Wybaczcie ostatnio rzadsze aktualizowanie bloga, ale powolny internet wszystko znacznie utrudnia. Wrzucanie zdjęć trwa wieki, nie wspominając o filmie - z poniższym walczyłam 5 dni zanim w całości się załadował. Musiałam zresztą przyciąć na jakości, w przeciwnym razie czekałabym dwa tygodnie.
Video jest pamiątką z odwiedzin Bzu sprzed kilku tygodni, na początku zmieńcie jakość na 720p.
Jeżeli szczęśliwi czasu nie liczą, to sprawdziło się to z moją dzisiejszą pomyłką. Złożyłam Wam wcześniej na Facebooku życzenia wielkanocne będąc pewna, że właśnie wstaliście od stołu. Dzięki za informacje, że mamy dopiero niedzielę palmową!
Tymczasem jadę na lotnisko odebrać kolejnego gościa, tym razem odwiedza mnie mój niezastąpiony przyjaciel Marcin. Zapowiada się super tydzień!
Music: Always - Panama
13 kwi 2014
5 kwi 2014
Kolejny miesiąc w Puerto Escondido i przepis na wegański mus czekoladowy.
Na długo przed rozpoczęciem tej podróży zaplanowałam, że jednym z jej elementów będzie praca w ramach wolontariatu gdzieś w drodze. To idealny sposób na spędzanie czasu w podróży, jeżeli nigdzie ci się nie spieszy, nie masz konkretnego planu ani zarezerwowanych biletów. Poza tym w ten sposób wydatki zmniejszają się do minimum.
Po przyjeździe do Puerto Escondido nabrałam ochoty na zatrzymanie się tu na dłużej i po kilkunastu dniach zaczęłam się rozglądać za możliwymi opcjami wolontariatu. Będąc jeszcze w domu przeglądałam ogłoszenia na Helpx, a jedno z tych, które spodobało mi się najbardziej, po przyjeździe niespodziewanie okazało się być 5min spacerem od hostelu, w którym się zatrzymałam.
Sanctuary/ Healing Center, to miejsce do którego ludzie przyjeżdżają się wyciszyć, oczyścić umysł, ducha i ciało. W domu przeważają stali mieszkańcy, niewielka grupa ludzi ze Stanów, Kanady i Anglii, a razem z goścmi nigdy nie ma w nim więcej niż kilkunaście osób. Wstają o wschodzie słońca, medytują, uprawiają jogę, są blisko z naturą, odżywiają się tylko vegan raw, a w poniedziałki poszczą całkowicie. To tylko skrótowy zarys.
Pomyślałam, że spędzenie z nimi kilku tygodni byłoby nowym i ciekawym doświadczeniem. Poszłam ich poznać, wypełniłam aplikację, polubili mnie i zaproponowali pracę, ale ponieważ normalnie biorą ludzi na minimum 3 miesiące, poprosili mnie o pokrycie części kosztów noclegu. Suma wynosiła praktycznie tyle, ile płaciłam za hostel, więc uznałam, że nie ma sensu pracować 5h dziennie i wciąż płacić za to, na czym najbardziej chciałam zaoszczędzić.
Kiedy sanktuarium nie wypaliło, przeszłam się do hostelu, w którym mieszka Marc. Bywałam w nim regularnie i widziałam ogłoszenie, że szukają wolontariusza. Zagadałam do managera i zaprosił mnie na dwudniową próbę. Za chwilę minie tydzień odkąd się tu przeprowadziłam.
Pracuję 6h dziennie, sześć razy w tygodniu, w zamian mam zapewnione śniadanie, kolację oraz nocleg. Hostel realizował ostatnio kilka większych projektów remontowych, dlatego zatrudniją całkiem sporą grupę wolontariuszy jak na hostel tych niewielkich rozmiarów. Poza mną są tu jeszcze dwie pary z Anglii i Kanady i kilka osób z obsługi.
