24 kwi 2012

Boracay sunset.

Nie chce mi się wierzyć, że dzisiaj mijają trzy tygodnie odkąd zrobiłam poniższe zdjęcia. Z jednej strony wydaje mi się to zupełnie niedawno, ale z drugiej, tak już wsiąkłam w codzienność, że cały ten wyjazd wydaje się być odległy.
Dzisiaj kolejne zdjęcia z wyspy Boracay, ale następny post będzie już ostatnim z Filipin, więc postaram się napisać małe podsumowanie.

Skradałam się, żeby chłopak nie obudził się przed zrobieniem zdjęcia. Tak to jest z obiektywami stałoogniskowymi, nie ma zooma, trzeba się nagimnastykować;).
Ulice Boracay były pełne tricykli, zdecydowanie przyjemniej chodziło się drogą przy plaży.

Popołudnie...
Dzień bez halo-halo, dniem straconym!

W San Juan byłam ciągle otoczona ludźmi, w Bangkoku miało być podobnie, więc na Boracay od początku do końca trzymałam się sama i nie chciało mi się zawierać żadnych znajomości. Chcąc nie chcąc i tak poznałam w hostelu kilka osób, ale wszędzie chodziłam w pojedynkę i było mi z tym całkowicie dobrze.
Przy plaży nie brakowało restauracji, bufetów, muzyki na żywo, barów, czyli tego, co zazwyczaj można znaleźć w turystycznych miejscach. Jeśli chodzi o samych turystów, to przeważali Filipińczycy, ale widziałam też całkiem sporo Europejczyków.

Ja na kolację wybrałam prosty bar z filipińskim jedzeniem i spróbowałam adobo squid. Tradycyjną wersją adobo jest ta z kurczakiem, ale jadłam już pierwszą i na kałamarnicę cieszyłam się jeszcze bardziej. Proste danie, ale pyszne i pewnie spróbuję je ugotować w domu.
Siedziałam pod palmami, miałam widok a morze, stopy zanurzone w piasku. Pomyślałam sobie, że jedząc kolację w takim miejscu gdzieś w Europie musiałabym zapłacić z 10 razy więcej niż te 5-6zł, które wydałam;).

22 kwi 2012

Boracay Island.

Tak jak to często u mnie bywa, na Boracay wybrałam się przede wszystkim w efekcie znalezienia tanich biletów. Miesiąc przed rozpoczęciem podróży trafiłam na kilkudniową promocję Air Asia i za bilet lotniczy w dwie strony zapłaciłam 20$. Normalnie bym się tam nie wybrała, bo wyspa jest bardzo turystyczna i nie ma tam za wiele do roboty, poza wylegiwaniem się na plaży i imprezowaniem, co raczej nie jest moim priorytetem na wyjazdach. Postanowiłam więc, że będzie to "mój urlop w podróży", pojadę tam po opaleniznę i dla lazurowej wody, bo w dalszej drodze nie czekało mnie już żadne plażowanie. Wyobraźcie sobie, że udało mi się wykonać tą ciężką misję, chociaż nie obyło się bez ofiar. Doszły mnie słuchy, że niektórzy nienajlepiej znosili moje położenie, kiedy za ich oknami padał deszcze ze śniegiem, ale teraz mam za swoje i dodaję te zdjęcia z zimnej i deszczowej Anglii;).

Kilkanaście leżaków i parasolek należało do mojego hostelu i można było korzystać z nich bez dodatkowych opłat. Myślałam, że ciężko będzie znaleźć wolne miejsce, ale ani razu nie miałam z tym problemu.

Plaża była bardzo wąska, co dla mnie było akurat idealne, bo mogłam chodzić się kąpać bez obawy, że zostawiam wszystkie rzeczy na leżaku bez nazdoru.
Fish sinigang. Kwaskowaty bulion na głowie ryby z warzywami.

Dojście do plaży z hostelu zajmowało kilka minut.
Hostel był tak ukryty, że ledwo go w pierwszą noc znalazłam. Ciągle miałam wrażenie, że chodzę po czyimś wiejskim podwórku, a za płotem hostelu pasły się świnie i biegały kury.
Hostelem był niewielki ośrodek z bambusowymi domkami i częścią wspólną na środku, gdzie był WiFi, bar i można było zjeść międzynarodowe żarcie (nuuuda!) lub napić się drinków w niemalże europejskich cenach. Prędzej napiłabym się kranówy niż dała naciągnąc na ceny jak na Majorce;).
W domku mieszkałam z trzema innymi dziewczynami, dwie osoby na parterze i dwie na piętrze.
Po prawej bambusowe rusztowanie.
Buko, młody kokos, a poniżej pyszny orzeźwiający shake.
Wieczorem na plaży było jeszcze więcej ludzi niż w dzień i pewnie zdjęcia z zachodu słońca w kolejnym poście wyjaśnią dlaczego.

20 kwi 2012

Just think about the good times and they will come back again.

