19 mar 2014

Another beautiful place for us to meet!

Warszawa, pierwszy tydzień stycznia.
Po kilku wspólnie spędzonych dniach i świętowaniu Nowego Roku, przytulamy się z Bzu na pożegnanie. Wychodzę z mieszkania, po kilku schodach pada "do zobaczenia w Gwatemali!" i na samo ezgotyczne brzmienie tego zdania szczerzymy się do siebie. Biorąc pod uwagę tamtą rzeczywistość, otoczenie, porę roku wydawało się to dość surrealistyczne, jak spotkanie w NYC kilka lat temu. Minęło dwa i pół miesiąca i to wszystko dzieje się naprawdę.
Plany trochę się pozmieniały i nie zobaczyłyśmy się w Gwatemali, ale Bzu dzielnie sama pokonała trasę do mnie, dotarła do Puerto Escondido i uściskałyśmy się w Meksyku.
Pierwszy wspólny dzień na poniższych zdjęciach.

Untitled Dzień rozpoczynam zazwyczaj od biegu i ćwiczeń na plaży i tak też zaczęłyśmy sobotę z Bzu.
Untitled Na śniadanie owocowy milkshake i późniejszy lunch w postaci truskawek i mango z jogurtem naturalnym.
Untitled Godzina na zebranie sił po ćwiczeniach i śniadaniu.Untitled Złapanie transportu do centrum wymaga 10min spaceru do głównej drogi, chyba że udaje mi się złapać coś po drodze.Untitled Transport publiczny spisuje się tutaj na medal. Opcji jest kilka, collectivo jako auto z przyczepą zbierające ludzi z drogi, taxi collectivo działające na tej samej zasadzie i tradycyjne autobusy. Każda opcja to 5 pesos czyli 1.25zł za przejazd, zwykłe taxi też są niedrogie.Untitled Untitled Wizyta na miejskim targu, żeby zrobić zakupy na kilka dni.Untitled Untitled Tutaj dzień bez owoców, jest dniem straconym.Untitled Bzu nabrała apetytu na chrruos, ale te, które znalazłyśmy w piekarni były słabe.Untitled Wypieki nie są najmocniejszą stroną Meksyku, ale słodkich bułek jest tutaj dość dużo.Untitled Ananas dołączył do reszty zakupów i trzymamy w lodówce przez kilka następnych dni był najlepszym orzeźwieniem.Untitled Untitled Untitled W pierwszy dzień Bzu trochę się spaliła, więc kolejnego dnia pojechałyśmy na plażę popołudniu.Untitled Plaża Carrizalillo jest uroczą małą plażą, osłoniętą skałami i w przeciwieństwie do tej, przy której mieszkam fale są niewielkie i pływać może tam praktycznie każdy. Untitled Untitled Untitled
Untitled
Untitled Untitled
Untitled Untitled UntitledUntitled
Untitled Untitled Untitled Untitled Untitled Untitled Untitled Untitled Powrót do domu.UntitledLampy cyrku to ostatnie co sfotografowałam tego dnia zanim padła mi bateria.

16 mar 2014

Jak wybrać dobry hostel?

Takie mamy brutalne czasy w blogosferze, że blogi nie są już pamiętniczkami z życia autora. U mnie wciąż przeważają posty z relacjami z podróży, ale na dobrą sprawę nie takie posty czytacie najliczniej. Królowe blogosfery to dzisiaj te, które podpowiadają czytelnikom jak żyć, uszyć samodzielnie spodnie, posprzątać szafę czy obrać ziemniaki nawet ich nie dotykając. I chociaż często irytują mnnie teksty w stylu "10 sposobów na doskonały nastrój", to pewnie powinnam bardziej wykorzystywać wiedzę jaką posiadam na kilka tematów i dzielić się nią z Wami.
Ostatnio więc staram się gromadzić pomysły na posty, które mogłyby być bardziej przydatne od tych, które zazwyczaj tworzę. Ponieważ moimi ulubionymi blogami nie są te, które mówią mi jak mam się podetrzeć, The Adamat Wanderer i tak nie zamieni się w portal podróżniczy, nie będę też podkreślać zawartości lajfastajlowości, jak robi ostatnimi czasy sporo blogerek, które wyczuły, że idą za tym lepsze pieniądze.
Z największym trudem pogodziłam się więc, że nigdy nie trafię na listę wpływowych blogerów Kominka i z tego powodu pewnie zakończę któregoś dnia swój żywot, a nekro-post napisany przez kogoś z moich znajomych będzie ostatnim w historii tego bloga.
Ale teraz, ciesząc się niezmiernie, że wciąż tu jestem, zapraszam na posta o tym, na co warto zwracać uwagę rezerwując hostele. Niech żyją porady!