To, co wyróżnia Osę Mariposę spośród wielu innych hosteli to fakt, że jest wegetariański/wegański. Goście nie mają dostępu do kuchni, ale menu zawiera śniadania, lunch, milkshaki, świeżo wyciskane soki, a wieczorem można zapisać się na kolację, którą jemy razem przy dużym stole, w rodzinnej atmosferze i codziennie przygotowywane jest coś innego.
Wśród gości i pracowników zdarzają się wegetarianie i weganie, ale często ludzie wybierają ten hostel z innych powodów. Jedzenie jest tu w każdym razie pyszne, a wiele produktów (np. chleb, mleko sojowe, tofu, hummus) powstaje na miejscu.
W tym tygodniu pracuję na porannej zmianie, pomagając w barze/kuchni i recepcji. Kiedy manager dowiedział się, że prowadzę bloga i mam pojęcie o fotografii, zaczęłam też prowadzić fan page i projekty typu tworzenie eventowych plakatów, fotografowanie dań, dodawanie przepisów itp.
Póki co, jest tu cicho i spokojnie, ale około Wielkanocy zaczyna się sezon i przez dwa tygodnie hostel będzie pękał w szwach.
Postaram się niedługo zrobić więcej zdjeć hostelu i lepiej zobrazować mój pobyt tutaj.
Nadmiar wolnego czasu w godzinach pracy zamieniłyśmy dzisiaj z Gen (inną wolontariuszką) w wegański pudding czekoladowy. Na zdjęciu obecne są wszystkie składniki, ale nie do końca w odpowiedniej ilości - taki tam błąd, którego nie powinno się popełniać przy fotografowaniu przepisów;).

Wegański mus czekoladowy
Składniki (dla 6 osób):
2 dojrzałe awokado
1 mocno dojrzały banan
1 szklanka kakao w wersji raw lub 200g gorzkiej czekolady
1/2 szklanki syropy klonowego (my użyliśmy miodu)
3 łyżki oleju kokosowego
1 łyżeczka sosu sojowego
1 łyżeczka octu balsamicznego
Przygotowanie:
W rondelku rozpuść czekoladę, uważając, żeby jej nie przypalić.
Wrzuć do blendera wszystkie potrzebne składniki (również kakao, jeżeli nie używasz czekolady) i dokładnie zmiksuj. Masa będzie bardzo gęsta, dlatego wymieszanie wszystkiego łyżką kilka razy w trakcie może być niezbędne do uzyskania jednolitej masy.
Przełóż mus do miseczek lub większego pojemnika i wsadź do zamrażarki na dwie godziny. Masa nie zmrozi się całkowicie, ale będzie chłodna. Mus być też jedzony tuż po przyrządzeniu, posypany dowolnymi dodatkami.
Zmodyfikowany przepis pochodzi ze strony The Laidback Vegan
Po przyjeździe do Puerto Escondido nabrałam ochoty na zatrzymanie się tu na dłużej i po kilkunastu dniach zaczęłam się rozglądać za możliwymi opcjami wolontariatu. Będąc jeszcze w domu przeglądałam ogłoszenia na Helpx, a jedno z tych, które spodobało mi się najbardziej, po przyjeździe niespodziewanie okazało się być 5min spacerem od hostelu, w którym się zatrzymałam.
Sanctuary/ Healing Center, to miejsce do którego ludzie przyjeżdżają się wyciszyć, oczyścić umysł, ducha i ciało. W domu przeważają stali mieszkańcy, niewielka grupa ludzi ze Stanów, Kanady i Anglii, a razem z goścmi nigdy nie ma w nim więcej niż kilkunaście osób. Wstają o wschodzie słońca, medytują, uprawiają jogę, są blisko z naturą, odżywiają się tylko vegan raw, a w poniedziałki poszczą całkowicie. To tylko skrótowy zarys.
