Super Bowl, który jak zawsze był wielkim widowiskiem, ale sam mecz od początku zdominowany był przez jedną drużynę i do najciekawszych nie należał.
Poza tym nadrabialiśmy zaległości w wydarzeniach z życia, gotowaliśmy, ćwiczyliśmy i wcale nie chciało mi się jechać dalej. A teraz piszę już z San Francisco i co mam powiedzieć? Też jest super! Niedługo możecie spodziewać się pierwszego posta stąd, chociaż zapowiadane deszczowe dni nie wróżą dobrze spacerowaniu z aparatem.
 
Untitled Amerykańskie Cheerios, to jedne z niewielu niedestrukcyjnych, masowo produkowanych płatków śniadaniowych, bo mają zaskakująco niewiele cukru jak na realia tego kraju.Untitled Untitled Untitled Untitled Untitled Untitled Untitled Untitled Untitled Gdyby w gigantycznej lodówce w kuchni zabrakło miejsca, to druga jest w garażu. Untitled Macaroni & Cheese Krafta i Annie's to moje au pairowe wspomnienia zarówno z Kalifornii jak i Nowego Jorku. Untitled Pokoje chłopców.Untitled Futbolowa i baseballowa lampa. Untitled Seattle Seahawks czyli zwycięzcy tegorocznego Super Bowl.Untitled Marcin zadbał o zapas lodów na mój przyjazd. Objadaliśmy się, a potem spalaliśmy kalorie na siłowni. Nie wszystkie się udało, nadmiar tradycyjnie zatrzymał się na brzuchu.Untitled B&J's Red Velvet i Cheesecake Brownies jadłam po raz pierwszy i oba były bardzo dobre. Untitled Untitled Untitled
Untitled Przyjęłam kilka dziwnych póz zanim zaczęłam zajadać się śniegiem na potrzebny video z wczorajszego posta. Untitled Untitled Pierwszy raz z rękawicą do baseballa.
Untitled
 W piwnicy ryzgrywaliśmy mecze piłki nożnej, tylko jakoś w skarpetach wygodniej się grało, przez co jedna podziurawiona para wylądowała w koszu. 
Untitled
Wyruszyłam w podróż z jedną parą jesiennych butów i zamierzałam kupić nowe. Z tymi miałam sporo szczęścia, bo odwiedziłam pięć Urban Outfitters w poszukiwaniu mojego rozmiaru i dopiero w ostatnim trafiłam na jedyną parę, która nie byłaby 40stką lub większym. To model Adidas X UO ZZZ, który powstał w kolaboracji z Urban Outfitters. Najlepsze w nich jest to, że zostały przecenione na 20$ chociaż początkowa cena to 130$!
Untitled

5 lut 2014

1 lut 2014

Sorry, no washrooms.

Podczas swoich podróży często przekonuję się, jak mała, z pozoru całkowicie nieważna decyzja, może wpłynąć na przebieg kilku następnych zdarzeń, a może i na jakieś w przyszłości, tylko jeszcze o tym nie wiem.

Za długo jestem Couchsurferem, żeby rozsyłać wiadomości z prośbą o przenocowanie mnie do kilkudziesięciu osób licząc, że ktokolwiek odpowie pozytywnie. Przeglądam profile i szukam osób, z którymi mam przeczucie, że dobrze się dogadam.
Tym razem napisałam do dwóch, ale nie otrzymałam odpowiedzi. I kiedy już miałam rezygnować, weszłam na stronę raz jeszcze, wybrałam lokalizację i zaczęłam przeglądać wyniki wyszukiwania. W oczy rzucił mi się profil Mike’a, chyba głównie przez kulinarne zainteresowania. Wysłałam do niego wiadomość i dostałam odpowiedź, że chętnie mnie przenocuje.

Cztery dni później wracam z Kanady z jedną z najważniejszych znajmości jaką zawarłam w podróży. Tym razem już chyba nawet bez irytacji, że co mi po przyjaciołach na drugim końcu świata, zostawię ten smutek na kiedy indziej.
Uwielbiam za to uczucie, kiedy zamieniasz z kimś kilka zdań i czujesz się, jakbyś znała tę osobę całe życie. Po pięciu minutach masz wrażenie, że możesz opowiedzieć o jej wszystkim.
To uczucie jest tak rzadkie, że wyłapujesz je od razu, a prawdopobieństwo, że się pomylisz jest minimalne.