1. Twoje oczekiwania i atmosfera.
Zanim zaczniesz rezerwować hostel na swój wyjazd, zastanów się czego od niego oczekujesz. Czy szukasz tylko możliwie najtańszego łóżka, bo spędzisz tam dwie noce, a Twój budżet jest mocno ograniczony? A może jedziesz gdzieś sam, zależy ci na zawieraniu nowych znajomości oraz imprezowej atmosferze?
Hostele podzieliłabym na kilka kategorii:
- Absolutne nory- często najtańsze z możliwych, ulokowane mogą być zarówno w krajach Trzeciego Świata, jak i w Londynie czy Nowym Jorku. Strzeż się przed pokojami w piwnicach, bez okien i przed wielkimi grzybami na ścianach.
- Chilloutowe- mieszkańcy takich hosteli nie podróżują z zamiarem upijania się każdego wieczoru. Pokoje nie są przepełnione, panuje tam spokojna, wyluzowana atmosfera. Spore są jednak szanse, że nie zawrzesz wielu nowych znajomości, ale może właśnie będą one trwalsze.
- Klimatyczne/ imprezowe- myślę tutaj o hostelach tematycznych i tych imprezowych, gdzie życie toczy się nocą i zawsze znajdzie się jakiś australijski wodzirej, który poprowadzi imprezę do rana. Do pory lunchu trwa natomiast cisza przedpołudniowa, bo wszyscy śpią lub są na kacu.
- Ogromne/ sieciowe- należą do jednej sieci i w każdym mieście mają podobne standardy. Zazwyczaj są droższe od prywatnych, ulokowane w dużych kilkupiętrowych budynkach i przypominają hotele pod względem anonimowości i przepływu osób. W takich hostelach szanse na poznanie ludzi są najmniejsze i osobiście lubię je najmniej.


2. Cena
Koszt noclegu w dużym stopniu zależy od kraju, w którym podróżujesz. Ceny mogą wahać się od kilkunastu złotych np. w Azji Południowo-Wschodniej czy Ameryce Środkowej, do nawet 100zł za noc w droższych krajach typu Australia czy Japonia.
Kryteria wyszukiwania hostelu zawsze zaznaczam według ceny, ale nie znaczy to, że wybiorę najtańszy. Najpierw patrzę na oceny i opinie.
Praktycznie każdy hostel oferuje darmowe WiFi (choć czasami tylko w pokojach wspólnych). W niektórych lista darmowych rzeczy jest długa i imponująca, a gdzie indziej nie dostaniesz nawet ręcznika. Zwróć uwagę czy w cenę wliczone jest śniadanie, bo czasami warto dopłacić kilka groszy, żeby mieć zapewniony pierwszy posiłek dnia na miejscu. W Europie czy Ameryce Północnej będzie to najczęściej śniadanie kontynentalne (w podstawowej lub rozszerzonej wersji), ale w krajach egzotycznych często nie żałują lokalnych owoców.

Untitled
Hostele w Maroku potrafią mieć przepiękne wnętrza.