Pomyślałam, że spędzenie z nimi kilku tygodni byłoby nowym i ciekawym doświadczeniem. Poszłam ich poznać, wypełniłam aplikację, polubili mnie i zaproponowali pracę, ale ponieważ normalnie biorą ludzi na minimum 3 miesiące, poprosili mnie o pokrycie części kosztów noclegu. Suma wynosiła praktycznie tyle, ile płaciłam za hostel, więc uznałam, że nie ma sensu pracować 5h dziennie i wciąż płacić za to, na czym najbardziej chciałam zaoszczędzić.
Kiedy sanktuarium nie wypaliło, przeszłam się do hostelu, w którym mieszka Marc. Bywałam w nim regularnie i widziałam ogłoszenie, że szukają wolontariusza. Zagadałam do managera i zaprosił mnie na dwudniową próbę. Za chwilę minie tydzień odkąd się tu przeprowadziłam.
Pracuję 6h dziennie, sześć razy w tygodniu, w zamian mam zapewnione śniadanie, kolację oraz nocleg. Hostel realizował ostatnio kilka większych projektów remontowych, dlatego zatrudniją całkiem sporą grupę wolontariuszy jak na hostel tych niewielkich rozmiarów. Poza mną są tu jeszcze dwie pary z Anglii i Kanady i kilka osób z obsługi.
To, co wyróżnia Osę Mariposę spośród wielu innych hosteli to fakt, że jest wegetariański/wegański. Goście nie mają dostępu do kuchni, ale menu zawiera śniadania, lunch, milkshaki, świeżo wyciskane soki, a wieczorem można zapisać się na kolację, którą jemy razem przy dużym stole, w rodzinnej atmosferze i codziennie przygotowywane jest coś innego.
Wśród gości i pracowników zdarzają się wegetarianie i weganie, ale często ludzie wybierają ten hostel z innych powodów. Jedzenie jest tu w każdym razie pyszne, a wiele produktów (np. chleb, mleko sojowe, tofu, hummus) powstaje na miejscu.
W tym tygodniu pracuję na porannej zmianie, pomagając w barze/kuchni i recepcji. Kiedy manager dowiedział się, że prowadzę bloga i mam pojęcie o fotografii, zaczęłam też prowadzić fan page i projekty typu tworzenie eventowych plakatów, fotografowanie dań, dodawanie przepisów itp.
Póki co, jest tu cicho i spokojnie, ale około Wielkanocy zaczyna się sezon i przez dwa tygodnie hostel będzie pękał w szwach.
Postaram się niedługo zrobić więcej zdjeć hostelu i lepiej zobrazować mój pobyt tutaj.
Nadmiar wolnego czasu w godzinach pracy zamieniłyśmy dzisiaj z Gen (inną wolontariuszką) w wegański pudding czekoladowy. Na zdjęciu obecne są wszystkie składniki, ale nie do końca w odpowiedniej ilości - taki tam błąd, którego nie powinno się popełniać przy fotografowaniu przepisów;).

Składniki (dla 6 osób):
2 dojrzałe awokado
1 mocno dojrzały banan
1 szklanka kakao w wersji raw lub 200g gorzkiej czekolady
1/2 szklanki syropy klonowego (my użyliśmy miodu)
3 łyżki oleju kokosowego
1 łyżeczka sosu sojowego
1 łyżeczka octu balsamicznego
Przygotowanie:
W rondelku rozpuść czekoladę, uważając, żeby jej nie przypalić.
Wrzuć do blendera wszystkie potrzebne składniki (również kakao, jeżeli nie używasz czekolady) i dokładnie zmiksuj. Masa będzie bardzo gęsta, dlatego wymieszanie wszystkiego łyżką kilka razy w trakcie może być niezbędne do uzyskania jednolitej masy.
Przełóż mus do miseczek lub większego pojemnika i wsadź do zamrażarki na dwie godziny. Masa nie zmrozi się całkowicie, ale będzie chłodna. Mus być też jedzony tuż po przyrządzeniu, posypany dowolnymi dodatkami.
Zmodyfikowany przepis pochodzi ze strony The Laidback Vegan
30 mar 2014
Niezwykła historia poznana w podróży...
W podróży nigdy nie wiesz kogo spotkasz na swojej drodze...
