23 cze 2013

Wymarzony pierwszy dzień w Finlandii.

Po zamieszczeniu pierwszego posta z planami wyjazdowymi, dostałam maila od Darii, czytelniczki bloga, w którym zaproponowała, żebym zatrzymała się u niej kiedy zjawię się w Finlandii. Zaproszenie przyjełam z przyjemnością, a z kolejnymi wiadomościami i propozycjami planów od Darii wyjazd zapowiadał się coraz lepiej.
Po przylocie do Turku pojechałam autobusem na umówione miejsce. Po kilku minutach zjawili się Daria ze swoim chłopakiem Jukką i ruszyliśmy w stronę Iitti, gdzie tata Jukki nad jeziorem w środku lasu zbudował drewniany dom. Mieliśmy przed sobą jakieś 2h drogi, więc zdążyliśmy w końcu oficjalnie się poznać. Poczułam się też wyjątkowo rozpieszczona, kiedy Daria w obawie, że będę głodna, kupiła wcześniej dla mnie pirakki, typowe fińske przekąski, wiedząc, że lubię probować lokalnych dań.
Daria mieszka w Finlandii od roku. Kiedyś z zapałem kibicowała fińskim skoczkom narciarskim, aż nabrała ochoty do nauki fińskiego. Szukała przez internet kogoś, kto pomagałby jej z pracami domowymi i w ten sposób poznała Jukkę. Długo się kolegowali, z czasem zaczęli odwiedzać się nawzajem w Polsce i Finlandii, a znajomość przerodziła się w coś poważniejszego. Po skończeniu studiów Daria zdecydowała się na przeprowadzkę na północ, gdzie razem z Jukką mieszkają w Espoo pod Helsinkami. Daria należy chyba do 0,01% ludzi, którzy opanowali znajomość tak mało popularnych i trudnych języków jak węgierski (studiowała hungarystykę) i fiński. Byłam pod wrażeniem jak świetnie sobie radzi. Biegle mówi też po angielsku i uczyła się hiszpańskiego, super! Nie mniej zaskoczył mnie zresztą Jukka, który rozumiał prawie wszystkie nasze konwersacje po polsku, wtrącając czasami polskie zdania do rozmowy.
Jednym z najlepszych aspektów tego wyjazdu było to, że w trzy dni dostałam od Darii i Jukki taką dawkę fińskiej kultury, codzienności, zwyczajów, że gdzieś indziej mogłabym spędzić miesiąc i dowiedzieć się mniej. Daria jest świetnym obserwatorem i z przyjemnością słuchałam jej celnych uwag, porównań, komentarzy. Dla mnie, jako autorki tego bloga, to naprawdę duży komplement przekonać się jacy inteligntni ludzie czytają The Adamant Wanderer;).
Pierwszą noc spędziliśmy w Iitti. Niby nic robiliśmy, pełen relaks, ale z drugiej strony przez te 24h wydarzyło się tyle, że wydawało mi się, że spędziliśmy tam kilka dni. W domku i jego otoczeniu zakochałam się od pierwszego wejrzenia..

Untitled
Untitled Dom nie jest jeszcze całkowicie skończony, ale mimo wszystko prezentuje się już fantastycznie.Untitled
 Jedną z pierwszych rzeczy jaka rzuciła mi się w oczy był domek hobbitów, który w rzeczywistości jest sauną.Untitled
Wewnątrz duże okna i widok na jezioro...
Untitled
Taras.
Untitled
Sauna i dojście do jeziora.