3. Sprawdź opinie.
Zanim zarezerwuję dany hostel, zawsze czytam opinie na jego temat. Goście opisują tam plusy i minusy odwiedzonego hostelu, dzięki czemu wiem czy warto się tam zatrzymać i czego mogę się spodziewać.


4. Lokalizacja
Na szczęście większość hosteli zlokalizowana jest w centrum miasta, albo dzielnicach chętnie odwiedzanych przez przyjezdnych. Jeżeli zamierzasz dużo imprezować, może warto poszukać hostelu blisko serca życia nocnego miasta.
W wielkich miastach lokalizacja nie jest wcale taka oczywista, a centrum może wcale nie być najlepszym wyborem. Takim przykładem jest Los Angeles, miasto tak rozłożyste, że obojętnie gdzie się znajdziesz, wszędzie będzie daleko. Musisz więc zastanowić się, czy chcesz być bliżej plaży czy zatrzymać się w Hollywood, ale nad ocean jechać 1.5h.
Zanim zarezerwujesz nocleg, po prostu zorientuj się jakie jest jego położenie i czy łatwo dostać się do niego z miejsca gdzie zaczyna się twoja przygoda z miastem (zwłaszcza jeszcze przyjeżdżasz wcześnie rano lub późno w nocy) i czy w pobliżu znajduje się niezła sieć transportu publicznego.


5. Pokój.
Im mniej ludzi w pokoju, tym lepiej- logiczne. Jednak niektóre hostele przyjmują model łóżka, jako własnego pokoju. W Kuala Lumpur mieszkałam w hostelu, gdzie w kilkunastoosobowym pokoju na jednej ścianie były numerowane szafki, a druga była po prostu ścianą łóżek. Do każdego wchodziło się jak do kapsuły, była w nim lampka, półka, miałam swoją mała przestrzeń i czułam się jak w jednoosobowym pokoju. Podobnie w Londynie spędziłam kilka nocy w pokoju, gdzie każde łóżko miało zasłony, co dawało trochę złudzenie prywatnego pokoju i odcinało od reszty.
Jako samotnie podróżująca kobieta często wybieram pokoje tylko dla kobiet z uwagi na to, że mniejsze są szanse na ich zapełnienie i że ktoś będzie potwornie chrapał.
Jeżeli zamierzasz zostać gdzieś na dłużej, porozmawiaj z obsługą, a powinieneś dostać zniżkę, albo lepszy pokój za niższą cenę.

 Czasami wielkość pokoju potrafi zaskoczyć. Tokio.


6. Obsługa
Pracownicy mają wpływ na atmosferę hostelu. Najczęściej obsługa (zwłaszcza w recepcji) mówi po angielsku, ale nie zawsze. Z ludźmi bywa różnie, można trafić na sympatycznych, gotowych do pomocy, ale też takich, którym bardziej będzie zależało na imprezowaniu niż pomocy innym. W opiniach na temat hostelu goście zazwyczaj zostawiają kilka słów na temat obsługi, więc możesz się zorientować z kim będziesz mieć do czynienia.


7. Kuchnia.
Kuchnia do dyspozycji gości jest według mnie jednym z ważniejszych elementów hostelu, zwłaszcza jeżeli jedziesz gdzieś na dłużej i niekoniecznie zamierzasz jeść każdy posiłek na mieście. Duża lodówka to podstawa, goście przechowują w niej żywność. Żeby w lodówce rzeczy nie zalegały po wyjeździe gości, zazwyczaj prosi się, żeby na torbę z zakupami nakleić informacje z imieniem, numerem pokoju i datą wyjazdu- w przeciwnym razie twoje zakupy mogą zostać sprzątnięte. Może się też zdarzyć, że ktoś poczęstuje się twoimi zapasami, ale na to niewiele da się poradzić.

- Pamiętaj, żeby po sobie sprzątać zaraz po tym, jak coś przygotujesz. Niestety wielu osobom wydaje się, że zrobi to za nich mama więc naczynia wkładają do zlewu i czekują aż znikną.