Pewnego dnia do twojego pokoju wprowadza się facet o wyglądzie stereotypowego amerykańskiego turysty, a za godzinę słuchasz historii jego życia zbierając szczękę z podłogi.
Tak właśnie było z Marckiem z Teksasu, który pierwszą noc swojego pobytu w Puerto Escondido spędził w moim hostelu.
Ojciec Marca był więźniem Alcatraz. W wieku 20-kilku lat napadł na bank. Przenoszony z jednego więzienia do drugiego gdzie sprawiał problemy, w końcu trafił do legendarnego więzienia o zaostrzonym rygorze - Alcatraz w San Francisco.
Marc i jego rodzeństwo dowiedzieli się o przeszłości ojca dopiero dzień po jego pogrzebie, 7 lat temu. Nawet matka Marca w momencie ślubu nie wiedziała o tajemnicy swojego męża, dowiedziała się kilka lat później przypadkiem od teściowej. Rodzice postanowili dożywotnie ukryć ten fakt przed dziećmi, żeby trzymać je z dala od świata kryminału.
Marc miał 36 lat w momencie śmierci ojca, a ta szokująca informacja wywróciła jego życie do góry nogami. Nagle mnóstwo rzeczy, których nie mógł zrozumieć przez całe swojego życie, nabrało sens.
W młodości był wzorowym uczniem w szkole, nie pił, nie palił, a jednak nie mógł zrozumieć, dlaczego wiecznie kręci się koło niego policja. Kiedy wychodził na imprezę, do domu odwoził go radiowóz, nawet jeżeli nie miał nic na sumieniu.
Były też plusy, obojętnie jak bardzo by czegoś nie przeskrobał, na ojcu nic nie robiło wrażenia. Kiedy nauczycielka w postawówce wezwała rodziców do szkoły, bo znalazła w zeszycie Marca przekleństwo, ojciec o mało co nie zaśmiał się jej w twarz. Koledzy zawsze typowali Marca do podejmowania ryzyka, bo wiedzieli, że jemu i tak się za to nie oberwie.
Kilka dni temu Marc pokazywał mi swoje zdjęcia z pierwszej wycieczki do Alcatraz. Kilkunastoletni chłopak na promie płynącym przez zatokę SF, z najbardziej znanym więzieniem w tle. Na kolejnym zdjęciu nastolatek w celi, uśmiechnięty od ucha do ucha, nie mając pojęcia ile wspólnego ma z tym miejscem. Najbardziej rozbawiła mnie historia o bluzie ze zdjęciem i napisem "Alcatraz", którą Marc kupił ojcu na pamiątkę. Tata w mało entuzjastyczny sposób wziął ją do ręki i za chwilę odłożył z wymówką, że jest za ciepło na przymiarkę.
W wieku 17 lat ojciec zapisał Marca do armii i przez kolejne 10 lat służył w Marines. Spędził trochę czasu w Japonii i Korei, był na wojnie w Somalii i Iraku.
Podobnie jak policja, wszyscy w wojsku wiedzieli o historii jego ojca, ale nikt nie mógł mu powiedzieć. Żartowano z niego delikatnie nawiązując do tematu, ale dla Marca żarty okazały się jasne dopiero kilkanaście lat później.
Kiedy jego brat został zamordowany, Marc był na służbie po drugiej stronie Stanów, ale to u niego FBI zjawiło się jako pierwsze, robiąc z niego pierwszego podejrzanego. Wtedy nie mógł zrozumieć dlaczego.
Po 10 latach w armii, przez jedno niesprawiedliwe osądzenie, Marc musiał zakończyć karierę wojskowego. Poszedł wtedy na studia ekonomiczne i kilka lat później zarabiał już dobre pieniądze w korporacji. Kiedy dowiedział się o przeszłości ojca, postanowił o tym napisać. Zwolnił się z pracy i przez rok zbierał materiały dotyczące młodości ojca, spisując je później w formie książki.