Untitled
Po obiedzie przyszedł czas na saunę. Finowie do sauny wchodzą nago, mają do tego bardzo luźne podejście, co wydało mi się ciekawe, bo z natury są raczej wstydliwi, nieśmiali. Spodobało mi się to, bo sama nagość mnie nie przeraża, nie razi u innych, ale z drugiej strony nie lubie swojego ciała i nawet w bikini nie czuję się komfortowo, więc nie poddałam się całkowicie fińskiej tradycji. Untitled Jukka zebrał gałązki, którymi w saunie biczuje się ciało oraz kładzie na kamieniach dla rozniesienia zapachu. Na zewnątrz czekał na nas cydr różnych smakach.Untitled Przed wejściem ciało oblewa się wodą, żeby nie była za zimna, można ją zmieszać z gorącą podgrzewaną w baniaku obok.
Z sauny korzystałam dość często, kiedy trenowałam pływanie, była to część naszej odnowy i pamiętam, że czułam się po niej słaba, zmęczona, "sklapciała", więc tego samego spodziewałam się tym razem. A tu, nawet po czterech sesjach tak się nie czułam! Sekret tkwił chyba w powietrzu w saunie. W Polsce rzadko polewa się wodą gorące kamienie, a Jukka powtarzał to co chwilę, dzięki czemu powietrze było wilgotniejsze i lepiej się oddychało. Daria i Jukka spotkali się w Polsce nawet z tym, że w saunie był zakaz polewania kamieni wodą. Nikt oczywiście nie słuchał, kiedy Jukka starał się wytłumaczyć, że to raczej niedorzeczne. Będę pamiętać o tej wskazówce w przyszłości. Untitled
Po saunie odpoczęliśmy przy stole pijąc cydr, a później wskoczyliśmy do jeziora.
Untitled Było przed 23, a my pływaliśmy sobie w jeziorze jakby było popołudnie. Miałam szczęście, bo trafiłam na bardzo ciepłe dni w Finlandii i było przepięknie!Untitled Untitled W Finlandii nie brakuje jezior, więc często zdarza się, że posiada się je na własność, tak jak to przed domem Jukki. Dookoła nie było żadnej żywej duszy, cisza, spokój, bezwietrzny wieczór i tylko odgłosy ptaków, które latem w Finlandii chyba nie sypiają za wiele.
Untitled
Untitled Około północy Jukka rozpalił ognisko w muminkowej chatce.Untitled Siedzieliśmy przy ognisku, odganialiśmy komary i piekliśmy kiełbaski. Poszliśmy spać przed 1, ale kiedy zasypiałam nie było jeszcze zupełnie ciemno, a dwie godziny później słońce miało już wstać.
Untitled
Dzień drugi i kącik z jadalnią.
 Finowie praktycznie do wszystkiego jedzą chleb z masłem. A z prawej piirakka, którą pamiętałam też z warsztatów z kuchni fińskiej na mojej uczelni. Robi się ją z mąki pszenno-żytniej, a nadzienie składa się z puree ziemniaczanego i ryżu, ale wersja marchewkowa była smaczniejsza od klasycznej.
Untitled
Salon i piętro.
Po śniadaniu wsiedliśmy na łódkę i pływaliśmy po jeziorze.
Untitled Popołudniu tata Jukki tata oczekiwał gości, więc zabraliśmy się przygotowywanie obiadu. To znaczy Jukka robił najwięcej, my z Darią zagłuszałyśmy ciszę rozmowami;).Untitled Untitled Poza w stylu "Don't give up Jukka, we can do it!" ;)Untitled Jukka zamontował łososia na specjalnej drewnianej desce nad ogniskiem i regularnie skrapiał go wodą za pomocą iglastej gałązki. Nie mogłam się doczekać aż spróbuję ryby.Untitled Warzyw z patelni nad ogniskiem, nie da się porównać do warzyw przyrządzonych na zwykłej patelni, mmmm!
Obiad zjedliśmy wszyscy razem, ale nie miałam okazji zrobić zdjęcia finałowego dania, chociaż smakowało mi bardzo, a łosoś był jednym z najlepszych jakie w życiu jadłam! Po herbatce i deserze poszliśmy jeszcze do sauny, a pod wieczór pożegnaliśmy się z tatą Jukki i ruszliśmy w stronę Helsinek. Achhh nie mogłam wymarzyć sobie lepszego pierwszego dnia w Finlandii!Untitled Tak jak chyba większość Polaków przez kilka lat regularnie oglądałam skoki narciarskie, a jedną z lokalizacji Pucharu Świata było oczywiście Lahti. Kiedy zobaczyłam skocznię na żywo, to od razu przypomniała mi się z telewizji. Jest dość charakterystyczna, nieosłonięta drzewami i podatna na silne wiatry. W miejscu w którym zimą lądują skoczkowie, latem można pluskać się w basenie.

9 cze 2013

Podsumowanie podróży po Australii i Nowej Zelandii.

Z okazji ostatniego australijskiego posta, napisałam małe podsumowanie grudniowej podróży.

Gdyby nie wygrany bilet pewnie nieszybko wybrałabym się w tamte strony, patrząc na koszty takiej podróży. Nie jest to raczej ulubiony (pod względem wydatków) kierunek dla backpackerów, a wielu Europejczyków wyjeżdża do Australii w ramach wizy Work&Travel, która akurat nas, Polaków nie dotyczy. Odniosłam za to wrażenie, że w Niemczech jest wyjątkowo popularna, spotkałam też na miejscu dużo Francuzów pracujących/podróżujących w ten sposób.