- Jeżeli śniadanie wliczone jest w cene, upewnij się, że wiesz w jakich godzinach jest serwowane. Niektóre hostele zaczynają wcześnie rano i zamykają kuchnię o 9, w innych załapiasz się na śniadanie niemalże do południa.

- Jeżeli zamierzasz gotować więcej niż kilka posiłków, pomyśl o zabraniu ze sobą kilku podstawowych przypraw (nawet tych napoczętych). Nic nie ważą, nie zajmują miejsca w bagażu, a poprawią smak każdego dania.


Untitled Dachy i tarasy w hostelach potrafią być ich największą zaletą, dzięki czemu możesz jeść śniadanie otaczając się widokami jak powyższy. Nowa Zelandia.


8. Hałas
Wybierając nocleg w hostelu zawsze miej ze sobą stopery do uszu. Przerabiałam różnego rodzaju hałasy, nawet chrapanie tak głośne, że stopery nie do końca pomogły, ale bez nich w ogóle nie mogłabym spać.
Czasami hostel znajduje się przy głośnej ulicy, blisko klubów, barów i o 3 w nocy mogą obudzić cię śpiewy, krzyki czy dźwięk tłuczonego szkła. Innym razem będą to głośni współlokatorzy, albo ktoś będzie opuszczał hostel o 5 rano i pakował rzeczy w worki foliowe.
Na pewne rzeczy nie ma się wpływu, a hostele rządzą się swoimi prawami, ale zabierając stopery (najlepiej woskowe) zwiększasz swoje szanse na spokojny sen.


9. Łazienka
Częstym problemem hosteli jest niewystarczająca ilość łazienek na liczbę gości. Mówię przede wszystkim o tych, które znajdują się na korytarzach, a nie w pokojach. Chcesz wziąc z rana prysznic i okazuje się, że musisz czekać godzinę, żeby zwolniło się miejsce. Jeżeli nie spieszy ci się - to nie jest większy problem, gorzej jeżeli masz coś w planach i musisz wyjść z hostelu z nieumytymi zębami.
Łazienka w pokoju jest często lepszym rozwiązaniem, bo goście bardziej przejmują się jej czystością, ale minusem może być hałas, jeśli ktoś będzie o 6 rano brał prysznic, albo przedostające się do pokoju zapachy. Tutaj nie ma idealnego rozwiązania, wszystko zależy od wielkości hostelu, układu pokojów i liczby gości.


Untitled
Atmosfera hostelu Vidigalbergue w Rio de Janeiro zapewniła mi jedną z najlepiej wspominanych podróży.


10. Bezpieczeństwo.
Do niektórych hosteli może wejść każdy, w innych faktycznie zwraca się uwagę na każdą osobę przekraczającą próg. W hostelu powinny być szafki, w których można zostawić cenne rzecy. Dlatego w podróży zawsze powinieneś mieć przy sobie kłódkę wraz z kluczem, bo te trzeba zapewnić sobie samemu. Gorszą opcją są szafki na monety, ale te zdarzają się rzadziej.
Jeżeli w hostelu nie ma szafek, cenne rzeczy przechowa dla ciebie personel, ale jest to trochę niewygodne, bo przecież nie będziesz przy każdym wyjściu z hostelu oddawał laptopa i odbierał w drodze powrotnej.
Podczas mojego pobytu w Montevideo kilka osób zostało okradzionych w moim pokoju, bo zamykane na kłódki szuflady były nieszczelne i można było wsadzić do środka rękę od tylnej strony. Zanim więc wsadzisz najważniejsze rzeczy do takiej szafki, upewnij się, że i ona jest bezpieczna.
Poza tym jeżeli hostel nie staje na wysokości zadania pod względem bezpieczeństwa, ktoś w opiniach na pewno o tym napisał.