 Ostatni dzień w San Juan był ostatnią okazją do surfingu, więc od tego zaczął się dzień. Mike zrobił mi kilka zdjęć w wodzie, ale nie da się ukryć, że przydałby się zoom.

Zderzenie deskami i Ula w powietrzu;).
 Z względu na weekend, z godziny na godzinę zbierało się coraz więcej surferów i w końcu około południa wyszłam z wody.
 Lunch zjadłam w Surfbreak. Lemon ugotował warzywa z kawałkami świńskiej głowy, z pieczeni z poprzedniego wieczoru. Nic się tam nie marnuje.
 Zuważyłam, że Filipińczycy używają dużo octu, a do butelek dorzucają często świeże chili. Na stołach w barach, restauracjach wszędzie można znaleźć sos sojowy i ocet, co najcześciej miesza się razem i np. skrapia ryż, albo służy do maczania ryb/mięsa.
Tego dnia wymeldowałam się z hotelu, a swoje rzeczy zostawiłam w Surfbreak, bo miałam opuścić San Juan o 1 w nocy. Później okazało się, że mogę jednak odjechać autobusem o 6 rano. Nie miałam zamiaru iść spać, więc czekał mnie dłuuugi dzień.
 Jesse to młodszy brat Joe, tego, który wkręcił mnie, że był na wojnie w Kambodży;).
 Popołudniu pojechaliśmy z Mikem do miasta, a tam po raz pierwszy miałam okazję przejechać się tricyklem, zwanym w kilku innych krajach Azji Pd-Wsch- tuk tukiem.
Zrobiliśmy zakupy na kolację, którą miałam przygotować ja, bo dzień wcześniej Lemon poprosił mnie, żebym ugotowała dla nich coś europejskiego.

 Ostatnia wizyta na targu i znowu zachwyt na rybami...
Później poszliśmy na halo-halo, tym razem podawane w kokosie. Lód z ube, fioletowego słodkiego ziemniaka był przepyszny (pierwszy raz próbowałam go w San Francisco, choć nie był AŻ TAK dobry), ale cały deser nie przebił pierwszego halo-halo, który jadłam z Heidi w Baguio.
 Na ścianie wisiał obrazek Mike'a, zrobiony kiedyś na zamówienie dla tej kawiarni.
 Krótka wizyta w zakładzie krawieckim, gdzie Mike miał do załatwienia jakąś sprawę w związku z ubraniami do ich sklepu.

Długo myślałam nad tym, co ugotować, a menu miałam dość ograniczone, bo importowane składniki były drogie. W końcu zrobiłam kurczaka w pomidorach, z oliwkami, kaparami i pietruszkowe pesto, które smakowało wszystkim najbardziej.

Kuchnia w Surfbreak nie była może kuchnią marzeń, do tego gotowanie oznaczało bycie mokrym z gorąca, ale pewnie można się przyzwyczaić;).


Kuchnia kuchnią, ale łazienka to już w ogóle była odjechana;). Połowa kibli z jakimi spotkałam się na Filipinach (poza publicznymi) nie miało spłuczki. Zazwyczaj obok stało małe/duże wiadro, którym spłukiwało się wodę samemu, ale tak naprawdę nie było to jakimś większym problemem. Za to klozet w Surfbreak był strasznie niski, nie miał deski sedesowej i warunki do załatwienia "numeru dwa" oceniłam na ciężkie;).
W międzyczasie w Surfbreak zebrała się spora grupa znajomych i z okazji weekendu rozkręciła się impreza, która trwała prawie do rana.
 Dwóch Koreańskich turystów zaliczyło zgon. Ten ze zdjęcia po jakimś czasie obudził się i dalej imprezował, ale drugi skończył na ławeczce, zalewając podłogę Surfbreak wymiocinami i przepraszając z głębi serca, co wyglądało dość zabawnie;). Wtedy pomyślałam sobie, że dobrze, że nie ma w barze normalnych ścian, bo wszystko można było posprzątać wylewając wiadro wody, która spływała na dwór.
Turtle to bardzo sympatyczny Szwajcar, który przyjechał tu kiedyś na wakacje, zakochał się i teraz już mieszka na Filipinach. W ciągu pół roku nauczył się nawet języka i byłam zaskoczona jak płynnie mówi! Razem ze swoją dziewczyną Jasmine tworzą uroczą parę, obydwoje mieli strasznie dużo energii i byli bardzo pozytywni.

Padałam już ze zmęczenia i gorąca, ale pamiątkowe zdjęcie musiało być!;)
Mike zaopiekował się mną od początku do końca, miał ciekawą osobowość i fajnie spędzało się z nim czas. Dzieliło nas 12 lat różnicy, ale nie odczuwałam tego i dobrze się nam rozmawiało. Pewnie jeszcze się spotkamy, bo coś czuję, że nie była to moja ostatnia wizyta w San Juan!

O 6 rano wsiadłam w autobus i pojechałam na oddalone o kilka godzin lotnisko, żeby polecieć na inną filipińską wyspę, o czym będzie kolejny post...