Słyszałam, że Kanadyjczycy mają sarkastyczne poczucie humoru, co w jakiś sposób chyba wiąże ich z Brytyjczykami. Nie poznałam zbyt wielu, żeby być obiektywną, ale Mike i jego współlokator Taz wpasowali się w ten obraz doskonale. Dogadywaliśmy się tak dobrze, że już wyobraziłam sobie tę dwójkę jako moich współlokatorów i nawet często stojące w zlewie brudne naczynia nie zburzyły go. Zmywałabym je z dobrego serca i z zamiłowania do zmywania.
Mike uznał, że jeśli tylko będę chciała przeprowadzić się do Toronto, to pozbędzie się trzeciej osoby z domu i pokój jest mój. Będziemy gotować na zmianę super kolacje, Taz będzie na tym żerował, ale nadrobi swoimi absurdalnymi żartami i mimo wszystko stworzymy szczęśliwą rodzinę.
Szkoda tylko, że widzę w tym planie jedną poważną przeszkodę i już nawet nie myślę tu żadnych formalnych kwestiach. Mowa o kanadyjskiej zimie.
Lato jest tu podobno niezawodne jak w Nowym Jorku, gorące i bardzo słoneczne, ale przez drugie pół roku trwa to, czego nie lubię najbardziej…
 
No i właśnie ta styczniowa, zresztą wyjątkowo mroźna pogoda nie ułatwiała zwiedzania w żadnym stopniu. Musiałam chować się gdzieś co kilkanaście minut, żeby nie zamarznąć, a kiedy pierwszego wieczoru wyciągnęłam dłoń z rękawiczki na kilka minut, zaliczyłam chyba odmrożenie życia.
W drugi, najzimniejszy dzień z pomocą przybył Kuba, współautor bloga Bez Domu, którego razem ze swoją partnerką Asią prowadzili podróżując po świecie. Od jakiegoś czasu mieszkają w Toronto, więc ucieszyłam się, kiedy Kuba napisał do mnie z propozycją spotkania. Zabrał mnie autem na wycieczkę po mieście, co w tamtym zimnie było najprzyjemniejszym możliwym sposobem na zobaczenie Toronto. Przy kawie przybliżył mi miasto i życie w Kanadzie, a jego perspektywa była tym bardziej ciekawa, że przed wyruszeniem w podróż mieszkał przez kilka lat w Chicago.

Nie wiem czy odcinek The Layover: Toronto to spowodował, ale miałam dość mocne przeczucie, że spodoba mi się to miasto. Pod względem archtektonicznym można trafić tu na pare koszmarków w najmniej oczekiwanym momencie, przytłaczać mogą też licznie porozrastane szklane wieżowce, ale da się to wybaczyć, skupiając się na zaletach.
Większość mieszakńców Toronto to imigranci ze wszystkich stron świata. I właśnie to najczęścięj ten kulturowy kocioł sprawia, że miasto ma dobry klimat, jest ciekawe kuluralnie i intryguje. W takim miejscu zawsze znajdzie się coś dobrego do jedzenia z każdej możliwej kuchni, a ulice są kolorowe, nawet jeśli zimą większość ludzi chowa się w domach.
Tak jak w wielu miastach, na moje oko najciekawiej wypadły chyba hipsterskie okolice, gdzie alternatywne pomysły wygrywają jeszcze z komerchą. Klimatyczne kawiarnie, dobre jedzenie, wydarzenia skierowane do młodych ludzi. Tradycyjnie efektem ubocznym transformacji jakie zachodzą w takich dzielnicach jest gentryfikacja. Bolesna dla każdego, kto wspomniane zmiany odczuwa przez rosnący czynsz.


John, współlokator mojego kumpla Soe zapytał mnie po powrocie do Nowego Jorku czy zauważyłam różnicę między Amerykanami a Kanadyjczykami. Opowiedział mi historię, kiedy firma jego ojca miała zamknąć jeden ze swoich biznesów w Stanach, a drugi w Kanadzie. W momencie kiedy amerykański oddział dowiedzial się, że nadchodzi ich koniec, pracownicy obudzili się gotowi do walki o przetrwanie, w bojowych nastrojach i pełni wiary w zwycięstwo.
Kiedy tą samą informację ogłoszono w kanadyjskim oddziale firmy, pogodzeni z tą decyzją pracownicy zaczęli się pakować.

Mówi się, że Kanadyjczycy są bardziej uprzejmi, tolerancyjni, otwarci na świat- więcej podróżują, a media nie skupiają się tylko na Kanadzie, dociera do nich dużo informacji z zewnątrz. Bycie brytyjską kolonią, to jedno, ale myślę, że właśnie te francuskie wpływy sprawiły, że Kanadę łączy z Europą więcej niż Stany i da się to zauważyć. Poza tym przy narzekaniu na 5’C nikt nie spojrzy na ciebie ze znakiem zapytania na twarzy, bo przecież według Farenheita to jakieś dramatyczne zimno, a prędkość przekracza się km/h, a nie milach.
Kanadyjczycy mają też w sobie chyba mniej agresji, bo poziom przestępczości jest zaskakująco niski w porównaniu do amerykańskich miast podobnej wielkości co Toronto.