11. Bed bugs. 
Skoro omówiliśmy już bezpieczeństwo, ostatnia rzecz jakiej chcesz doświadczyć w hostelu, to bycie pogryzionym przez bed bugs czyli pluskwy. Nie zdawałam sobie do końca sprawy z ich mocy, to czasu kiedy zamieszkałam w Nowym Jorku. Są tam dużym problemem, zwłaszcza w starych kamienicach. Zakładają gniazda w materacach łóżek i są bardzo ciężkie do wytępienia. Ich ugryzienia są jednymi z najpaskudniejszych jakie widziałam, Google Image może wam pomóc zaspokoić ciekawość.
Jeżeli przeczytam w opiniach, że choćby jedna osoba została pogryziona przez pluskwy, hostel od razu zostaje skreślony z listy możliwości.
Owady takie jak karaluchy też nie należą do najprzyjemniejszych towarzyszy podróży, ale są mniej szkodliwe, a poza tym w egoztycznych krajach często nie da się ich uniknąć.



Gdzie rezerwować?
Moją ulubioną stroną jest Hostelbookers, często też korzystam Hostelworld. Pierwsza strona ma zazwyczaj niższe ceny, ale zdarzyło mi się, że to Hostelworld proponował niższe stawki, dlatego czasem przed rezerwacja dobrze jest sprawdzić oba źródła. Ponadto Hostelworld zrezygnował z ostatnio z opłaty rezerwacyjnej, ale nie wiem czy na stałe.
Kiedy nie mogę nic znaleźć na żadnej z powyższych stron, zaglądam też na booking.com. Przeważają tam hotele, ale czasem do wyboru są też niedrogie bed&breakfast oraz hostele.

Najpopularniejszą siecią hosteli jest Hostelling International. Wyrobienie karty członkowskiej pozwala w na min. 10% zniżki na noclegi w ponad 5 tysięcy hosteli w 78 krajach.
W tym roku wyrabiając kartę ISIC nie miałam do wyboru innej niż YHA, więc włączona jest w ISIC, ale opłacało mi się wyrobienie jej w Nowej Zelandii, gdzie wiele hosteli należało do tej sieci, a koszt wyrobienia zwracał się w postaci darmowego noclegu. Karta oferuje też zniżki w innych miejscach niż hostele, o czym można przeczytać na ich stronie.

13 mar 2014

Mexico City.

W Mexico City ląduję nad ranem, ale czekam, aż na dworze zrobi się jasno zanim ruszę w stronę miasta.
Stoję na stacji, czekam na metro, podjeżdża pociąg. Zanim się zatrzyma już zauważam kilkanaście par męskich oczu na najbardziej wyróżniającej się osobie na peronie. Nie lubię być w centrum zainteresowania, ale w podróży czasem mnie to bawi. Wsiadam do metra z uśmiechem.
Po kilku stacjach czeka mnie przesiadka. Godzina szczytu, wszyscy jadą do pracy. Podjeżdża kilka kolejnych pociągów, ale udaje mi się wejść dopiero do któregoś z kolei. Miejsca siedzące są zajęte po pięciu sekundach, nikt nie da sobie wydrzeć tej wygody.
Na następnej stacji do wagonu wlewa się morze ludzi i odtąd zaczyna się najgorsza przejażdżka metrem mojego życia. Podróżowałam metrem w godzinach szczytu w od Nowego Jorku, przez Londyn, po Tokio, ale takiego ścisku jeszcze nie doświadczyłam.
Nie mam już na plecach 12kg, ale 30, bo bo ludzie uwieszają się na moim plecaku. Z przodu mam drugi. Zaczynam marzyć o wydostaniu się stamtąd ale przede mną długa droga.
Znowu stacja i znowu wdzierają się kolejne osoby, chociaż byłam pewna, że nie zmieściłaby się w wagonie już nawet połowa człowieka
Na zakrętach przeklinam fizykę i siłę odśrodkową. Czuję jak cały tłum przyciska mnie do drzwi i że zaraz będę wolała przez nie wypaść niż jechać dalej. Na stacjach drzwi zamykają się po 10 razy, ale przy tym tłumie nie pomogłoby nawet dopychanie pałką, jak to praktykuje się czasem w Japonii.
Słowo "przepraszam" w podziemiu Districo Federal nie istnieje. Jeżeli nie masz wystarczająco silnych łokci, nie wejdziesz do metra, albo z niego nie wyjdziesz.
Jestem pewna podziwu dla pani, która z torebki wyciąga wałki i zaczyna nawijać je na włosy. Ja nie mogę nawet ruszyć ręką.
Moment przedarcia się przez tłum w kierunku drzwi i pierwszy łyk powietrza na stacji docelowej był cudowny, ale i tak pierwsza podróż meksykańskim metrem zostawiła całkiem głęboką dziurę w mojej psychice.
Na szczęście podobna przejażdżka już się nie powtórzyła.