Na pewno słyszeliście o historii trzech więźniów, którzy uciekli z Alcatraz i nigdy nie zostali odnalezieni. W 1979 powstał o tym zresztą film w Clintem Eastwoodem. Ojciech Marca znał się z trójką uciekinierów, grywali razem w szachy. Kiedy uciekli, jego ojciech był akurat na zwolnieniu. FBI nie mogło znaleźć go przez trzy dni, a kiedy w końcu im się udało w Sacramento, pan Nolan powiedział tylko "Nawet gdybym coś wiedział, to i tak nic bym wam nie powiedział". Marc poświęcił temu tematowi fragment książki zastanawiając się, a co jeśli, to właśnie jego ojciec pomógł w ucieczce trójce więźniów? W ciągu trzech dni zdążyłby zawieźć ich do Meksyku i wrócić...
Wracając jednak do życia Marca, lata niesłusznego traktowania przez policję, odbiły się w jego przypadku na mocnej niechęci do policji. Krótko przed 40tką postanowił pójść na studia prawnicze i poznać prawo tak dobrze, żeby już nigdy nie potraktowano go w sposób jaki zdarzało się do tej pory. Im dłużej studiował tym większą czuł złość z powodu wcześniejszego braku świadomości i tego jak nadużywano w stosunku do niego prawa. Chce zająć się prawem karnym i zostać obrońcą.
Tuż przed przyjazdem do Meksyku, zdał egzamin na aplikacje, a 1 maja pozna wyniki i okaże się, czy wróci do Teksasu czy zostanie najbardziej wyedukowanym wiecznym plażowiczem
Chociaż różnimy się w wielu kwestiach, a pod względem wieku Marc mógłby być prawie moim ojcem, zakolegowaliśmy się dość szybko i od prawie miesiąca jest moim najbliższym kumplem w Puerto Escondido.
Spędzamy razem sporo czasu na plaży i to właśnie Marc dał mi dużo wskazówek na temat surfingu. Sam surfuje, ale ponadto mieszkał 10 lat na łodzi, wie prawie wszystko o wietrze, oceanie i dużo nauczyłam się od niego w kwestiach technicznych. Jest dobrym nauczycielem, potrafi wiele wyjaśnić, podpowiada co robię źle, co powinnam poprawić, ale też regularnie chwali.
Ciągle mam przed sobą przeczytanie jego książki, ale zrobię to na pewno. To samo polecam również wam, bo jeśli Marc pisze tak dobrze jak opowiada historie, to jestem pewna, że książka wciąga.
Pewnego dnia do twojego pokoju wprowadza się facet o wyglądzie stereotypowego amerykańskiego turysty, a za godzinę słuchasz historii jego życia zbierając szczękę z podłogi.
Tak właśnie było z Marckiem z Teksasu, który pierwszą noc swojego pobytu w Puerto Escondido spędził w moim hostelu.
Ojciec Marca był więźniem Alcatraz. W wieku 20-kilku lat napadł na bank. Przenoszony z jednego więzienia do drugiego gdzie sprawiał problemy, w końcu trafił do legendarnego więzienia o zaostrzonym rygorze - Alcatraz w San Francisco.
Marc i jego rodzeństwo dowiedzieli się o przeszłości ojca dopiero dzień po jego pogrzebie, 7 lat temu. Nawet matka Marca w momencie ślubu nie wiedziała o tajemnicy swojego męża, dowiedziała się kilka lat później przypadkiem od teściowej. Rodzice postanowili dożywotnie ukryć ten fakt przed dziećmi, żeby trzymać je z dala od świata kryminału.
Marc miał 36 lat w momencie śmierci ojca, a ta szokująca informacja wywróciła jego życie do góry nogami. Nagle mnóstwo rzeczy, których nie mógł zrozumieć przez całe swojego życie, nabrało sens.
W młodości był wzorowym uczniem w szkole, nie pił, nie palił, a jednak nie mógł zrozumieć, dlaczego wiecznie kręci się koło niego policja. Kiedy wychodził na imprezę, do domu odwoził go radiowóz, nawet jeżeli nie miał nic na sumieniu.