Ten kilkudniowy wyjazd zaostrzył mi apetyt na resztę Kanady, ale też Toronto o innej porze roku. Na dobrą sprawę nie udało mi się dużo zrobić ani zobaczyć, ale wyczułam w tym mieście uśpioną pod warstwą śniegu ciekawą amtosferę. Obudzi się wraz z latem, bo podobno wiosna tu praktycznie nie istenieje.

Untitled Nie było mowy, żeby w temperaturze -15 -20'C biegać z aparatem i ochoczo robić zdjęcia, dlatego jest ich niewiele i nie pokażę Wam za wiele z miasta.Untitled Jedna z lepszych piekarni w dzielnicy Kensington Market, gdzie skusiłam się na french apple custard square.Untitled Przemarznięta trafiłam w końcu do Mother's Dumplings. Azjatyckie pierogi wymiatają w każdą zimową pogodę. Untitled Mike wracał do domu późno w pierwszy dzień, dlatego zaoferowałam, że zrobię kolację. Padło na kluski śląskie z zasmażaną czerwoną kapustą, które półtora tygodnia wcześniej robiłam po raz pierwszy w domu i wyszły zaskakująco dobrze. Tym razem w trakcie gotowania myślałam, że okażą się totalną porażką, przez co wpadłam w typowy dla mnie w takich sytuacjach totalnie pesymistyczny nastrój. Mike widząc moje zrezygnowanie nadał mi wtedy przydomek Eeyore, czyli Kłapouchy, który pozostał już ze mną do końca pobytu.
Kluski ostatecznie wyszły całkiem w porządku, kapusta super, a całością zachwycali się wszyscy.
A teraz czekam w komentarzach na krytykę od kogoś ze Śląska, że to wcale nie te kluski, że kształt nie taki, sera nie powinno być i w ogóle gdzie rolada;). 
Untitled Pokój w którym spałam.Untitled Untitled St. Lawrence to typowy lokalny food market, a najsłynniejszą kanapką jest tutaj Veal Parmigiana. Untitled
Kanapka z cielęciną, bakłażanem, sosem pomidorowym, mozzarellą ostrymi papryczkami. Po pochwałach jakie usłyszałam na jej temat spodziewałam się jeszcze lepszej, ale to też dlatego, że Ameryka Północna ma tak wysoko postawioną poprzeczkę w kwestii kanapek. 
Untitled Kuba, bohater mojego drugiego dnia w Toronto. Untitled Kuba zabrał mnie do Distillery District, industrialnej okolicy gdzie budynki starej destylarni dostały drugie życie i teraz znajdują się w nich kawiarnie, restauracje, bary, teatr itd. Untitled Wszyscy chcą mieszkać blisko modnych miejsc, stąd nad okolicą wyrosły niestety wieżowce mieszkalne.Untitled Lokalny Times Square.Untitled Drugiego wieczoru Mike zaprosił swoją przyjaciółkę, otworzył butelkę wina i zabrał się za gotowanie dla nas tajskiej kolacji.Untitled Ja byłam przede wszystkim DJem, podczas gdy reszta tańcowała między gotowaniem.Untitled Kurczak w sosie limonkowym.Untitled Warzywa ze smażonym tofu i prażonymi orzechami nerkowca. Wracałam po dokładkę dwa razy. Pierwsze danie też było super, zwłaszcza sos, ale od kurczaka wolę warzywa, a do nerkowców mam wręcz słabość.
Untitled
 Queen West Street.
Untitled Nie mogłam wyjechać nie jedząc poutine, tradycyjnego kanadyjskiego dania pochodzącego z Quebecu. Domowe frytki smażone w kaczym tłuszczu, podawane z kawałkami sera i polane mięsnym sosem. Po raz pierwszy jadłam to danie kilka lat temu w Portland w Stanach i chociaż miejscówka w Toronto była tą samą, którą odwiedził Bourdain, poutine z Portland smakowało jeszcze lepiej.
W sumie to dziwie się, że nie dotarło jeszcze do Europy, bo spotkałoby się z murowanym sukcesem. Ktoś w Warszawie zamiast mało udanych frytek belgijskich mógłby otworzyć okienko z poutine i pokazać co jest kanadyjską alternatywą polskiego kebaba pożeranego po alkoholowej nocy.Untitled W ostatni dzień jeszcze raz wybrałam się na St. Lawrence Market.Untitled Untitled Tym razem chciałam przede wszystkim spróbować słynnych montrealskich bajgli z St. Urbain. Od nowojorskich różnią się m.in. tym, że są mniejsze, gotowane w posłodzonej miodem wodzie i pieczone w drewnianym piecu. Są bardziej zwarte, a w smaku słodsze, ale nowojorskie wypadają moim zdaniem lepiej.Untitled Kupiłam kilka i zrobiłam sobie z nich kanapki na podróż następnego dnia.

A tytuł posta? Wziął się od łazienki, która wyróżnia kanadyjski angielski od całej reszty.