9 wrz 2013

Kulinarne spacery po Berlinie.

Poprzedni tydzień mogę spokojnie okrzyknąć tygodniem dobrego jedzenia i to w dobrym towarzystwie. Dzielenie posiłków z ludźmi, którzy jedzeniem ekscytują się podobnie do mnie, jest podwójnie przyjemne. Najpierw był Bite Club z Martą, dwa dni później lunch z Katarzyną, potem prawie każdego dnia dzieliłyśmy się czymś Bzu i jeszcze Wojtek przyjechał do Berlina spragniony kulinarnych doznań. 
Czasami pytacie mnie jak to możliwe, że jedząc tyle, jestem szczupła. Dzisiejszy post może przynieść na myśl podobne pytanie, ale zanim ktoś pozazdrości mi magicznej przemiany materii, z przykrością przyznam że jej nie mam. Takie posty to świąteczne wyjazdowe uczty, najczęściej nie kończą się nawet otyłościowym paraliżem, jak to bywa przy Wigiliach czy Wielkanocach . Może dlatego, że to wyjazdowe obżarstwo wiąże się z pokonywaniem na pieszo kilku-kilkanastu kilometrów (trzeba jakoś dotrzeć z jednej do drugiej restauracji) pomaga też dzielenie się porcjami (żul mode). Wiadomo, że nie da się tak jeść w nieskończoność. Po kilku dniach mimo wszystko brzuch jest już większy, uczucie ciągłego nasycenia staje się uciążliwe i marzy się o głodówce. Tym razem nie doszłam do poziomu, ale udało się Bzu.
A potem wraca się do codzienności, rutynowego, skromnego jedzenia, chodzi spać z pustym żołądkiem marząc o śniadaniu i zasypia wspominając smaki tych wszystkich cudownych potraw.

Untitled Wyszukałam trzy koreańskie restauracje, a z nich wybrałam Yam Yam w Mitte. Pora lunchu, wszystkie miejsca zajęte, a kelnerka mówi nam, że trzeba czekać 40min. Cios poniżej pasa, kiedy burczy ci w brzuchu, ale wydało nam się to mało prawdopodobne i na szczęście po kilku minutach siedzieliśmy już przy stole. Bzu i Wojtek zamówili bibimbap, ja pierożki mandu podane z kimchi i jeszcze nokdu choen, koreański naleśnik z owocami morza (dodawałam kiedyś przepis na wersję z kimchi). Bibimbap wygrał zawody, pierożki też były super. Zdarzało mi się jeść lepsze koreańskie jedzenie w Stanach, ale to mimo wszystko oceniam wysoko! Untitled Bzu zna Wojtka tak długo jak zna mnie, do tej pory z opowieści. W końcu usiedliśmy przy jednym stole.
Z Mitte pojechaliśmy na Friedrichshain. Spacerowaliśmy, wchodziliśmy do sklepów z tapetami w strusie i zbyt ładnymi przedmiotami.