Koszty 

Pytaliście mnie o to jeszcze w trakcie trwania podróży, więc w miarę możliwości przyglądałam się wydatkom. W Nowej Zelandii przez prawie tydzień czasu wydałam ok 600zł, co jest naprawdę małym wydatkiem biorąc pod uwagę tamtejsze ceny. Autobusy i pociągi w NZ są drogie, a połączenia nawet między tymi większymi miastami 1-2 razy na dzień. Dlatego przy dwóch podróżujących osobach przemieszczanie się transportem publicznym nie ma większego sensu. Lepiej wypożyczyć auto i to takie, w którym można spać i/lub gotować, a które nie jest jeszcze dużym, znacznie droższym camperem. Wybór aut i wypożyczalni jest spory, a samochód daje swobodę która w NZ bardzo się przydaję, bo zatrzymywać się na noc można praktycznie wszędzie.
Wydatki w NZ udało mi się zmniejszyć przez podróżowanie stopem. Ani razu nie jadłam też w restauracji, robiłam raczej niewielkie zakupy w supermarkecie i żywiłam się skromnie.
W Australii przez trzy tygodnie wydałam ok 2000zł, tu znowu pomogło to, że w Sydney ugościła mnie u siebie Magda, a w buszu pani Asia i na Tasmanii podróżowałam przede wszystkim na stopa.
Do wydatków doszły jeszcze loty wewnątrz Australii i do/z Nowej Zelandii. Tamtejsze niskobudżetowe linie niestety nie są tak tanie jak Ryanair czy Wizzair. Owszem, można znaleźć bilety od 20$, ale są to raczej krótsze odcinki, a promocje nie są tak częste i oczywiste jak w Europie. Ja dodatkowo podróżowałam w okresie świątecznym, więc ceny wahały się między 100-200$ przy bilecie w jedną stronę. Ouch.
Wysokie ceny na każdym kroku na pewno miały jakiś wpływ na moją podróż, bo nie do końca mogłam robić rzeczy czy jeść w taki sposób, w jaki byłoby to możliwe w innych częściach świata. W Melbourne wybrałam się do dobrej i niedrogiej restauracji malezyjskiej, a mimo wszystko za roti canai zapłaciłam 15x razy więcej niż na ulicy w Malezji, gdzie takiego samego naleśnika mogłam zjeść za 1zł. Odmawianie sobie różnych rzeczy było czasem lekko dołujące, ale wrażenia z podróży były oczywiście ponad to wszystko.

Ogólne wrażenia

Każdy ma pewne wyobrażenie o Australii, najczęściej pozytywne i powszechnie wiadomo, że poziom życia jest tam wysoki. A jednak da się odczuć, że znajduje się na drugim końcu świata i mało się o niej mówi. Sporadycznie pojawia się w telewizji, w prasie, o tamtejszej polityce Europejczycy nie wiedzą chyba nic. Zupełnie odwrotnie niż w przypadku Stanów.
Australia jaką poznałam, miała dla mnie w całkiem dużym stopniu klimat Kalifornii. Myślę o tym co widywałam na ulicach, o podobnym stylu życia, nastwieniu ludzi, byciu pozytywnym i wyluzowanym. Melbourne atmosferą przypominało mi trochę San Francisco; zmienna pogoda, niższe temperatury, duże stężenie hipsterów, bardziej artystyczny klimat, uwielbienie do kawy, zamiłowanie do kuchni. Sydney porównałabym z kolei do Los Angeles. Cieplejsze, słoneczne i chociaż miasto wydaje się być bardziej nastawione na karierę, to przy okazji ma wakacyjny klimat, a plaża jest nieodłącznym elementem codzienności.
Zresztą jedną z największych zalet tego kraju jest to, co znajduje się poza miastami. Ta piękna dzika strona, miejsca niedotknięte ręką człowieka, którymi można cieszyć się w samotności.
Spodziewałam się tego przed odwiedzeniem Australii, a na miejscu tylko potwierdziło się moje przeczucie, że muszę po/zamieszkać. Plan zamierzam zrealizować w ciągu najbliższych kilku lat, jeszcze przed 30stką. Nie twierdzę, że wraz z przeprowadzką chciałabym tam już zostać na resztę życia, ale nigdy nie wiadomo jak się ono potoczy, a nawet co się stanie zanim faktycznie miałabym się tam przenieść.