Były też plusy, obojętnie jak bardzo by czegoś nie przeskrobał, na ojcu nic nie robiło wrażenia. Kiedy nauczycielka w postawówce wezwała rodziców do szkoły, bo znalazła w zeszycie Marca przekleństwo, ojciec o mało co nie zaśmiał się jej w twarz. Koledzy zawsze typowali Marca do podejmowania ryzyka, bo wiedzieli, że jemu i tak się za to nie oberwie.
Kilka dni temu Marc pokazywał mi swoje zdjęcia z pierwszej wycieczki do Alcatraz. Kilkunastoletni chłopak na promie płynącym przez zatokę SF, z najbardziej znanym więzieniem w tle. Na kolejnym zdjęciu nastolatek w celi, uśmiechnięty od ucha do ucha, nie mając pojęcia ile wspólnego ma z tym miejscem. Najbardziej rozbawiła mnie historia o bluzie ze zdjęciem i napisem "Alcatraz", którą Marc kupił ojcu na pamiątkę. Tata w mało entuzjastyczny sposób wziął ją do ręki i za chwilę odłożył z wymówką, że jest za ciepło na przymiarkę.
W wieku 17 lat ojciec zapisał Marca do armii i przez kolejne 10 lat służył w Marines. Spędził trochę czasu w Japonii i Korei, był na wojnie w Somalii i Iraku.
Podobnie jak policja, wszyscy w wojsku wiedzieli o historii jego ojca, ale nikt nie mógł mu powiedzieć. Żartowano z niego delikatnie nawiązując do tematu, ale dla Marca żarty okazały się jasne dopiero kilkanaście lat później.
Kiedy jego brat został zamordowany, Marc był na służbie po drugiej stronie Stanów, ale to u niego FBI zjawiło się jako pierwsze, robiąc z niego pierwszego podejrzanego. Wtedy nie mógł zrozumieć dlaczego.
Po 10 latach w armii, przez jedno niesprawiedliwe osądzenie, Marc musiał zakończyć karierę wojskowego. Poszedł wtedy na studia ekonomiczne i kilka lat później zarabiał już dobre pieniądze w korporacji. Kiedy dowiedział się o przeszłości ojca, postanowił o tym napisać. Zwolnił się z pracy i przez rok zbierał materiały dotyczące młodości ojca, spisując je później w formie książki.
Na pewno słyszeliście o historii trzech więźniów, którzy uciekli z Alcatraz i nigdy nie zostali odnalezieni. W 1979 powstał o tym zresztą film w Clintem Eastwoodem. Ojciech Marca znał się z trójką uciekinierów, grywali razem w szachy. Kiedy uciekli, jego ojciech był akurat na zwolnieniu. FBI nie mogło znaleźć go przez trzy dni, a kiedy w końcu im się udało w Sacramento, pan Nolan powiedział tylko "Nawet gdybym coś wiedział, to i tak nic bym wam nie powiedział". Marc poświęcił temu tematowi fragment książki zastanawiając się, a co jeśli, to właśnie jego ojciec pomógł w ucieczce trójce więźniów? W ciągu trzech dni zdążyłby zawieźć ich do Meksyku i wrócić...
Wracając jednak do życia Marca, lata niesłusznego traktowania przez policję, odbiły się w jego przypadku na mocnej niechęci do policji. Krótko przed 40tką postanowił pójść na studia prawnicze i poznać prawo tak dobrze, żeby już nigdy nie potraktowano go w sposób jaki zdarzało się do tej pory. Im dłużej studiował tym większą czuł złość z powodu wcześniejszego braku świadomości i tego jak nadużywano w stosunku do niego prawa. Chce zająć się prawem karnym i zostać obrońcą.
Tuż przed przyjazdem do Meksyku, zdał egzamin na aplikacje, a 1 maja pozna wyniki i okaże się, czy wróci do Teksasu czy zostanie najbardziej wyedukowanym wiecznym plażowiczem
Chociaż różnimy się w wielu kwestiach, a pod względem wieku Marc mógłby być prawie moim ojcem, zakolegowaliśmy się dość szybko i od prawie miesiąca jest moim najbliższym kumplem w Puerto Escondido.
