23 lip 2010

Kruche ciasto z rabarbarem i kruszonką.

Rhubarb pie


Składniki:

2 szklanki mąki pszennej
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 szklanki cukru pudru
185 g masła
3 duże żółtka
1 łyżka gęstej kwaśnej śmietany
1 kg rabarbaru
6 łyżek cukru
1/2 szklanki dżemu truskawkowego

Na kruszonkę:

185g mąki pszennej
100g cukru
125g masła
cukier waniliowy (1 opakowanie)


Przygotowanie:

Makę przesiać z cukrem i proszkiem do pieczenia, dodać pokrojone na kawałki masło i dokładnie posiekać. Dodać żółtka i śmietanę, zagnieść szybko ciasto (świetnie nadaje się do tego malakser), uformować w wałek, zawinac w folię i schłodzić w lodówce przez co najmniej 30 minut.
Piekarnik rozgrzać do temperatury 180ºC. Dno formy o wymiarach 33 x 23 cm wylepić ciastem. Podpiec w piekarniku, aż będzie odrobinę złociste i lekko wystudzić.

Rabarbar obrać, umyć, osuszyć i pokroić na 1 cm kawałki. Rozgrzać suchą, dużą patelnię, wrzucić do niej rabarbar i posypać cukrem. Podgrzać na ostrym ogniu mieszając, aż rabarbar puści sok - około 2 - 3 minut. Przełożyć rabarbar na durszlak i odsączyć z nadmiaru soku.
Przygotować kruszonkę: mąkę wymieszać z cukrem i cukrem waniliowym. Masło roztopić w małym rondelku i bardzo mocno podgrzać i takim gorącym zalać suche skladniki. Dobrze wymieszać.

Przestudzone ciasto posmarować cienko dżemem, wyłożyć na nie odsączony rabarbar i posypać pokruszoną kruszonką.

Piec okolo 30 - 40 minut w temperaturze 180ºC.


Przepis pochodzi z bloga "moje wypieki".

"The house always wins."

Image and video hosting by TinyPic
O 12 opuściliśmy hotel i głodząc się cały poranek pojechaliśmy do hotelu Mandalay Bay na lunch w formie bufetu.
Image and video hosting by TinyPic
23$/os i nieograniczona ilość jedzenia.
Image and video hosting by TinyPic
Oboje zjedliśmy dużo owoców morza i jak najmniej węglowodanów, żeby za szybko się nie napchać;).
Image and video hosting by TinyPic
Image and video hosting by TinyPic
Był to nasz jedyny posiłek w ciągu dnia, bo jego rozmiar był wielki, co widać na zdjęciach;).
Image and video hosting by TinyPic
Na koniec żałowałam, że nie mogę wymazać przeszłości i zacząć jeść desery z pustym żołądkiem;).. Czekoladowa babeczka z  kremem malinowym i owocami była najlepsza.
Image and video hosting by TinyPic
Tiramisu, canelle i ciasto z marakują, które akurat zupełnie nie trafiło w mój gust. Nie przepadam za cytrusowymi smakami w deserach.
Image and video hosting by TinyPic
Pudding chlebowy, ciepły sos czekoladowy, waniliowy, wiśniowy i lody.
Image and video hosting by TinyPic
Deser pistacjowy, pekanowy i budyniowy.
Image and video hosting by TinyPic
Najedzeni pojechaliśmy spędzić nasze ostatnie godziny w innej części Stripu.
Image and video hosting by TinyPic
Zaparkowaliśmy w hotelu Paris.
Image and video hosting by TinyPic
A żeby dojść z parkingu na ulicę, musieliśmy przejść przez hotel.
Image and video hosting by TinyPic
Wnętrze było niesamowite (choć też kiczowate), to było po prostu francuskie miasteczko pod dachem;).
Image and video hosting by TinyPic
Image and video hosting by TinyPic
Później udaliśmy się do hotelu Bellagio.
Image and video hosting by TinyPic
Image and video hosting by TinyPic
Recepcja.
Image and video hosting by TinyPic
Tam pograliśmy 45min w kasynie. Chwilowo wygrywałam na ponad 5$, ale ogólnie to przegrałam 10-15$;).
Image and video hosting by TinyPic
Trochę żałowałam, że nie spędziliśmy w kasynach więcej czasu, ale w końcu "kasyno zawsze wygrywa", więc straciłabym tylko więcej pieniędzy;).
Image and video hosting by TinyPic
Image and video hosting by TinyPic
A później był już czas, żeby jechać na lotnisko.
Image and video hosting by TinyPic
Hotel New York, New York.
Image and video hosting by TinyPic
Image and video hosting by TinyPic
I w sobotę wieczorem odleciałam do San Francisco.

21 lip 2010

Grand Canyon.

Pierwsze minuty nad Wielkim Kanionem spędziłam w ciszy, patrząc przed siebie, nie wierząc własnym oczom i czując wewnętrzne wzruszenie. Piękno i niepowtarzalność tego miejsca jest nie do opisania, trzeba doświadczyć tego na własne oczy...


Wyjechaliśmy z Las Vegas po 8 rano, bo przed nami było 5h drogi.

Nevadę opuściliśmy po 45minutach, a cała reszta drogi to już Arizona.

Po drodze widzieliśmy piaskowe mini-tornada. Mimo że droga wydawała się płaska to jednak ciągle jechaliśmy w górę, a znaki, że jesteśmy na wysokości 2000m.n.p.m bardzo mnie zaskoczyły.

Ktoś namalował trasę swojej wyprawy na tylnej szybie. Wielki Kanion był głównym punktem wycieczki.

Wyłaniający się zza drzew kanion wydawał się być czymś nieprawdziwym, a kiedy już stanęłam na brzegu skał, poczułam się niesamowicie.

Tim.







To chyba moje ulubione zdjęcie stamtąd.

Pod koniec zaczęło padać, nie mieliśmy za wiele czasu, więc zakończyliśmy naszą wyprawę na odwiedzeniu jednego, głównego punktu widokowego, bo następny był oddalony o 35km. Przez zachmurzone niebo widoki i tak byłyby takie sobie.



Droga prowadziła przez Zaprę Hoovera, więc mieliśmy okazję zobaczyć ją po raz kolejny.


Kilka zdjęć z samochodu i  zachód słońca.




Las Vegas i chowające się za górami słońce.

Wróciliśmy na trochę do hotelu, a później pojechaliśmy na kolację do upatrzonego dzień wcześniej miejsca.

W koreańska restauracji. Jak zwykle mnóstwo przystawek, dodatków do dań.

Sałata, smażone tofu i marynowany bakłażan.

Soju, tradycyjny koreański alkohol (przypominającego wódkę, choć zawiera 20%), który Tim dobrze pamięta ze swojej wyprawy do Korei. Soju pije się tam wszędzie, niemal do wszystkiego;).

Dwaeji Bulgogi, grillowana wieprzowina z cebulą i czosnkiem. Lepiej przyrządzonego mięsa nie jadłam od dawna i w ogóle chyba była to najlepsza wieprzowina w moim życiu!

Gotowane mięsne pierożki ...mmm...



Na koniec wieczoru chciałam zobaczyć słynny znak Welcome to Fabulous Las Vegas. Jako że nie lubię używać lampy błyskowej, a dookoła było zupełnie ciemno, to na zdjęciu Tim niemalże niewidzialny haha;).