===

I znowu, jak to często bywa w podróży, przypadek zadecydował o większości mojego pobytu w stolicy Meksyku.
W trzeci dzień znalazłam na Couchsurfingu, w dziale lokalnych wydarzeń informację o cotygodniowej lekcje kubańskiej salsy, z kolacją wliczoną w cenę. Cena wynosiła ledwo ponad 10zł, lokalizacja była bardzo blisko mojego hostelu, więc uznałam, że nie mogę zmarnować takiej okazji.
Nie za bardzo lubię tańczyć, ale salsy zawsze chciałam się nauczyć. W godzinę oczywiście niewiele załapałam, ale poznałam podstawowe kroki. Po lekcji zaczęłam rozmawiać z dwoma uczestnikami kursu, Xavierem i Chrisem. Usiedliśmy razem przy stole i przegadaliśmy kolację. Kiedy dowiedzieli się, że kilka dni wcześniej miałam urodziny, koniecznie chcieli postawić mi tequillę. Poszliśmy do baru z muzyką na żywo i tam wypiłam kielona pierwszej tequilli na terenie jej ojczyzny.
Na drugi dzień spotkałam się z Xavierem w muzeum/domu Fridy Kahlo i zwiedziliśmy razem okolice.
Szybko się zakumplowaliśmy i Xavier zaproponował, żebym przeniosła się do jego domu. Idealnie się złożyło, bo w hostelu kończyła mi się rezerwacja, a nie wiedziałam co mam robić dalej i gdzie jechać. Zostałam więc na kolejne trzy dni w D.F., a ostatecznie spędziłam dziesięć. 
Byłam za to beznadziejna w dokumentowaniu tych dni i dlatego post z Mexico City będzie tylko jeden, a poniższe zdjęcia bardzo przeciętne. Z drugiej jednak strony zauważyłam, że pierwszy post z danej lokalizacji budzi największe zainteresowanie, każdy kolejny odwiedzacie w coraz mniejszym gronie. Może więc wyszło na dobre.

Jakie wrażenie zrobiło na mnie miasto? Było jednym z najfajniejszych, jakie odwiedziłam w Ameryce Łacińskiej. Wszechobecny street food od razu chwycił mnie za serce, a ceny jedzenia były dużą ulgą po miesiącu spędzonym w Stanach. Momentami męczyły mnie szerokie, cuchnące spalinami ulice, ale na terenie miasta było mimo wszystko dużo zieleni. Nie było też momentu, żebym odczuwała jakiekolwiek niebezpieczeństwo.
Co tu dużo mówić, jeżeli będzie okazja, to chętnie wrócę na dalszą eksplorację najlepszych tacos w mieście.
 