Spędzamy razem sporo czasu na plaży i to właśnie Marc dał mi dużo wskazówek na temat surfingu. Sam surfuje, ale ponadto mieszkał 10 lat na łodzi, wie prawie wszystko o wietrze, oceanie i dużo nauczyłam się od niego w kwestiach technicznych. Jest dobrym nauczycielem, potrafi wiele wyjaśnić, podpowiada co robię źle, co powinnam poprawić, ale też regularnie chwali.
Ciągle mam przed sobą przeczytanie jego książki, ale zrobię to na pewno. To samo polecam również wam, bo jeśli Marc pisze tak dobrze jak opowiada historie, to jestem pewna, że książka wciąga.
(na okładce wiezięnne zdjęcie jego ojca)
Alcatraz: Parents Have Their Secrets ebook do kupienia przez iTunes, 3.99$
28 mar 2014
Live int the sunshine, swim the sea, drink the wild air.
Wyjście na spacer w samo południe nie jest tutaj najbardziej racjonalnym pomysłem na spędzenie czasu, ale żeby nie zmarnować połowy dnia na chowanie się przed słońcem, poszłyśmy z Bzu na długi spacer po mojej okolicy, od strony w której wcześniej nie byłam.
Na początku było trochę stękania i sapania z gorąca, ale cztery godziny później wróciłyśmy do hostelu szczęśliwe, a poniższe zdjęcia wytłumaczą dlaczego.
Krążąc między domami trafiłyśmy na wzniesienie, które stromością dorównywało tym w San Francisco. Bardzo przyjemna wspinaczka w palącym słońcu, żałowałam, że wzgórze nie było kilka razy dluższe.
Kontenerowy dom na kurzej łapce z widokiem na ocean.
Doczołgałyśmy się do pomnika Marii z Jezusem skąd rozpościera się widok na moją uroczą wioskę.
Umierasz z gorąca, a na horyzoncie pojawia się dom z basenem. Moment na przewartościowanie życia i nagle marzeniem numer jeden staje się skok do basenu.
Zobaczyłyśmy z góry linie brzegową i poszłyśmy w stronę oceanu. Wąska ścieżka prowadząca przez trawy i krzaki, ale minęłyśmy też największego kaktusa, jakiego kiedykolwiek widziałam.
Ścieżka doprowadziła nas na wielką, pustą plażę, gdzie poza nami nie było na horyzoncie żadnej żywej duszy. Powietrze dzieliłyśmy z pelikanami, ocean z rybami.
Obowiązkowa kąpiel.
Idąc dalej natrafiłyśmy na sępy. Jest coś strasznego w tych ptakach, masz wrażenie, że z jedzenia ryby przerzucą się za chwilę na twoją gałkę oczną.
I kilka innych czekających na resztki, zastanawiających się przy okazji czy nie lepiej byłoby zrezygnować z małego posiłku i wziąć się za nas.
Wreszcie doszłyśmy do skał, które widzę z naszej plaży. Musiałyśmy trochę się powspinać, żeby dotrzeć do punktu skąd widać było naszą okolicę.
To miejsce było chyba najlepszym z całego spaceru. Wąskie przejście w skałach i od czasu do czasu przepływająca woda, a za nimi mała, ukryta plaża... Whoaa!

Szukałyśmy skrótów na powrót, bo droga którą przyszłyśmy zajęła sporo
czasu. Przejście skałami nie wchodziło w grę, a nad nimi znajduje się
ośrodek z domkami do wynajmu. Skradając się, żeby nikt nas nie zauważył, w końcu przeszłyśmy terenem ośrodka.
Bzu pojechała popołudniu na wycieczkę wypuścić małe żółwiki do oceanu, a na kolacje poszłyśmy do tajskiej knajpy w okolicy, która w dzień zupełnie nie zwraca uwagi, a wieczorami zamienia się w klimatyczny, wyluzowany lokal w piasku. Muzykę na żywo zapewnił chłopak o totalnym wyglądzie pirata.