Untitled Na kawę i deser dotarliśmy do Aunt Benny. W czerwcu spotkałam się tu z Martą, ale było zamkniętę. Miejsca które pojawiły się w poście trafią do subiektywnego przewodnika, dlatego na razie nie linkuję, nie podaję adresów.Untitled
Untitled
Wyglądające na ciężkie i wilgotne ciasto z chmurkową pianką na wierzchu przekonało Bzu, chociaż okazało się, że lepiej wyglądało niż smakowało. Ja wzięłam marchewkowe i było świetne, zwłaszcza cream cheese frosting.
Untitled
Spacerując sobie dalej po Friedrischain w oczy rzucił mi się Aufschnitt. Przeszliśmy na drugą stronę ulicy, a tam rzeźnik z ladą wypchaną pluszowymi wędlinami, parówkami, organami czy haki z kiełbasami. Świetny pomysł.Untitled Wielka poducha na wzór nogi byka, hah.Untitled Bekonowa maska na oczy. Untitled Na stronie Aufschnitt znajdziecie sklep online. Szkoda, że produkty nie są tanie, ale to artystyczny projekt, wszystko szyte jest ręcznie i co ciekawe, autorka jest wegetarianką.
Untitled
Byliśmy już zasłodzeni, ale zajrzęliśmy do kawiarni Cupcake. Zobaczyłyśmy z Bzu czekoladowego cupcake'a z peanut butter frosting. Takie połączenie zawsze wychodzi dobrze, no i skusiłyśmy się. Szybko pożałowałam, był obrzydliwie słodki. Liczyłam na kremową konsystencję frosting, a była lukrowa, ciasto za suche. Bardzo słaby cupcake, przypomniał mi te najgorsze ze Stanów, a przecież jadłam też pyszne.
Untitled Bzu musiała wracać do domu, a my z Wojtkiem pojechaliśmy na Kreuzberg. Odwiedziliśmy outlet Zalando, a potem przeszliśmy się po okolicy.Untitled Untitled Piękny był ten Cadillac w środku.Untitled Nowojorska taxi przerobiona na podium dla dj'a.Untitled Plażowy bar nad rzeką, zresztą jeden z wielu w tamtych okolicach.Untitled Untitled Untitled Wojciech namawiał mnie na burgera pod stacją Schlesisches Tor, ale nie miałam ochoty. Burgermeistera zaliczyliśmy dzień później.Untitled

Turyści w U-bahnie.
Untitled Chciałam, żeby Wojtek koniecznie zjadł ramen, bo jeszcze nie miał okazji spróbować tej fantastycznej japońskiej zupy. Cocolo miał dobre recenzje i trzymałam kciuki, żeby nie zawiodło. W końcu jak już próbować czegoś po raz pierwszy, to w jak najlepszej wersji. Spróbowałam bulionu, wciągnęłam nudle i z radością odetchnęłam, że 220km od domu mogę zjeść pyszny ramen. Dla Wojciecha to była najlepsza zupa w życiu.Untitled I to nie był jeszcze koniec, ten wiecznie głodny człowiek chciał zakończyć dzień kanapką banh mi, także poszliśmy do pobliskiego CoCo, w którym byłam z Bzu.
Wojtek był zachwycony kulinarnymi wrażeniami, a ja cieszyłam się, że mogłam zabrać go do tych miejsc. 

7 wrz 2013

Flohmarkt am Mauerpark.

Niedziela w Berlinie jest tak samo leniwa jak w każdym innym mieście, ale tutaj jest to również dzień pchlich targów. W mieście jest ich naprawdę sporo, można wybrać się na kilka, spacerować, rozglądać się, spędzić w ten spoób cały dzień...i nie znaleźć nic, albo trafić na skarby.

UntitledKiedy dotarłam na miejsce przypomniało mi się, że byłam na tym samym targu kilka lat temu.
Untitled Nie planowałam zakupów, chciałam najwyżej popatrzeć na analogi.Untitled Untitled Untitled Untitled Po Mauer Park Flohmarkt spacerowałam z Kasią, którą powinniście pamiętać z czerwcowej relacji z Portugalii. Miałyśmy zobaczyć się w innych okolicznościach, ale dość niespodziewanie spotykamy się w Berlinie, też dobrze!Untitled Katarzyna pochwaliła targowe winyle.Untitled Untitled Większość niedzieli nie zapisała się na zdjęciach, ale sympatyczny to był dzień muszę przyznać. Wieczór zakończyłyśmy oglądając "Savages", jak się okazało dużo lepszy film niż się spodziewałam.
Obudziłam się w Mitte. W południe mialam misję do zrealizowania. Wymagała 30 minutowego spacerku w stronę Prenzlauer Berg. Dotarłam na miejsce, usiadłam na murku i czekałam.Untitled Po kilku minutach z budynku na przeciwko wyszła Bzu! W Berlinie spędza urlop, zatrzymała się u host rodziny, u której w zeszłe wakacje była au pair w Szwajcarii. Untitled Było zimno i deszczowo, spacerowanie nie należało do najprzyjemniejszych czynności. Bzu jęczała, że jesień, ja zapewniałam, że to tylko chwilowa pomyłka i zaraz znów będzie lato. Przeszłyśmy się po sklepach aż usiadłyśmy w Cô Cô, żeby spróbować tamtejszej Banh Mi. Zamiast tradycyjnej wybrałyśmy kanapkę z klopsami z trawą cytrynową i obfitą ilością sosu. Dobry wybór, po kilku dniach przekonałam się, że wygrywa z klasyczną banh mi z menu Cô Cô.