A kończąc wątek samej podróży, sami widzieliście na zdjęciach i w opisach jak rewelacyjny był to dla mnie miesiąc. Działo się dużo, od oglądania lodowców w Nowej Zelandii, przez zwiedzanie Melbourne, Sydney, po świętowania Sylwestra na festiwalu muzycznym czy zachwycanie się pięknem Tasmanii. Poznałam ludzi, z którymi chciałabym utrzymać kontakt na długo, zobaczyłam miejsca, które wycisnęły ze mnie łzy wzruszenia i mogę tylko powiedzieć – Australio, do zobaczenia!

Untitled W dzień wylotu musiałam zrealizować to, co sobie postanowiłam w pierwszy dzień w Sydney- popływać w basenie z morską wodą Bondi Icebergs, przy Bondi Beach.Untitled Ciężko byłoby zrealizować w słonej wodzie dwugodzinny trening, ale miałam ogromną frajdę z pływania w takim miejscu.Untitled Untitled Untitled Większe fale przebijają się czasami do basenu.Untitled Bondi Beach.Untitled Untitled Untitled Wybrałam się też w końcu do słynnej Bourke Street Bakery, za którą Sydney szaleje. Wiąże się to głównie z tym, że w Australii, podobnie jak w innych anglojęzycznych krajach kultura spożywania chleba dosięgnęła smutnego poziomu białego, prawie plastikowego chleba, który staje się jadalny dopiero po wrzuceniu do tostera. Jednak w ostatnich latach zaczęto wracać do podstaw i zmianę tę dało się zauważyć głównie w Stanach oraz trochę w Europie (chociaż na naszym kontynencie nigdy było pod tym względem tak źle jak za oceanem, no może pomijając UK). Rozpopularyzowały się piekarnie we francuskim stylu, gdzie można napić się dobrej kawy, przegryźć porządnego croissanta, a do domu wrócić z rustykalnym bochenkiem chleba. Do Australii trendy docierają z opóźnieniem (w końcu mają daleką drogę do przebycia), ale kilka lat temu ktoś wpadł na pomysł otworzenia tego rodzaju piekarni w Sydney, rzucając (głównia hipsterką część) mieszkańców na kolana. Zachwyt jest według mnie przesadzony, bo znam podobne miejsca z innych kontynentów, no ale nie można zarzucić piekarni, że nie jest dobra w tym, co robi.Untitled Wydanie książki kucharskiej przyczyniło się sławy piekarni.Untitled Zamówiłam croissanta i quiche, obie przekąski były smaczne, ale niczym rewolucyjnym się nie wyróżniły. Magdzie zdarzało się kupować u nich chleb, ale miala podobne zdanie do mojego.Untitled Jedzenie na mieście w Australii jest drogie, a ceny w takiej piekarni jak Bourke dotrzymują im kroku. Tarta, która znika po dwóch gryzach za 4.50$, to sporo.Untitled Untitled Okolice Surry Hills.Untitled

4 cze 2013

Czerwcowe wycieczki.