Zamówiłam carpaccio z ryby piły, a Bzu pad thai i do tego pina coladę, o której marzyłyśmy od kilku dni. Było też niestety bardzo ciemno i niewiele dało się wyciągnąć ze zdjęć.
Na deser banany z warstwa skarmelizowanego cukru, przekładane niby ciastem filo, które tak naprawdę przypominało faworkowe, a do tego lody waniliowe. Mnie smakowało wszystko, Bzu trochę kręciła nosem na deser
Ostatni i przy okazji najlepszy dzień z pobytu Bzu!
Na początku było trochę stękania i sapania z gorąca, ale cztery godziny później wróciłyśmy do hostelu szczęśliwe, a poniższe zdjęcia wytłumaczą dlaczego.
Krążąc między domami trafiłyśmy na wzniesienie, które stromością dorównywało tym w San Francisco. Bardzo przyjemna wspinaczka w palącym słońcu, żałowałam, że wzgórze nie było kilka razy dluższe.
Kontenerowy dom na kurzej łapce z widokiem na ocean.
Doczołgałyśmy się do pomnika Marii z Jezusem skąd rozpościera się widok na moją uroczą wioskę.
Umierasz z gorąca, a na horyzoncie pojawia się dom z basenem. Moment na przewartościowanie życia i nagle marzeniem numer jeden staje się skok do basenu.
Zobaczyłyśmy z góry linie brzegową i poszłyśmy w stronę oceanu. Wąska ścieżka prowadząca przez trawy i krzaki, ale minęłyśmy też największego kaktusa, jakiego kiedykolwiek widziałam.
Ścieżka doprowadziła nas na wielką, pustą plażę, gdzie poza nami nie było na horyzoncie żadnej żywej duszy. Powietrze dzieliłyśmy z pelikanami, ocean z rybami.
Obowiązkowa kąpiel.
Idąc dalej natrafiłyśmy na sępy. Jest coś strasznego w tych ptakach, masz wrażenie, że z jedzenia ryby przerzucą się za chwilę na twoją gałkę oczną.
I kilka innych czekających na resztki, zastanawiających się przy okazji czy nie lepiej byłoby zrezygnować z małego posiłku i wziąć się za nas.
Wreszcie doszłyśmy do skał, które widzę z naszej plaży. Musiałyśmy trochę się powspinać, żeby dotrzeć do punktu skąd widać było naszą okolicę.
To miejsce było chyba najlepszym z całego spaceru. Wąskie przejście w skałach i od czasu do czasu przepływająca woda, a za nimi mała, ukryta plaża... Whoaa!

Szukałyśmy skrótów na powrót, bo droga którą przyszłyśmy zajęła sporo
czasu. Przejście skałami nie wchodziło w grę, a nad nimi znajduje się
ośrodek z domkami do wynajmu. Skradając się, żeby nikt nas nie zauważył, w końcu przeszłyśmy terenem ośrodka.
Bzu pojechała popołudniu na wycieczkę wypuścić małe żółwiki do oceanu, a na kolacje poszłyśmy do tajskiej knajpy w okolicy, która w dzień zupełnie nie zwraca uwagi, a wieczorami zamienia się w klimatyczny, wyluzowany lokal w piasku. Muzykę na żywo zapewnił chłopak o totalnym wyglądzie pirata.
Zamówiłam carpaccio z ryby piły, a Bzu pad thai i do tego pina coladę, o której marzyłyśmy od kilku dni. Było też niestety bardzo ciemno i niewiele dało się wyciągnąć ze zdjęć.
Na deser banany z warstwa skarmelizowanego cukru, przekładane niby ciastem filo, które tak naprawdę przypominało faworkowe, a do tego lody waniliowe. Mnie smakowało wszystko, Bzu trochę kręciła nosem na deser
Ostatni i przy okazji najlepszy dzień z pobytu Bzu!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