Untitled Dom Fridy Kahlo był super, byłam pod dużym wrażeniem, zwłaszcza tymczasowej wystawy dotyczącej jej strojów.Untitled Mike, którego poznałam w Toronto wysłał mi od swojego kolegi z Mexico City kilka wskazówek, gdzie warto zjeść. Pierwszą wypróbowałam z Xavierem po odwiedzeniu Casa de Azul, na pobliskim targu. Tacos z El Charro okazały się świetne, z dużą ilość mięsa i dodatków, a lepszego grillowanego kaktusa niż tam, do tej pory nie jadłam.Untitled Xavier, a po prawej ściana chicharron, czyli smażona wieprzowa skóra, powiedzmy, że skwarki, łamana na kawałki przyjmuje rolę prażynek, chipsów.Untitled Untitled Tostada, czyli twarda tortilla z owocami morza, sałatą i guacamole. Ciężka do zjedzenie bo tortilla się łamie, składniki spadają, ale komu by to przeszkadzało, kiedy tak dobrze smakuje?
Untitled
 Miło było mieć przy sobie Xaviera, bo dzięki niemu dowiedziałam się rzeczy, które w innej sytuacji na pewno by mi umknęły. Kiedy miałam ochotę na koktail owocowy, polecił mi spróbować smoothie z pigwicy właściwej, owoca, o którym nigdy wcześniej nie słyszałam. Ciężko porównać jego smak do czegokolwiek (może odrobinę do śliwki?) ale był bardzo dobry, choć gęsty i mocno sycący.
Untitled Spacer po Coyoacan.Untitled Untitled Churros z jednej z ulubionych miejscówek w mieście. Z cajetą- dulce de leche z koziego mleka i kremowym serkiem. No i nadgryziony churro Xaviera, bo nie znał mnie wystarczająco długo i zapomniał, że nie może zacząć jeść zanim zrobię zdjęcie;).Untitled Untitled Untitled Cafe El Jarocho, jedna z ulubionych kawiarni mieszkańców Mexico City, podobno w weekendy ustawiają się tu kolejki.Untitled W tłusty czwartek, żeby połączyć moce z ojczyzną, wybrałam się do El Morro, funkcjonującej od 1935 kawiarnii słynącej z churros.Untitled Churros wytarzane w cukrze z cynamonem i do tego gorąca czekolada. Niekoniecznie gęsta i intensywna w smaku, ale to pewnie i lepiej, bo inaczej nie pokonałabym całej porcji. Untitled Untitled Pamiętam jak kilka dobrych lat temu oglądałam odcinek "Boso przez świat" Cejrowskiego z Mexico City i część odcinka nagrywał właśnie tutaj, na 45piętrze budynku Torre Latinoamericana. Miałam wtedy wyobrażenie o tym mieście, że jest niebezpieczne, zanieczyszczone i że łatwo zatruć się jedząc coś na ulicy. Teraz bawi mnie to wspomnienie chociaż rzeczywiście nad miastem widać unoszący się smog.Untitled Mexico City tworzy jedną z największych aglomeracji miejskich na świecie, liczącą 21mln mieszkańców. I rzeczywiście, patrząc na miasto z góry, nie widać jego końca. Podobnie jak w Tokio.Untitled Ustrzelone gdzieś w mojej dzielnicy, Colonia Roma, która uznawana jest za najładniejszą w mieście. Gdybym miała 50tkę pewnie bardziej postarałabym się ją sfotografować, ale wygrało lenistwo.Untitled Tacos al pastor to efekt wpływu libańskich imigrantów na kuchnię meksyńską. Mięso shoarma na tortilli, podawane często z anananem, do tego kilka klasycznych dodatków typu cebula i kolendra. El Tizoncito, który dzisiaj jest lokalną sieciówką przypisują sobie też wynalezienie tacos al pastor i właśnie tam postanowiłam ich spróbować. Jadłam je później w jeszcze dwóch innych miejscach, ale nie przebiły pierwszych.Untitled Miejskie targi w Mexico City były moimi ulubionymi miejscami do zwiedzania. Mercado de Medelin znajdował się niedaleko mojego hostelu, ale przede wszystkim polecam odwiedzenie La Merced, zwłaszcza jeśli chodzi o zakupy spożywcze, bo wszystko było tam bardzo tanie.Untitled Widząc wielkie piniaty zapragnęłam rozbić taką któregoś dnia.Untitled Opuncje sprzedawane są w takich ilościach jak pomidory czy ziemniaki.Untitled Na lunch wybrałam stoisko z owocami morza i zamówiłam zupę. Za 11zł dostałam miskę pysznego pikantnego bulionu z krewetkami, małzami, rybą i krabem. Posypana kolendrą przeniosła mnie do Portugalii.Untitled W jeden z wieczorów Xavier zabrał mnie na punkt widokowy na wysokości ponad 3tys m.n.p.m.
Mexico City leży na wysokości ponad 2200 m.n.p.m, więc bieganie tam było dla mnie praktycznie treningiem wysokogórskim.
Untitled Jedną z weekendowych wycieczek były piramidy/ miasto Azteków w Teotihuacan, kilkadziesiąt kilometrów za miastem. Xavier odsłonił z tej okazji dach w swoim Jeepie, co przy takiej idealnej pogodzie przyniosło podwójną frajdę z road tripu. Untitled Untitled Na Teotihuacan czułam się trochę jakbym znowu miała 8lat i była ciągana po muzeach i kościołach, które niekoniecznie mnie wtedy interesowały. Tłum, kolejki, upał, płaczące dzieci, pamiątki na każdym kroku. Eee...nie ruszyły mnie za bardzo te piramidy. Wiem, że w Guatemali zrobią na mnie większe wrażenie.Untitled Untitled Chciałam to zrobić jak tylko wyruszyliśmy z domu, stanąć na siedzeniu, rozłożyć szeroko ramiona i poczuć na sobie . W końcu nadarzył się idealny moment, w radiu leciało "Smells Like Teen Spirit" zjeżdzaliśmy autostradą w dół, a w oddali ukazało się oświetlone zachodzącym słońcem Mexico City. Miałam w głowie "The Perks of Being a Wallflower", a to był chyba najlepszy moment z mojego pobytu w mieście.
Untitled Jazda na stojąco tak mi się spodobała, że później za każdym razem jak gdzieś jechaliśmy, starałam się stanąć chociaż na chwilę.