3 wrz 2013

Barbieland.

Żadne miasto nie przewija się w Waszych pytaniach o wskazówki tak często jak Berlin. Staram się podpowiadać gdzie warto się wybrać, ale zawsze mam z tym mały problem, lista z miejscami byłaby dużo wygodniejsza. Na szczęście teraz mam trochę więcej czasu niż zazwyczaj, dlatego jeżdżę w różne miejsca, zwiedzam, jem, robię zdjęcia i razem z tym, co zebrałam w przeszłości, będę mogła w końcu zrobić mały subiektywny przewodnik.
Dzisiaj kilka fot z sobotniego spaceru.

Untitled Untitled Untitled Przechodziłam przez ulicę przy Rosenthaler Platz i przed lokalem Sankt Oberholz zauważyłam mnóstwo ludzi. Okazało się, że wewnątrz był koncert kapeli rockowej, a przez otwarte okna można było słuchać muzyki stojąc na zewnątrz.Untitled Untitled Znalazłam miejsce blisko okna i przystanęłam na jakieś pół godziny, bo dobrze grali.Untitled Untitled Kilka razy przejeżdżając S-bahnem przez Alexander Platz, w oczy rzuciła mi się straszna, różowa hala Barbie, która w tamtym otoczeniu wygląda naprawdę kiczowato. Śmiesznie jest pomyśleć, że gdybym znowu miała 8 lat, uznałabym to pewnie za najfajniejsze miejsce na Ziemi, tak jak McDonald's wydawał mi się wtedy najsmaczniejszą restauracją świata.Untitled Untitled Untitled Zajrzałam do środka.Untitled Untitled

2 wrz 2013

August.

Sierpień, miesiącem najdłuższego od czterech lat pobytu w domu. Gotowanie i jedzenie tego, co rośnie w ogrodzie. Słodkie, pachnące pomidory o niedoskonałych kształtach, pesto w nieskończonych ilościach, ogórki małosolne, cukinie, chrupiąca szałwia z przypalonym masłem, owoce w jogurcie greckim i dużo, dużo więcej...
Z sierpnia zapamiętam też tydzień spędzony z mamą na wsi, wspólne wycieczki rowerowe po okolicznych wioskach, smażenie młodej kukurydzy, posiłki na werandzie, opiekę nad małymi kaczkami, spacery z psem, wykopywanie ziemniaków, obcinanie lawendy na woreczki zapachowe do szafy, wspólne oglądanie z przed snem odcinków The Layover...

Untitled O tej świeżej bazylii marzę zimą.Untitled Ze wszystkich rodzajów najbardziej lubię tradycyjną.Untitled W przypadku pomiodrów, to malinowe zasługiwały na zdjęcie, nie mają sobie równych.
Untitled
Untitled Mummy <3Untitled Figi. Untitled
Maliny, porzeczki, jeżyny, borówki amerykańskie + jogurt, płatki owsiane, migdały, otręby.



Z drugiej strony sierpień był też miesiącem życiowej rozkminy, rozczarowań, niewypalonych planów i przygniecionych marzeń.
Nie lubię września, nigdy nie przynosi nic dobrego, może poza jednym rokiem kilka lat wstecz.
Wszystko co złe w sierpniu, przeszło na ten miesiąc, a to, co dobre odchodzi i powróci dopiero za rok.