Cudownie po prawie siedmiu miesiącach znowu być w domu... W końcu przywiozłam rodzicom zaległe pamiątki z Australii, Nowej Zelandii, Brazylii i nie chce mi się wierzyć, że od ostatniej wizyty odwiedziłam trzy inne kontynenty i wydarzyło się wszystko to, co się wydarzyło.
Niestety nie zdążyłam nacieszyć się domem, co trochę ostudza moje chęci wyjazdowe, ale pocieszam się, że będę miała jeszcze niejedną okazję tego lata, żeby posiedzieć tutaj dłużej. No właśnie, bo jutro wyruszam już do Gdańska. Z dworca odbierze mnie koleżanka i zabierze na DocFilm Festival, więc zapowiada się fajny wieczór. A w czwartek rano lecę do Finlandii. Ugości i zaopiekuje się mną czytelniczka bloga mieszkająca pod Helsinkami, która po przeczytaniu o moich planach wyjazdowych wysłała mi w mailu zaproszenie do siebie. Przemiłe, prawda?
W weekend z Helsinek popłynę do Tallinu, później pojadę do Rygi. Pisałam jakiś czas temu, że podróż miała zakończyć się na Wilnie, ale w między czasie pojawiła się inna opcja. Kasia, która w zeszłym roku spędziła semestr w Birmingham na Erasmusie, zaproponowała mi wyjazd do Lizbony i spotkanie z grupą naszych erasmusowych znajomych. Najtańsze loty znalazłyśmy do Faro, więc ja polecę tam z Rygi, z przesiadką w Brukseli, a Kasia dzień wcześniej dotrze z Lipska.
Pamiętacie Tiago z mojej 'ekipy Vidigal' z Brazylii? Chociaż pracuje w Coimbrze, pochodzi z Algarve, na południu Portugalii. Napisałam  mu o swoich planach, po czym okazało się, że weekend przed moim przyjazdem spędza akurat w rodzinnym domu. Poprosił więc szefa o kilka dni wolnego i wymyślił, że zrobimy road trip po wybrzeżu Portugalii! Tiago pożyczy sprzęt do campingu, nocować będziemy w namiotach, a na koniec zawiezie nas do Lizbony. Tam spotkamy się natomiast już z Filipem, Filipą i Rasmusem z Danii, który też podchwycił pomysł erasmusowego spotkania. Filipa załatwiła nam nocleg w domu swojej babci w nadmorskim Cascais, Filip może zabierze nas do swojego letniego domu pod Sintrą, a tak poza tym, będziemy spędzać czas w Lizbonie i zwiedzać okolice. Porto, Lizbonę oraz kilka innych miejsc poznałam już kilka lat temu, ale to będzie mój pierwszy raz na południu. Poza tym Portugalia jest jednym z moich ulubionych europejskich krajów, więc cieszę się na powrót, no i zapowiada się świetny czas ze znajomymi!
Z Portugalii 21 czerwca lecę do Lipska, stamtąd pociągiem do Berlina, gdzie zostanę jeszcze na kilka dni u cioci, zanim znowu wrócę na pewien czas do domu. I tak wyglądają moje plany na resztę czerwca!
Ciągle zastanawiam się czy nie zabrać ze sobą analoga, ale pakuję się w bagaż podręczny i to przemawia na jego niekorzyść... Z kolei w przypadku Canona bardzo żałuję, że ciągle mam niesprawny obiektyw 50mm, bo mam już dość fotografowania szerokim kątem. Nic nie przebija ulubionej 50tki, no ale nic teraz nie poradzę, najwyżej nie będzie mi się szczególnie chciało robić zdjęć. Natomiast na bieżąco będę wrzucać foty na Instagram, będę też pisać na Facebooku/ Twitterze, a żeby nie robić sobie dużych zaległości na blogu, postaram się na wyjeździe wrzucać również posty. Z kolei w najbliższym wpisie zakończę relację i podsumuję podróż po Australii/NZ.
 rooftop Untitled pictures by alle dicu

2 cze 2013

Sydney Harbour Bridge.

Untitled Po śniadaniu w przedostatni dzień w Sydney pojechałam do portu i zaczęłam od odwiedzenia muzeum sztuki współczesnej.Untitled Trafiłam na kilka niezłych wystaw, ale muzeum jest nieduże i dość szybko je zwiedziłam.Untitled Untitled Przespacerowałam się po porcie, przeszłam pod mostem, a z czasem wylądowałam w parku z obserwatorium i ładnym widokiem ze szczytu górki.Untitled Untitled
Później weszłam na most, żeby przedostać się na drugą stronę.Untitled Z zazdorścią patrzyłam na ludzi pluskających się w basenie na dachu hotelu Hyatt.Untitled Untitled Untitled Widok z Kirribilli na operę i miasto można często zobaczyć przy okazji zdjęć Sydney. Przed przyjazdem miałam nawet wyobrażenie jak wygląda cała okolica, ale w rzeczywistości okazała się zupełnie inna, heh.Untitled Chyba nie ma miasta z piękniej ulokowanymi basenami niż Sydney – pomyślałam sobie już na spacerze z Coogee do Bondi Beach.W Kirribilli można pływać z widokiem na most i port w oddali.Untitled Wracałam znowu na piechotę, na dole odbywała się ceremonia ślubna. Untitled Untitled W końcu dotarłam też do Royal Botanic Gardens, ale byłam już tak zmęczona, że nie miałam siły na dogłębne zwiedzanie parku. Położyłam się na trawie i odpoczęłam.Untitled Później przeszłam się jeszcze po centrum i kilku sklepach. Zajrzałam też do Queen Victoria Building, ekskluzywnego centrum handlowego.Untitled Wewnątrz znajdowała się przechodząca przez trzy piętra, 24-metrowa choinka z 60tys lampek i 144 tysiącami kryształowymi ozdobami Svarowskiego.Untitled Metro Monorail, miejska kolejka, zatrzymująca się w kilku popularnych atrakcjach Sydney. Funkcjonuje od 25 lat, ale pod koniec czerwca zostanie zamknięta i wyburzona.