 Xavier do niedawna mył sałatę mydłem, więc dałam mu kilka lekcji gotowania i wiedzy o produktach spożywczych. A poza tym korzystałam z tego, co znajdowałam na targach, czyli przygotowywałam milkshaki z niecodziennych owoców jak np. mamea, albo robiłam moją meksykańską wersję kanapki grilled cheese sandwich: ser Oaxaca, jarmuż, kolendra, awokado, salsa verde.
Untitled W ostatnią noc miałam do zrealizowania misję. W miejscach poleconych przez kolegę Mike'a znalazło się jedno, przy którym napisał, że na pewno zachoruje po tym jedzeniu. Mike powiedział mu, że jestem twarda jak byk i nic mi nie będzie. A skoro zakładano się o mój żołądek w odległej Kanadzie, musiałam udowodnić, że przetrwam to przeklęte Tacos Beto. Miejsce słynie z tego, że serwuje tacos z dodatkiem (na życzenie) cochinady. Widzicie ten tłuszcz na zdjęciu? Przez całą noc smażą w nim mięsa, kiełbasy, cebule, a cochinada to resztki, które wyławiają z dna durszlakiem. Brzmi jak zawał serca na miejscu i coś czego normalna wątroba nie przetrwa. Untitled Zamówiliśmy dwa tacos z cochinadą. Była godzina 23, a na drugi dzień musiałam wstawać po 5 rano i jechać na lotnisko. Wiedziałam więc czym ryzykuje i że może skończyć się tragicznie dla mojej podróży. Wyobrażałam sobie, że siedzę w samolocie w momencie startu i nagle muszę biec do toalety. To byłby dopiero dramat... Na szczęście przetrwałam bez bólu brzucha i rozwolnienia. Zwycięstwo.Untitled
Untitled Zamiast 18h podróży do Puerto Escondido, wybrałam godzinny lot, niewiele droższy od biletu autobusowego. Ulga.